niedziela, 25 marca 2012

Max van Richter - Resurrection




   Gdyby ktoś spytał mnie: "Kto najbardziej umiejętnie potrafi sklonować muzykę Tangerine Dream z lat 80. ?", od razu powiem: Paul Lawler. Absolutne mistrzostwo dobrego naśladownictwa osiągnął na pierwszych dwóch płytach swojego projektu Arcane: Gather Darkness i Future Wreck, wyciskając to co najlepsze, z  motywów jakie znają i kochają fani zespołu Edgara Froese. Ale jego, Lawlera niespokojny duch, nie pozwalał mu długo osiąść na laurach, dlatego w dwa lata po wydaniu Future Wreck, Paul wraca na rynek muzyczny jako Max van Richter. Kryjąc się za zmyślnie opowiedzianą bajką (o rzekomym członku zespołu Arcane który uległ tajemniczej śmierci trzymając w  zwęglonym ręku uszkodzone demo, bla, bla bla...), Paul poraża wręcz swoich słuchaczy kolejną potężną dawką dźwięków. Na dodatek wreszcie rezygnuje z dosłownego kopiowania dokonań najbardziej znanych mistrzów gatunku i choć muzyka dalej dobrze się kojarzy (ooo... to brzmi jak...), wydaje się być bardziej oryginalna. Słychać solidnie skonstruowane melodie, zgrabne sekwencje i ten niesamowity klimat jaki udaje mu się wytworzyć - to robi wrażenie. Jak również czternaście użytych na płycie syntezatorów, dynamiczne solówki na gitarze Hackmana Spouse (ciekaw jestem czy to też jest fikcyjna postać) czy też pełna ekspresji gra na perkusji AJ Devitta (kolejny fantom?). Gdzie to stosowne, słychać miękkie basowe pady. Umiejętnie buduje Paul napięcie, skutecznie je później rozładowując. Mimo wstrętnej okładki autorstwa swojego brata, Stevena Lawlera, wielu mrocznych motywów przewijających się tu i ówdzie, umie "Max" nadać muzyce odpowiednio optymistyczne zakończenie. A nawet nasącza ją pewną dozą romantyzmu. Prowadzi słuchacza poprzez sieć różnych zagadek, dźwięków tajemniczych i niepokojących, aby najczęściej na końcu dać zwyciężyć harmonii i dobru. Tak przynajmniej odbieram ten przekaz. Jest to podobne filmom pełnym napięcia, gdzie widz boi się na niby, wiedząc że obraz widziany na ekranie TV jest fikcją, a obok stoi butelka kojącego, zimnego piwa. I chociaż proces katharsis nie został udowodniony naukowo po dziś dzień, takie pozytywne fluidy co rusz płyną z głośników podczas odsłuchu tej płyty pozostawiając słuchacza w dobrym nastroju. Lektura obowiązkowa dla wszystkich el-maniaków.