piątek, 6 stycznia 2012

Tangerine Dream - Mona Da Vinci



      Cieszę się że nie piszę recenzji dla jakiegoś sklepu muzycznego aby im podnieść poziom sprzedaży. Możliwość wyrażania tego co się naprawdę myśli jest przyjemnym aspektem wolności. Każdy był kiedyś w dyskoncie i widział te same produkty mleczne stojące w szeregu. Również w fabryce samochodów, rzędy lśniących egzemplarzy tego samego modelu gotowe do zejścia z taśmy. Coś podobnego przychodzi mi na myśl gdy słucham nowych płyt Tangerine Dream. Przypominają one artykuły do masowej konsumpcji. Bardzo podobne do siebie kompozycje z płyty "Mona Da Vinci" wydanego jako CUPDISC (EP) z 2011r, są pozbawione cech wybitnych. Nie zapadają w pamięć, nie są oryginalne. Papka serwowana przez Edgara Froese obnaża jego artystyczny marazm. Nie potrafi uwolnić się od brzmień jakie kiedyś znalazł i uznał za warte publikacji. Jednak to, co zachwycało na "Stuntmanie", "Hypeborei" czy "Poland", przetrawione po raz tysięczny jest po prostu mdłe. Wielka szkoda że Tangerine Dream - kiedyś marka znakomitej muzyki, symbolu żmudnych artystycznych poszukiwań, jest dzisiaj pretekstem do głównie handlowych działań. Być może nie jest to wina Edgara Froese, tylko taki jest otaczający nasz, zły świat? Teraz wartości ulegają spłyceniu, a liczy się być kimś i dużo mieć... Wracając do muzyki. Z tej fali nijakości zalegających "Mona Da Vinci" wyróżniłbym jednak kompozycję "Phantoms And Oracles" - wykonane z zapałem przez Zlatko Perica solo na gitarze odrobinę odróżnia je od reszty, oraz ostatnią - "Hunting For Illusions" utwór mający w sobie pazur, dramatyzm i odpowiednią dynamikę. Choć to oczywiście nic nowego pod słońcem. Przeczytałem swoje wcześniejsze recenzje nowych płyt Tangerine Dream. I zauważyłem z przykrością, że też się powtarzam w używaniu określeń i przymiotników mających oddać istotę tego "problemu".
   Ale trudno znaleźć poezję na półkach spożywczego marketu.