niedziela, 27 listopada 2011

George S. Clinton – Mortal Kombat - Original Motion Picture Score


    Filmy kręcone na podstawie gier czy komiksów rzadko kiedy niosą ze sobą głębsze treści. Nikt tym się zbytnio nie przejmuje, bo nie tego się po nich oczekuje. Mortal Kombat jest takim typowym produktem dla oczu. Ale nie do końca. Nie wart byłby mojego czasu, gdyby nie kilka szczegółów go wyróżniających. Od czasów "Wejścia Smoka" i filmów z J.C. van Damme nie widziałem tak sugestywnie nakręconych scen walki. Choć nie jestem zwolennikiem przemocy, nawet na ekranie, nie mogę odmówić autorom zdjęć solidnego rzemiosła. Wschodnie sztuki walki są właściwie główną treścią tej nieskomplikowanej historii a towarzyszy im bardzo mroczna muzyka. George Clinton, autor ponad 50 soundtracków, idealnie wpasował się w klimat baśniowej opowieści. Oprócz dyrygowania orkiestrą gra na syntezatorach. W sesji wzięło udział między innymi 2 perkusistów, bębniarz, gitarzysta. Materiał dodatkowo obrabiali specjaliści od efektów dźwiękowych. Ilustracja zgrabnie podkreśla istotne wątki filmu. Czy to licznych pojedynków czy też nielicznych fragmentów refleksyjnych. Bardzo krótkie, nerwowe, dynamiczne utwory będące mieszanką ostrych rockowych gitar i egzotycznych bębnów robią odpowiednie wrażenie. Muzyka mająca podkreślać emocje sprawia wrażenie jakby sama podlegała napięciom chwili i ciśnieniu wydarzeń (choć wiadomo że to niemożliwe), była nie tylko sposobem opisu oglądanych wydarzeń, ale integralną częścią ekranowej rzeczywistości. Film widziany po raz pierwszy może być trochę przerażający. Aktorzy grający główne role są bardzo sugestywni. Zarówno zdeterminowani źli i dobrzy przywódcy (demoniczny Tagawa i zdystansowany Lambert ) jak i piękne kobiety (urocza Bridgette Wilson i zjawiskowa Talisa Soto). Mamy też przed oczami ciekawe lokacje i masę nieźle jak na 1995r zrobionych efektów specjalnych. Film oglądany po raz pierwszy może być lekko przerażający. W tej wersji płytowej nie umieszczono nagrań innych zespołów które można usłyszeć w tle filmu, ale niewielka to strata bo muzyka Clintona broni się sama.
    Obraz okrutny, choć całe szczęście nakręcony z dystansem, dzięki swojej dźwiękowej oprawie zyskuje na wyrazistości.


piątek, 25 listopada 2011

Krzysztof Radomski, Krzysztof Skrobowski - Echoes


     Wyznacznikiem wartości i popularności danej muzyki nie są poświęcone godziny na jej tworzenie, ani profity z niej płynące - jeżeli w ogóle można o tym mówić w przypadku mało popularnej wśród mas muzyki elektronicznej. Czasami spotkanie przyjaciół i spontaniczne wspólne granie może obfitować nadspodziewanie dobrym efektem końcowym, nawet jeśli takowy nie był brany pod uwagę. Właśnie coś takiego miało miejsce podczas sesji: Krzysztof Radomski & Krzysztof Skrobowski zarejestrowanej w 2005r. Wystarczyło dobrze się rozumieć, poczuć klimat i wydobyć z siebie pewne zasoby inwencji, aby godzina grania zaowocowała stworzeniem atrakcyjnie brzmiącej muzyki, którą później nazwali "Echoes". Oczywiście obaj muzycy nie próbowali przełamywać barier i ustanawiać nowego muzycznego kanonu, doszukiwanie się braków warsztatowych byłoby więc nie na miejscu. Swobodne improwizowanie i budowanie klimatu kosmicznej kontemplacji w stylu Manuela Göttschinga może i powinno się podobać większości fanów tego sposobu wyrażania emocji. Sugestywne pasaże modulowanych dźwięków, którym towarzyszy stonowana gra na gitarze dostarczają pozytywnych wrażeń. Podczas miłego plumkania umysł wypoczywa, a czas relaksu szybko mija. Pozostaje wrażenie przebywania w dobrej atmosferze złożonej z barw i kolaży dźwięków zdecydowanie terapeutycznych.
   Muzykę można pobrać z tej strony: http://www.epsilonpages.net/index.php?menu=7



