sobota, 4 lutego 2012

Daniel Bloom - Wszystko co kocham O.S.T.


  Myślę że się nie pomylę jeśli powiem że Daniel Bloom (a właściwie Daniel Tomasz Borcuch), jest jednym z niewielu polskich muzyków grających na syntezatorach, któremu zdecydowanie udało się zrobić karierę. Przynajmniej w obrębie naszego kraju. Pamiętam jego ekstrawaganckie popisy na "parapetach" i dynamiczne spektakle jakie można było oglądać ponad 10 lat temu na licznych koncertach w których brał udział. Fani byli zachwyceni! Porównywano go do Klausa Schulze, a niektórzy twierdzili nawet że i z wyglądu przypomina niemieckiego wirtuoza. Uważam jednak że Daniel jest podobny przede wszystkim do samego siebie, i tego typu porównania nie są właściwe. Wróćmy jednak do meritum. Tak,  Danielowa biegłość i opanowanie klawiatur szybko stały się legendarne, a wysokie umiejętności i techniczna perfekcja były tematem gorących dyskusji. Wszyscy się cieszyliśmy, że oto mamy kolejnego polskiego muzyka który swą grą nie ustępuje światowym gwiazdom elektroniki. Przez pewien czas bawiło Blooma wierne  odtwarzanie atmosfery koncertów tytanów elektroniki lat 70. Ta muzyka "live", jak i pierwsza płyta "Thorn" z 1995 krążyła po Polsce w wielu kopiach CD-r. Potem Daniel na 5 lat zniknął. Być może skupił się  na poszukiwaniu swojej własnej muzycznej tożsamości? Nie wiem. Między rokiem 2000 a 2005 ukazuje się sześć tytułów, w tym dwa sygnowane jako "Physical Love" i "Paralogic" i dwa soundtracki do filmów  w reżyserii swojego brata Jacka Borcucha. Omawiana dziś muzyka też pochodzi z obyczajowego filmu Jacka nakręconego w 2010 r. pod sporo mówiącym tytułem "Wszystko co kocham".
   Filmu jeszcze nie oglądałem, przeczytałem dostępne precyzyjne opisy  w internecie, wywiad z reżyserem i fragmenty na YouTube. Muzyka natomiast jest mi już dobrze znana. To siedemnaście krótkich utworów, z czego nasz bohater wykonuje pierwszych jedenaście. Są one wyraźnie podporządkowane treści filmu i mam wrażenie że zgodnie z tytułami opisują dane fragmenty obrazu.  Utrzymane w podobnym klimacie, refleksyjne, stanowią duży kontrast w zestawieniu do żywiołowych, bonusowych piosenek zespołów WCK i Dezerter. Bloom często wykorzystuje tu swoje umiejętności gry na fortepianie, w końcu skończył szkołę muzyczną w tej klasie. I to słychać, bo gra faktycznie z uczuciem, delikatnie i subtelnie jak chyba nigdy dotąd*. Te impresje są podszyte nostalgią i swoistym ciepłem. Między poszczególnymi uderzeniami palców w klawisze tworzą się krótkie przerwy. Taki sposób grania tworzy niejako dużo przestrzeni złaknionej dźwięków niczym suche pole deszczu. Syntezatory odgrywają swoją rolę, choć jest ona bardziej służebna, a najlepiej słychać je w pierwszym utworze "Ten Czas" i czwartym pt. "Idę spać". Kapitalny jest też krótki, siódmy fragment "Niezłomni". Romantyczność tej muzyki, podkreślana czasami delikatnym brzmieniem gitary, robi duże wrażenie. Takiego Blooma jeszcze nie znałem. Konwencja i wymogi sztuki filmowej nie sprowadziły tej muzyki do pułapu nieznośnego, miałkiego i anonimowego symfonicznego podkładu jaki standardowo towarzyszy zachodnim kinowym produkcjom. Bloom, mimo iż schował tu swój młodzieńczy pazur, daje się poznać jako kompozytor dojrzały, umiejący dostosować się do okoliczności.

*
Witaj Damian. Dzięki za fajną recenzję, ale muszę sprostować Twój tekst, otóż na fortepianie, podobnie jak w Tulipanach grał Leszek Możdżer [:)]
Pozdrawiam serdecznie, Daniel