sobota, 26 maja 2012

Joy Division - Closer



 Od ponad 30 lat tysiące ludzi zachwyca się tą muzyką. Płyta Joy Division - "Closer" z 1980 roku doczekała się co najmniej 80 różnych edycji. A przecież nie jest to bynajmniej słodka, popowa breja. Kiedy próbuję sobie wytłumaczyć ten fenomen, dochodzę do wniosku, że dzieje się tak na skutek splotu kilku różnych czynników. Na pewno ważny okazał się fenomenalny głos Iana Curtisa, idealnie wyrażający szeroką gamę uczuć, głównie z grupy tych przygnębiających. Również post-punkowa, ascetyczna muzyka, doskonale zmiksowana w studio, zgrabnie korelująca z charyzmatycznym głosem lidera, w niezwykły sposób uzupełnia przekaz. Przez tę prostotę, dźwiękowy minimalizm, bardzo ładnie słychać wszystkie partie syntezatora. Jest to co prawda dodatek do całości, ale... dla mnie, obok pisarskich płodów Iana, chyba najważniejszy. Bo przecież ekscytowanie się czyjąś frustracją, wchłanianie posępnych, negatywnych emocji, może być dobre na chwilę, dla młodzieńca w podobnej sytuacji. Ale dojrzałość oznacza lepszą wiedzę, a ta odrzuca stany beznadziejności umysłu. Oczywiście, "Closer" jest unikalnym produktem ludzi utalentowanych, a niebanalne teksty Curtisa mogą przypaść do gustu. Płyta ma dobrze skonstruowany scenariusz i najlepiej się jej słucha w proponowanej przez wydawcę kolejności. Dopieszczono na niej każdą nutę, a nawet końce i początki kolejnych wątków układają się w logiczną całość. Wyrazisty bas, fantastycznie kontrolowana perkusja i te wspomniane wcześniej syntetyczne wstawki, tworzą niesamowitą przestrzeń. To zadziwiające jak ciężka choroba, poczucie porażki, może skutkować krótką, ale znaczącą erupcją talentu. W pewnym sensie, jak mawiają poeci, płytą tą, Ian w jakiś sposób pokonał śmierć - skoro kolejne pokolenia do niej wracają i się fascynują. W całej tej historii nie podobają mi się jednak dwie rzeczy - fakt że Ian Curis zdradzał swoją żonę i to, w jaki sposób zakończył swoje życie.