Cliff Martinez – Solaris: Original Motion Picture Score


   Jaki jest przepis na dobrą muzykę filmową? Nie wiem. Ale bardziej istotne jako słuchaczowi, wydaje mi się po prostu taką znaleźć. I cieszyć się nią przez długie jesienno-zimowe wieczory. Oprawa dźwiękowa do filmu "Solaris" z 2002r. wyróżnia się spośród innych tego produkcji na plus. Przede wszystkim ma swój klimat. Cliff Martinez przy pomocy subtelnych środków wyrazu sprawia, że przez cały czas trwania muzyki wisi w powietrzu specyficzna atmosfera. Jest ona przesycona niepokojem, pełna tajemnic i niedopowiedzeń. Taka jak treść somnambulicznego filmu Stevena Soderbergha. Obrazom oglądanym z ekranu towarzyszy więc muzyka znakomicie je uzupełniająca. Jest ona właściwie integralną częścią filmu (bez niej obraz by wiele stracił), znakomicie egzystując również poza nim. Choć na okładce płyty wymieniono kilkadziesiąt nazwisk solistów grających na tradycyjnych instrumentach będących na wyposażeniu orkiestry, nie jest ta orkiestra zniewalającym składnikiem całości. To właśnie czyni ten soundtrack wyjątkowym i atrakcyjnym. Zamiast pochodów tradycyjnie rozumianej amerykańskiej symfoniki, tak popularnej w nijakich i bezbarwnych muzycznych podkładach stosowanych w setkach filmów, mamy do czynienia z eteryczną muzyką, którą można (o ile komuś to potrzebne) zaklasyfikować jako ciepły ambient. Miękki i wyrafinowany. Muzyczne tworzywo inteligentnie przeobrażone przez wrażliwego artystę zostanie w pamięci na dłużej szukającym w muzyce głębi i smaczków.
   Popularność tych nagrań doprowadziła nawet do nieoficjalnego wydania płyty w Rosji.





czwartek, 24 listopada 2011

Dawid Gillner Omnibrain - Omnibrain


    W maju 2011r młody polski muzyk Dawid Gillner publikuje na Jamendo projekt pt. "Omnibrain". Dostępna tam muzyka jest plonem fascynacji Dawida klasyczną elektroniką sekwencyjną, zwaną też niekiedy Szkołą Berlińską. Zawartość pięciu utworów mocno przypomina najbardziej spektakularne fragmenty niemieckich pionierów energicznych loopów z połowy lat 70. ubiegłego stulecia. Kompozycje te w założeniu autora miały być celowo monotonne i trochę hipnotyczne. I tak właśnie jest. Ta programowa powtarzalność ma wprowadzać słuchacza w pewien rodzaj pozytywnego transu, a zakręcone arpeggia dostarczyć sprawdzonych, dobrze odbieranych emocji. Nie wiem na ile niewielkie urozmaicenie treści utworów jest zamierzone, a na ile ma ukryć brak ewentualnych umiejętności, co byłoby naturalne u początkującego kompozytora. Faktem jest że tego typu granie jest od lat powielanym kanonem, rodzajem łącznika co najmniej dwóch pokoleń entuzjastów syntezatorów. Nie da się też ukryć że kręcenie przełącznikami oscylatora, gałkami zmiany częstotliwości i regulacja poszczególnych filtrów może fascynować przez wiele miesięcy i inspirować do dalszych eksperymentów. To wszystko słychać w tej muzyce, nie do końca oryginalnej, ale jednak intrygującej na tyle, aby skupić na sobie uwagę melomanów. Dawid Gillner deklarował poważniejsze eksperymenty i badania ambitniejszych obszarów muzycznego spektrum. Niestety niespodziewana śmierć muzyka zakończyła spekulacje co do dalszego jego rozwoju.
           Zostały utwory dostępne w Internecie http://www.jamendo.com/en/artist/Omnibrain, które dają się lubić i będą go przypominać.





poniedziałek, 21 listopada 2011

Krzysztof Radomski - Nadchodzi era nieograniczonego streamingu

Krzysztof Radomski - kompozytor z Kowar, fascynujący się wieloma odmianami muzyki elektronicznej. Autor kilku płyt z przystępną elektroniką jak i bardziej ambitną formą dźwiękowego wyrazu.

