wtorek, 3 kwietnia 2012

Richard Pinhas – Iceland



  Richard Pinhas to postać fascynująca. Z wykształcenia profesor, z pasji - akustyczny eksperymentator. Miłośnik literatury SF, sam też tworzy swoje fantastyczne, muzyczne światy. Omawiana poniżej jego płyta Iceland, to udana próba stworzenia ambientowych tekstur i mroźnych pasaży, manifestów elektrycznej gitary trochę w stylu Roberta Frippa, oraz paru dynamicznych, elektronicznych przerywników. Takim doborem składników trafia do kilku grup muzycznych entuzjastów. Iceland nagrał Pinhas pierwotnie w 1979 roku jako swój trzeci solowy album. Jest to inna muzyka niż rejestracje zespołu Heldon, zresztą prawie każde kolejne nagranie Pinhasa zaskakuje swoim nowatorstwem i odmiennością od wcześniejszych projektów. Zastanawiałem się, jak mu się to udaje i doszedłem do wniosku że odpowiedź na to pytanie nie jest trudna: to po prostu niesamowicie zdolny człowiek. Ma w sobie wystarczająco dużo energii, aby co jakiś czas wykrzesać nowy, porywający album. Na Iceland, zgodnie z wiele sugerującym tytułem i okładką, mamy do czynienia z dużą ilością muzyki zimnej, ale nie odpychającej. Richard ją umiejętnie doprawia szeptami, sapaniami (Iceland part 2 i 3), lub oddziela od siebie krótkimi, rewelacyjnymi wstawkami (Indicatif Radio, Short Transition). Kreuje rzeczywistości nieco apokaliptyczne i mroczne, ale pociągające ku sobie w przemożny sposób. Jest to trochę podobne w klimacie do "Eskimo" The Residents, a i miłośnicy gitarowych popisów znajdą coś dla siebie  (The Last Kings of Thule). Jako bonus tematyczny dołożona została do płyty koncertowa, długa suita "Winter music" - jednostajna, minimalistyczna wizja  lodowych krajobrazów zagrana na Polymoogu. Ale i ten landscape Pinhas ubarwia na swój sposób. Długo brzmiące frazy, niczym wolno poruszające się gęste chmury, otulają szczelnie słuchacza. Zabierają go daleko od  jego przyziemnej rzeczywistości, w krainę refleksji i zadumania.