niedziela, 1 stycznia 2012

Kraftwerk - Radioactivity


    Kraftwerk Radioactivity, a właściwie "Radioaktivität". Prawie wszystko co jest związane z tą płytą i muzyką na niej zawartą ciepło mi się kojarzy. Nagrano ją w dobrym dla muzyki elektronicznej 1975 roku, kiedy jednocześnie pojawiło się kilka innych, znaczących dla gatunku płyt równie ambitnych zespołów. Grupa nagrywała w najlepszym, stabilnym i pełnym twórczej inwencji składzie: Schneider, Hütter, Flür i Bartos. Udało się im osiągnąć równowagę między odkrywczą muzyką a jej przystępnością. Cała płyta to krótkie, ale atrakcyjne w swoim brzmieniu utwory, które w odróżnieniu od wcześniejszych i późniejszych nagrań, nie nużą i nie nudzą się zbyt szybko. Nowatorstwo słychać od samego początku. Pierwszy, minutowy wstęp wypełniony coraz szybszymi odgłosami pracy licznika Geigera (domyślnie wzrasta poziom promieniowania) płynnie przechodzi w przeplatany alfabetem Morse’a, rytmiczny utwór tytułowy. Industrialny charakter nadają mu zarówno odgłosy jak i beznamiętny głos Ralfa Hüttera opowiadający o skażeniu radioaktywnym i zjawisku promieniotwórczości odkrytym przez Madame Curie. Leniwy, prosty rytm, jest umiejętnie zagłuszany przez modulowane komunikaty. Pojawia się kolejna piosenka „Radioland” inspirowana tym razem odgłosami wydawanymi przez radio. Ponownie słychać flegmatyczny, stonowany głos na przemian z najróżniejszymi dźwiękami które mogą pojawić się podczas kręcenia gałką radiowej częstotliwości. Tych dodatków jest sporo i umiejętnie wpleciono je w konstrukcję utworu. Po leniwie snujących się pierwszych nagraniach słychać najsłabszą, dynamiczną i przebojową „Airwaves” przypominającą inne późniejsze hity zespołu. Kolejne trzy utwory trwają łącznie niecałe trzy minuty. Są to właściwie same różnorakie efekty: głosy nakładające się na siebie, odgłosy, zimne deklamacje... Pozostałe kompozycje są dalszą tego rodzaju mieszanką akustycznych pogłosów i komercyjnej melodii (Antenne) z przewagą dźwiękowych sztuczek. Dwukrotnie jeszcze niemieccy muzycy wzbudzają mój podziw: stworzeniem niesamowitego klimatu zagrożenia w "Radio Star" i "Uran", oraz przyjemną końcową piosenką "Ohm sweet ohm". Ta powolna kołysanka i uboga, choć przystępna melodia, rozkręca się w pozytywny w wydźwięku utwór. Tempo rośnie, rytmiczne maszyny coraz bardziej przyspieszają, aż do końca, jak na karuzeli. Fascynacja muzyką generowaną przez bezduszne instrumenty odcisnęła na Radioactivity swoje piętno. Ta dopracowana, koncepcyjna płyta jest jakby trochę niedoceniania, na korzyść bardziej przebojowych płyt - a szkoda. Warto pamiętać że Kraftwerk publikując swoje niesamowite pomysły inspirował dziesiątki innych wykonawców muzyki rockowej, synth-popowej, industrialnej i awangardowej.
    Dziś Radioactivity (ukazały się 63 różne wydania !) to lektura obowiązkowa dla każdego keyboardzisty i fana elektronicznych brzmień.