1) Twoja strona internetowa ma ciekawy tytuł: "Epsilon Pages". Skąd taki pomysł?

K.R.:To nawiązanie do tytułu mojego pierwszego albumu wydanego jako Protonic Storm. Z racji tego, że wówczas wydawało mi się, że zajmować się będę tylko muzyką spacesynth, tak zostało.

2) Zaczynałeś od grania muzyki trance, goa, space. To dość dynamiczne i optymistyczne formy. Odnoszę wrażenie że dobrze Ci się je grało. Po kilku latach decydujesz się realizować bardziej ambitne projekty. Jak do tego doszło?

K.R.: Nieprzebrane są zasoby Internetu... a nieograniczony dostęp do treści nawet niezbyt legalnych (a w zasadzie wcale) ma też swoje plusy - pozwala na nasiąknięcie klimatami, o których istnieniu do dziś bym nie wiedział, gdybym dostępu do tego źródła nie miał. Dziś już nie ściągam muzyki z internetu, ale miałem swój okres szaleństwa. Kolekcjonowanie absurdalnych ilości mp3 odchodzi do lamusa - nadchodzi era nieograniczonego streamingu. Dobrze, że wytwórnie zdały sobie sprawę, że nie wygrają z P2P, ale już wracam do tematu. Myślę, że wpływ na to miała też pewnego rodzaju euforia spowodowana "sukcesem" (zabawnie to teraz dla mnie brzmi) w postaci własnego, fizycznego albumu wydanego przez prawdziwy label. Człowiek myśli, że jest niepowstrzymany, gdy dać mu wiarę w siebie, zaczyna szukać nowych wyzwań dla swoich umiejętności, a szuka póki nie dotrze do granic swojego talentu. Tak było ze mną - gdy spacesynth trochę mnie znużył, gdy okazał się niewystarczającym wyzwaniem, a równocześnie odkryłem rejony muzyki elektronicznej daleko wykraczające poza muzykę melodyjną, zadziałało to na mnie jak płachta na byka. Przełomem była płyta "Substrata" Biosphere'a - pamiętam, że przy pierwszym odsłuchu, gdy te klimaty były dla mnie zupełnie obce, pomyślałem "Co to niby ma być? Gdzie jest beat?" i mp3 poszło w kąt twardego dysku. Jakiś czas później niezidentyfikowana melodia zaczęła mnie dręczyć i kołatać po głowie; wiedziałem , że gdzieś mam album, z którego ona pochodzi, i po jakiś czasie grzebania w końcu odnalazłem - to była "Poa Alpina". Tym razem przesłuchałem cały album w niewymówionym olśnieniu, a całe moje pojęcie na temat muzyki uległo momentalnemu przedefiniowaniu. No i się zaczęło - najpierw rzuciłem się na gatunek ambient jak pies na świeżą kość. Potem zacząłem grzebać w muzyce eksperymentalnej, rozpocząłem też poszukiwania źródeł muzyki elektronicznej, aż dotarłem do muzyki konkretnej. To był okres, w którym szukałem muzyki skrajnie obcej, im bardziej nie pasującej do tego, co zwykły człowiek nazywa "muzyką", tym lepiej. Ocierałem się o muzykę algorytmiczną, elektroakustykę, noise, izolacjonizm, dziwadła pokroju Aube, Zbigniewa Karkowskiego, Daniela Menche, Schloss Tegal, eksperymenty Williama Basinskiego, sterylności absolutne Carstena Nicolaia czy Ryoji Ikedy. Po jakimś czasie podjąłem też próby tworzenia własnych kompozycji z niestrawnych dźwięków; na początku szło to kiepsko, ale z czasem utwory nabierały sensu na tyle, że można było z nich sklecić album. W ten sposób powstała pierwsza płyta "Fonolabe".

3) Między dwoma płytami które łączy słowo: "Fonolabe" penetrującymi rożne zakątki muzyki ambient, eksperymentalnej, wydajesz z przyjacielem Krzysztofem Skrobowskim bardzo urokliwą trzy częściową suitę - "Echoes". Już jakiś czas temu zwrócono mi na nią uwagę, mówiąc że to jest dobra muzyka. Opowiedz więc trochę szerzej o tym popularnym wśród internetowych słuchaczy zapisie.

