sobota, 25 lutego 2012

Tangerine Dream - Exit



     Ciekawe, że płyty zespołu Tangerine Dream takie jak "Exit" z 1981 roku, uznawane przez wielu krytyków za pierwsze przejawy komercjalizacji ich muzyki, robią na melomanach pozytywne wrażenie. Związane jest to chyba z różnymi przeżyciami z lat młodości słuchaczy... A może dzieje się tak dlatego, że nasze (miłośników muzyki elektronicznej) życie, jest nierozerwalnie połączone ze słuchaniem tego typu muzyki? Że jest to jedna z tych niewielu rzeczy która jest dalej dobra i się nie zestarzała? Ta płyta stanowi znak pewnych czasów, które już nie wrócą... Choć jest faktycznie symbolem pójścia zespołu w stronę lżejszej gatunkowo muzyki - ma coś w sobie: klimat i swoisty urok. Dlatego ją lubię i co jakiś czas do niej powracam. Edgar Froese umiejętnie złagodził muzykę zespołu, tworząc piękne instrumentalne krajobrazy, nasycone harmonią, spokojem i odrobiną tajemnicy. Zawarta w niej pewna uniwersalność powoduje, że rozpoczynający ją "Kiew Mission" podoba się ludziom którzy na co dzień słuchają innej muzyki. Ten fragment, gdzie są wymieniane przez podekscytowany rosyjski głos kontynenty (prócz Antarktydy, wiadomo - za zimno, mało ludzi), będący swoistym przesłaniem pokoju - wydawać się może dziś dość naiwny. Jednak należycie uosabia pokojowe przesłanie zespołu na dziesięć lat przed końcem zimnej wojny. Płyta trzyma mniej więcej równy poziom i dostarcza wielu dalszych wzruszeń opartych na sentymentach (Pilots Of Purple Twilight, Exit). Jeśli oczywiście pogodzimy się z nową konwencją - przekazu emocji za pomocą rytmicznych, elektronicznych przebojów.  Kiepski wyjątek to "Network 23", zawsze przeskakuję tego "knota" aby posłuchać końcowej perełki: "Remote Viewing". Edgar i Chris przypominają sobie na niej, jak kiedyś wciągali publiczność w przeżycia na innym poziomie wtajemniczenia. Mimo wszystko - 21 różnych wydań tej płyty świadczy o tym, że - patrząc na oś czasu - było i jest duże zapotrzebowanie na tą muzykę.