piątek, 20 kwietnia 2012

Klaus Schulze - Body Love


  Są płyty o których po prostu się nie zapomina i napisać wypada. Nie z tytułu jakiejś poprawności, co po prostu wyrazu uznania dla artysty. Płyta Body Love z 1977 roku jest dość typowa dla tej bardzo dobrej dekady Klausa Schulze. O okolicznościach powstania i przeznaczeniu tej muzyki napisano dużo. Jest na niej długa suita i trochę krótsze dwa utwory, plus druga, długa kompozycja "Lasse Braun" - dodana z okazji reedycji w 2005 roku. Kiedy obecnie, po wielu latach słucham tej płyty ponownie, dochodzę do wniosku że najbardziej udaną na płycie propozycją autora jest  P.T.O. Charakterystyczna dla mistrza porcja swobodnie rozwijającej się muzyki, która po czterech minutach delikatnego, kosmiczno-medytacyjnego wstępu, nabiera "rumieńców", bardziej określonego wyrazu. Z pomiędzy starannie skalkulowanych efektów, niczym syrena z morza, wyłania się przyjemna dla uszu sekwencja. Pomysłem na to nagranie było pewnie doprowadzenie słuchacza do stanu euforii. Za pomocą wielu przenikających się motywów, co rusz modulowanych, zmieniających się solówek, Klaus Schulze osiąga swój cel. Nasycenie i nawarstwienie się różnych partii instrumentów, jest nawet jak na Klausa wyjątkowe. Że się perkusista Harald Großkopf w tym nie pogubił ;).  Ta pozorna kakofonia ma jednak sens. Elektroniczny trans trwa prawie pół godziny. I choć nie jestem fanem tych płaczących, przeciąganych solówek  jakie Schulze lubi masowo serwować, tu mają one jak najbardziej rację bytu. Miłe jaźni szaleństwo niestety jednak się kończy - niczym start z wygodnego legowiska w zimną (ale chyba nie do końca) czerń kosmosu. Taka zmiana tematu i tempa w ostatnich pięciu minutach będzie się przewijać w utworach K.S. przez wiele następnych lat. Co do bonus tracku "Lasse Braun" - może się on spodobać fanom. Utrzymany jest bowiem trochę w klimacie Picture Music. Są na nim różne frapujące elementy układanki, zaangażowane solówki, niemniej, ale jak to często w dodatkach z Revisited Records bywa, nie bardzo widać w nim jakąś przewodnią myśl. Zawsze to jednak nowy, nieznany "stary" Klaus. Krótkie Stardancer i Blanche to właściwie kompozycje jednego motywu, choć wiem że i one mają swoich miłośników.  I ciągle zdobywają nowych, bo muzyka elektroniczna z lat 70.  ma swój powab i szyk.