K.R.: Popularnym? Chciałbym mieć podstawy wierzyć, iż to nie jest to jedynie kurtuazja.

4) Popularności w naszym kraju raczej nie warto mierzyć ilością otrzymanego finansowego wsparcia za pobrany plik. Napisałem że ta muzyka jest popularna, bo okazało się że gdy pokazywałem link do Echoes, moim znajomym, większość kolegów mówiła: tak, pobrałem już te nagrania - to dobra płyta.

K.R.: Nie byłem tego świadom. Oczywiście miło się tego dowiedzieć. Cóż tu opowiadać - spotkaliśmy się z Krzysztofem Skrobowskim (wówczas pracowaliśmy w tym samym miejscu) na wieczornym spotkaniu w celu wspólnego pobrzdąkania, bez planów, by cokolwiek poważnego nagrywać. Po zakończeniu okazało się, że można to (oczywiście po dodatkowej obróbce) zsumować w jedną koherentną całość. Gdybym miał się wcześniej przygotować do takiej zabawy z planem nagrania albumu, zaprogramowałbym odpowiednie barwy dla sekwencji, dobrałbym inne brzmienia perkusyjne, ale naprawdę - wszystko powstawało na poczekaniu, więc wrzucałem brzmienia, które akurat były pod ręką. W wyniku wyszło to mniej ciekawie, niż mogłoby, ale cóż - taka natura improwizacji. No, nie do końca wszystko powstało na poczekaniu - warstwa świergoczących efektów dźwiękowych została dodana później, w czasie obróbki, w celu wzbogacenia całości o bardziej kosmiczny klimat. Zauważywszy, że album się "przyjął", nawet planowaliśmy ponowne spotkanie w celu nagrania "Echoes II", ale jakoś nigdy do niego nie doszło. Nie wiem jednak, czy cokolwiek by z tego wyszło - celowa intencja mogłaby zniszczyć szczerość tak powstałego materiału.

5) Pośród różnych źródeł inspiracji wymieniasz obok siebie Lustmord, Karlheinza Stockhausena i... Koto. Dość skrajne klimaty. Czy to stara miłość, czy po prostu słuchasz wielu rzeczy nie ograniczając się do jednego nurtu?


K.R.: "Masterpieces" Koto to była pierwsza kaseta z muzyką elektroniczną, z jaką się zetknąłem - było to w okolicach roku 1988. Zawsze byłem introwertycznym dzieciakiem o skłonnościach do alienacji, nie potrafiącym znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. Zawsze fascynowała mnie matematyka i programowanie. Wydaje mi się, że ludzie uważali, że ze mną jest coś nie tak. Dlatego właśnie coś tak kosmicznego jak Koto totalnie mnie zachwyciło, wiedziałem wówczas, że to jest MOJA muzyka, która pozwala oderwać się od tej rzeczywistości szarych ludzi, fascynujących się miałkimi brazylijskimi serialami i nudną piłką nożną. Koto to był klimat, z którym się identyfikowałem. A że zawsze miałem jako-takie zdolności plastyczne, lubiłem zamykać się w swoim świecie i rysować grafiki sci-fi. Koto i Laserdance idealnie się z tym uzupełniały. Po latach odkryłem, że ówczesny spacesynth był jedynie instrumentalną wersją italo-disco, ba - niektóre melodie były żywcem zerżnięte z niektórych hitów italo, czego długo nie mogłem zaakceptować. Później przestałem na to zwracać uwagę, ponieważ nie zamierzałem porzucać sentymentu do tej muzyki, a wiadomo jaką siłę ma sentyment. Do dziś lubię ten gatunek, tym bardziej, że współcześni twórcy spacesynth potrafią być zdecydowanie bardziej ambitni niż pionierzy. A co do słuchania - fakt, słucham bardzo różnych rzeczy, byleby były elektroniczne i nie posiadały nacisku na wokal. Czy to melodyjne, czy nie, czy ma dynamiczny rytm i perkusję, czy snuje się menel po dworcu PKP - łyknę wszystko. Czasem mam ochotę na Oöphoi, czasem na Cosmosisa, czasem na Klausa Schulze, a czasem na Noisię. W każdym gatunku są rodzynki, które są jak dla mnie wybitne i mógłbym ich słuchać na prawie na okrągło.

