sobota, 14 kwietnia 2012

Klaus Schulze – Body Love Vol.2


 Czasami zdarza się, że pod wpływem zajęć dość prozaicznych, choć bez wątpienia przyjemnych, powstaje twórczość doprawdy nieziemska. W 1997 roku Klaus Schulze wydaje część drugą muzyki filmowej do obrazów Lasse Brauna. Filmów kręconych na fali pozornego wyzwolenia seksualnego, traktujących cielesną miłość w sposób mało wyrafinowany, powiedzmy sobie szczerze, na poziomie rejestracji pracy tartaku. Skupię się więc na samej muzyce. Druga połowa lat 70. to był bardzo dobry okres w życiu niemieckiego kompozytora i niezależnie od źródła inspiracji, Klaus publikował znakomitą muzykę. Płytę wydano jak dotąd trzynaście razy, pod trzema różnymi tytułami "Body Love vol.2,"  "Body Love - Additions To The Original Soundtrack", lub "Moogetique". Umieszczono na niej trzy utwory, a w reedycji z  2007 roku dodano bonus track "Buddy Laugh" (A Rock'N'Roll Bolero) nagrany - co wyraźnie słychać - w podobnym przedziale czasowym. Body Love vol.2  jest godna uwagi przede wszystkim ze względu na piękną, blisko półgodzinną suitę "Nowhere - Now Here". Ta prawdziwy opus magnum sztuki  celebracji  w wykonaniu Klausa. Dziełko, które czyni go w jakimś sensie nieśmiertelnym dla fanów. Ten uzdolniony Niemiec bardzo umiejętnie buduje nastrój, wprowadza kolejne frazy, instrumenty i melodie, prowadząc je do dynamicznej kulminacji. To jedno zdanie jest oczywiście zbyt ubogie w treści, aby w pełni oddać bogactwo odczuć słuchacza który zachwyca się  poszczególnymi elementami układanki i wyjątkowo subtelną grą na perkusji.  Przez pierwsze 15 minut czas wydaje się stać w miejscu, a nostalgiczna  opowieść snuta przez mistrza syntezatorów może stać się powodem do wielu wzruszeń. Wspaniale rozłożone stereofonicznie efekty, stonowane solówki idealnie zgrane z bębnami Haralda Grosskopfa, czynią ten fragment niesamowicie sugestywnym. Unosząca muzyka w końcu, w połowie suity, ulega przesileniu i totalnemu emocjonalnemu wzmocnieniu. To, co słychać teraz z głośników, to prawdziwa ekstaza. Premia dla cierpliwego słuchacza. Elektroniczny świergot tworzony przez kręcenie gałkami częstotliwości, pozorny chaos z którego, niczym z  głębi oceanu wyłania się szalona maszyna - Élan vital. Zabudowanie przestrzeni jakie proponuje tu Klaus Schulze, mało kogo zostawi obojętnym. Wypełniona przez zdyscyplinowaną, aczkolwiek pełną inwencji perkusję, atrakcyjne dialogi stereofonicznych bajerów i obsesyjne motywy grane na kilku klawiaturach, wszystko to pędzi przed siebie w opętańczym tańcu. Kiedyś zastanawiałem się, czy ta kompozycja powinna tak się zakończyć, jak gdyby na jednej emocjonalnej fali nakręconej do granic wytrzymałości uszu. Od jakiegoś czasu myślę, że z tego typu artystycznymi wizjami się nie dyskutuje, albo się je akceptuje albo... nie. Po tak intensywnych doznaniach, Klaus proponuje powtórkę z bliźniaczej płyty - utwór "Stardancer II" odrobinę inny miks znanej już kompozycji. Zabieg o tyle kontrowersyjny co... nieszkodliwy. "Moogetique" - ten tytuł powstał z połączenia dwóch wyrazów i należy go rozumieć jako "Patetyczny Moog". Rozmarzona, pozbawiona spektakularnych efektów opowieść, którą można traktować jako odpoczynek od pełnych emocji poprzednich ścieżek. Kończący album wspomniany "Buddy Laugh (A Rock'N'Roll Bolero)" jest bardziej różnorodny. Doskonale brzmiący, stara się połączyć różne style i klimaty. Jest to ciekawa i "poprawnie" skonstruowaną struktura, choć brak jej wyraźnie sprecyzowanej myśli przewodniej. Ale może moja opinia jest  tendencyjna?  Czas pokaże.
P.S. Celowo zamieściłem jako okładkę jej drugą stronę. Tę główną, eksploatującą kobiece wdzięki przecież już znacie...