wtorek, 6 marca 2012

Blue Room - Baumann, Haslinger, Baxter


  Gdyby mój ulubiony muzyk zaniechał grania muzyki elektronicznej, to najlepiej jakby próbował sił w progresywnym rocku. Tak też się stało w przypadku Petera Baumana, choć projekt Blue Room nie odniósł sukcesu komercyjnego. Promocyjna, darmowa kaseta wydana w 1992 roku zawierała sugestię "Watch for early 1993 release" ale nie wzbudziła szerszego zainteresowania. Jeśli źródło mojego kolegi Darka Długołęckiego jest wiarygodne, poprzestano na półoficjalnym wydaniu 32 numerowanych płyt cdr. Wielka szkoda że nagrania tercetu: Baumann, Haslinger, Baxter  (kolejność nazwisk przypadkowa) nie doczekały się kontynuacji, ani nie zdobyły większego aplauzu krytyków i publiczności.  Sami muzycy byli bardzo sceptyczni. Haslinger wspomina w jednym z wywiadów: "Z początku byliśmy  (projektem B.R.) bardzo podnieceni. Pod koniec zrobiło się to dość deprymujące. W międzyczasie coś jakby przewiało tą produkcję. Zbyt wiele zdań, zbyt wielu muzyków. W końcu okazało się, że najlepsza taśma demo nie zadowalała nas. Była to dobrze wyprodukowana płyta, lecz nie zawierała nic nowego. Zarówno Peter jak i ja byliśmy zdania, że nie powinniśmy jej wydać". Mimo tak zdystansowanego podejścia muzyków do tego materiału, nie oceniam tych nagrań zbyt surowo.  Progresywny rock, choć wielokrotnie już dublowany, ma swoją moc oddziaływania. Głos Baxtera, sugestywny i pełen ekspresji, świetnie pasuje do elektronicznej perkusji na której gra Baumann. Szkoda że nie znam perfekcyjnie języka angielskiego, ale mam wrażenie że teksty są również dość zaangażowane. Spośród pięciu utworów wyróżnia się pierwszy "Nature Of The Beast", kapitalny, mój ulubiony na tym wydawnictwie "25.000 Days" i ostatni długi "True Confessions". Muzyka zazwyczaj jest dość mroczna. Dzwony, postękiwania, wycia w tle... Zastanawiałem się czy jest wyraz zgorzknienia któregoś z muzyków, czy po prostu taka maniera?  Czego by nie pisać, siła wyrazu tego przekazu jest znaczna. Oczywiście to bardziej rock progresywny niż muzyka elektroniczna, porównywany przez niektórych do nagrań Marillion, co akurat nie uważam za dyshonor (smile). Kolejna mało znana perełka pośród mnogości muzyki niczym się nie wyróżniającej.