6) Często zmieniasz instrumenty? Czy Alesis Ion ze swoją polifonią, oscylatorami, filtrami LFO jest dalej dobrym narzędziem do kreowania Twojej muzyki czy masz inne, swoje przemyślenia na temat instrumentów?

K.R.: Nigdy bym nie kupił syntezatora sprzętowego. Alesis Ion jest prezentem od społeczności spacesynth.net, za który jestem im bardzo wdzięczny, ale jedynie potwierdza moje przekonanie o nieadekwatności sprzętowych syntezatorów w moim "studiu". Trochę utylizuję jego syntezę w muzyce, choć głównie używam jako klawiatury sterującej, ale generalnie trzymam się software'owych synthów, bo to po prostu moja bajka. A właściwie jednego - leciwego Z3ta+, mojego syntha z wyboru - mogę na nim zrobić wszystko co potrzebuję. A co do nowszych generacji wirtualnych syntezatorów, to od dawna nie śledzę zmian na tym polu - znudziło mi się to. Wszystkie te "rewolucyjne" VSTi to w kółko jedno i to samo, tyle, że zwiększana jest precyzja syntezy i dodawane są funkcje, których nikt nie potrzebuje. Możliwości każdego z nich są na tyle olbrzymie, że dalsze ich zwiększanie jest celowe albo dla masochistów, którzy zamiast się skupiać na muzyce, tracą czas na grzebanie w nowych funkcjach hamując swoją kreatywność, albo dla pokolenia digital-natives o zdolnościach mózgochłonnych będących poza moim zasięgiem. Nie mamy pojęcia, co nas czeka... ale znów odbiegam od tematu.



7) Spacesynth.net, to rzeczywiście ciekawa społeczność,  a  instrumentarium to temat rzeka, z którego zrobilibyśmy pewnie drugi wywiad. Ja się zastanawiam co by nagrali herosi elektronicznego rocka gdyby mieli w 1976 roku instrumenty i możliwości obróbki komputerowej dźwięku z 2011 roku. Tamten potencjał i ciekawość a dzisiejsze możliwości. No ale może to bezsensowne rozmyślania....

K.R.: Z drugiej strony ograniczenia stanowią wyzwanie. Kiedy mój ojciec kupił mi PC-ta w 1997, zaczynałem na SoundForge'u (oczywiście pirackim), mimo że to tylko edytor dźwięku, nie posiadający nic z sekwensera. Mozolnie pitchowałem sample, wklejałem je do pustego pliku opierając się o markery, i w ten sposób układałem melodie, linie perkusyjne, smyczki, itd. a następnie tak utworzone patterny miksowałem ze sobą. Nie znałem wtedy niczego lepszego. Ale to niewyobrażalne dziś dla mnie ograniczenie mnie ukształtowało. Robiłem wtedy więcej muzyki niż kiedykolwiek później, gdy już pracowałem na DAWie.
Podejrzewam, że gdyby dać mistrzom z lat 70'tych dzisiejszy sprzęt, poczuliby się nieswojo, przytłoczeni ilością wiedzy, jaką musieliby opanować, aby w ogóle ugryźć ten sprzęt. Brakowałoby im tego stopnia przejściowego pozwalającego strawić nową technologię, jak dawały pierwsze analogi o konstrukcji prostej choć żmudnej w użytkowaniu. To jak z komputerami - pierwsze komputery były prymitywne i obsługiwało się je według prostych zasad, za pomocą bardzo niewielu poleceń, ale w sposób bardzo żmudny, a pierwszymi programistami byli naukowcy o większych niż przeciętna zdolnościach intelektualnych. Dziś programistów mamy na pęczki, nie tylko dlatego, że programowanie jest bardziej dostępne, ale też dlatego, że zdolności do pochłaniania wiedzy dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków są znacznie większe niż pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatków. Ilość wiedzy generowanej przez rodzaj ludzki rośnie wykładniczo, i ktoś ją musi opanować. Osobiście nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co będą w stanie robić dzisiejsze kilkulatki za dwadzieścia, trzydzieści lat, ale obawiam się, że ówczesne narzędzia kompozycyjne będą dla mnie nie do opanowania.

8) Twoje wczesne nagrania synthpopowe znalazły się na różnych składankach, wziąłeś też udział w projekcie CES vol. VI, Tribute to Depeche Mode. Kiedyś wspierał Cię Jukke Lundqvist. Dalej korzystasz z umiejętności Krzysztofa Skrobowskiego. Wnioskuję że nie kreujesz się na samotnego, samowystarczalnego solistę, ale raczej chętnie kooperujesz z bliskimi Ci muzykami?

K.R.: Tu leży mój problem. Osiągnąłem granicę moich możliwości, robiłem już chyba każdy gatunek muzyki, jaki mnie pociągał, w związku z czym nie mam pola manewru na nowe wyzwania. Brak wyzwań powoduje znużenie, dlatego od dłuższego czasu moja produktywność spadła do około jednego, dwóch utworów rocznie. Marzę o tym, by wejść w koalicję z jakimś utalentowanym kompozytorem i w ten sposób obudzić w sobie poszukiwacza, który kiedyś mnie prowadził. Jukke Lundqvist to geniusz jak dla mnie, posiada niezwykłą wrażliwość jakże istotna dla gatunku spacesynth - umiejętność tworzenia melodii prostych, lecz potężnych w swej bezpośredniości, porażających i emocjonalnych - po prostu pięknych. Nikt na tej scenie nie może mu dorównać pod tym względem. Odkryliśmy w sobie niezwykłą kompatybilność kompozycyjną, stąd taka ilość wspólnych projektów. Mimo to współkomponowanie zdalne to nie jest to - szybkość sprzężenia zwrotnego ma w takich przypadkach znaczenie kluczowe. Ale gdy się nie ma jak się lubi... dlatego na kolejnym albumie Protonic Storm znajdzie się więcej utworów powstałych w kooperacji z tym niezwykle utalentowanym kompozytorem. Z Krzysztofem Skrobowskim dosyć dawno się nie widziałem (przeprowadził się), ale nie mogę na sto procent powiedzieć, że nigdy ze sobą nie zagramy.

9) Wiadomo że nagracie już inną muzykę, inna dojrzałość, wiedza i doświadczenie, ale skoro macie podobną wrażliwość, pomysł waszego spotkania uważam za znakomity. W notatce o sobie wspominasz że lubisz literaturę fantasy i SF. To ciekawe jak często elektroniczna muzyka i fantastyka dobrze ze sobą harmonizują i uzupełniają. Co z tej literatury szczególnie zapadło Ci w pamięć?

K.R.: Ach, Sci-Fi lubię, odkąd sięgam pamięcią. Moje ulubione książki to "Hyperion" i "Upadek Hyperiona" Dana Simmonsa, "Miasto i gwiazdy" Arthura C. Clarka oraz "Pierścień" Larry'ego Nivena. Generalnie tzw. space-opera. Ale spoza tego podgatunku zachwycony byłem też "Diamentowym Wiekiem" Neila Stephensona, czy fenomenalnym "Ślepowidzeniem" Petera Wattsa - ta ostatnia naprawdę wykręca mózg na lewą stronę - jedna z tych książek, która umysłom analitycznym tak daje do myślenia, że trudno się skupić na fabule.

Fantasy czytuję znacznie mniej. Wstyd się przyznać, ale nie przeczytałem nawet "Władcy Pierścieni"... może kiedyś to nadrobię, ale chwilowo mam szereg lektur (SF) w kolejce. Wolę kupować książki niż muzykę. W końcu z ekonomicznego punktu widzenia jest to inwestycja dużo bardziej uzasadniona.

10) Nie przejmuj się ja też jej nie przeczytałem całej, utknąłem gdzieś w połowie trylogii. Za to pochłonąłem właściwie wszystkie książki P. K. Dicka.. Czytałeś jego Ubika?

K.R.: Ubik jest właśnie w kolejce! Nie mogłem się powstrzymać, gdy niedawno wyszło jego wznowienie. Ale oczywiście czytałem inne powieści Dicka. Specyficzne i niełatwe.

11) Miałeś już okazję koncertować u siebie w Kowarach lub gdzieś dalej?


K.R.: Nigdy nie koncertowałem. Nie potrafię nawet grać na klawiszach, choć chciałbym się kiedyś nauczyć, brakuje mi jednak zapału i chyba też trochę warunków do nauki. Ale raz wystąpiłem - wydarzyło się to na imprezie z cyklu Moondalla, utrzymanej w klimatach goa i psytrance (swojego czasu największej tego typu w Polsce) - ale mój występ ograniczył się przedstawienia z płyt CD swojej twórczości, choć nie tylko transowej.

12) Nad czym teraz pracujesz, czy stawiasz sobie wyraźne muzyczne cele, czy zdajesz się na intuicję?

K.R.: Staram się ukończyć trzeci album Protonic Storma, ale z powodów opisanych powyżej, idzie mi to jak krew z nosa. Potem będzie można umrzeć.

- Potem nagrasz wiele nowych płyt, bo okaże się że paru geniuszy znów pchnęło rozumienie muzyki na nowe tory i stali się inspiracją dla innych muzyków w dalszych ich poszukiwaniach.  I tym optymistycznym akcentem dziękuję za wywiad.


K.R.: Życzyłbym sobie tego. Ale jak będzie, to zobaczymy.
Link do strony Krzysztofa: http://www.epsilonpages.net/ 

niedziela, 20 listopada 2011

Kevin Bassinson – Cyborg - Original Soundtrack



    Muzyka filmowa  jest materiałem użytkowym podległym ekranowej treści. Jako taka jest ona zazwyczaj ograniczona nie tylko wyobraźnią i inwencją autora, ale przede wszystkim charakterem oglądanych obrazów. Służebna rola dźwiękowej oprawy skutkuje więc często tworzeniem milionów godzin nijakiej, bezbarwnej i szablonowej muzyki. Artyści zarzynają niemiłosiernie te same orkiestrowe wzorce myśląc że to się na pewno spodoba widzom. Dlatego raczej nie przepadam za muzyką filmową. Czasami jednak twórcom udaje im się choć trochę wyjść poza schemat i na rynku pojawia się muzyka z charakterem. Takie właśnie swoiste piętno rozpoznawalności słychać w dziele z 1989r  "Cyborg - Original Soundtrack"  którego autorem jest Kevin Bassinson. Film nie jest z gatunku tych co dostają Oskary, więc krytycy szybko zaklasyfikowali go do produktów klasy B przynoszących zyski w wypożyczalniach wideo. Nie będę z tym polemizował, skoro scenariusz napisano w jeden weekend a  film nakręcono w 24 dni. A jednak, choć postapokaliptyczne kino może razić co bardziej wybrednych koneserów (mi się podoba), nie jest to powodem do skreślania towarzyszącej jej muzyki. Ta autorstwa Kevina jest nie tylko rozpoznawalna, ale nagrana ze szczególnym nerwem i wyczuciem chwili. Idealnie pasuje do scen w których walczą bohaterowie o gitarowych imionach (reżyser Albert Pyun wykazał się tu niezłym dowcipem), zmagań Rickenbackera (Jean-Claude Van Damme) na krzyżu, czy jego retrospektywnych refleksji. Słychać nie raz charakterystyczne cięcia niedokończonych melodii i wznoszenie ich na wyższe interwały, melodyczne dysonanse ale i motywy tradycyjnie tkliwe. Ta doprowadzona do perfekcji dźwiękowa opisowość cierpiącego na przemoc świata jest kawałkiem całkiem przyzwoitego muzycznego warsztatu.
    Dzięki temu film jak i muzyka pozostaną w pamięci zarówno miłośnikom kina akcji jak i słuchaczom elektronicznej muzyki. 




piątek, 18 listopada 2011

Ennio Morricone – Original Score: Mission To Mars


    Podobno fantastyka starzeje się najszybciej. Być może tak się dzieje w wielu przypadkach, ale ten obraz z 2000r - Mission To Mars - jest szlachetnym wyjątkiem od tej reguły. Według mnie film Briana De Palmy swój urok i fakt że zostaje doceniona i pamiętana przez fanów zawdzięcza między innymi doskonale skomponowanej i dopasowanej muzyce Ennio Morricone. Sugestywną grę aktorów (dla mnie najlepsza rola Gary Sinise'a w jego dorobku) każdy grymas twarzy, gest czy ruch, po mistrzowsku podkreśla odpowiednio dobrany akord. Słychać zwiewne motywy, delikatne sekwencje elektronicznych przebiegów i solowe partie klasycznych instrumentów. Miłośnikom syntezatorów polecam chociażby ciekawe efekty w utworze "And Afterwards?", oraz długo brzmiące organowe frazy w "Towards the unknown". Autor muzyki z wyczuciem wszystkie je dawkuje kiedy trzeba potęgując efekty widoczne na ekranie. Często tak się dzieje, że w jednej kompozycji słychać całą gamę uczuć: od porażającej grozy do euforii. Dużo na tej płycie jest momentów sentymentalnych i melodii zdecydowanie romantycznych. Ale w żadnym wypadku muzyka nie ociera się o kicz. Drobne smaczki i akustyczne subtelności towarzyszą zarówno scenom radości jak i śmierci bliskich. Obejrzyj sobie drogi czytelniku fragment w której Connie Nielsen traci ukochanego granego przez Tima Robbinsa bez podkładu dźwiękowego. Scena ta traci dużo ze swojej mocy oddziaływania gdy nie słychać akompaniamentu Morricone. I tak jest w całym filmie. Absolutne mistrzostwo słyszalne jest w retrospektywnym finale filmu, gdzie przed oczami bohatera przebiega całe jego dotychczasowe życie. Optymizm jaki bije z tej muzyki pomieszany z głęboką refleksją tworzy niepowtarzalną mieszankę. I choć scena w której obcy pokazuje bohaterom ewolucyjny rozwój życia na Ziemi jest dla mnie nie do przyjęcia, nie przeszkadza mi rozkoszować się bogactwem barw z muzycznej palety Ennio.
     Ta muzyka zapada głęboko do serca i pozostaje tam już na zawsze. Gdy jej słucham, dociera do mnie fakt że właśnie dlatego między innymi warto żyć -  aby poznawać tak mocno przenikającą duszę sztukę, jaką jest także muzyka do tego filmu.




środa, 16 listopada 2011

Konrad Kucz - Kolaboracje dają twórczego kopa


Konrad Kucz - artysta grafik oraz instrumentalista i kompozytor specjalizujący się w muzyce elektronicznej. Tworzy muzykę rozrywkową, poważną oraz filmową.
 
  1) Od lat jesteś znany jako autor spokojnych nagrań w klimacie ambient, swobodnie poruszasz się w stylistyce tradycyjnej Szkoły Berlińskiej, nie boisz się też współpracy z innymi muzykami, wokalistkami (Futro, Kozak, Kulka, Steczkowska, Kożuchowska). Czym  tłumaczysz tę artystyczną różnorodność?

K.K: Zawężanie horyzontów poprzez skupianie się na jednej artystycznej dziedzinie nie jest dla mnie twórcze. Paradoksalnie jest to też mój problem ponieważ nie potrafię się samookreślić stylistycznie, choć podobno jestem rozpoznawalny. W dzisiejszych czasach jest to o tyle niedobre że środowiskowo jestem niczyj. A to powoduje że nie jestem zapraszany personalnie na festiwale, przeglądy, sam muszę o to zabiegać. Medialnie postrzegany jestem jako FUTRO, NOVIKA, KULKA. Jest jeszcze jeden aspekt, nigdy nie sądziłem że muzyka stanie się moim zawodem wykonywanym, żyję z produkcji muzycznych. Nie ukrywam że się w tym odnalazłem, i to wbrew losowym ograniczeniom. Poznałem wielu ciekawych i zdolnych ludzi. Kontakt z nimi bywa niezmiernie inspirujący. Właśnie dlatego wzorem dla mnie zawsze pozostaną muzyczne kolaboracje Briana Eno.


Wyobraźmy sobie że masz dobry pomysł, ale jakoś czujesz że własna realizacja nie satysfakcjonuje Cię do końca. Jest jakiś niedosyt, niezadowolenie. Wtedy kontakt z twórczą osobowością powoduje że ten dobry pomysł zaczyna nabierać blasku, potrafi się rozbudować, zmienić. Tak było przy wspólnej pracy z Bogdanem Kondrackim i Gabą Kulką. Takie kolaboracje dają też dystans do tego co robię sam. Słucham uważnie opinii innych.

  2) Pamiętam Twój występ z Remote Spaces sprzed wielu lat, to było bardzo ciekawe przeżycie słuchanie tych nagrań. Czy można usłyszeć Cię teraz gdzieś na żywo?

K.K: Jak wspomniałem, z chwilą kiedy zniknęły festiwale typu ZEF jako wykonawca muzyki elektronicznej nie koncertuję. Powodów jest wiele. Z pewnością klasyka elektroniczna przestała mnie interesować. Myślę że w tym zakresie powiedziałem chyba wszystko. Takim zwieńczeniem mojej epoki el-muzyki jest Generatorowa płyta. Otóż kilka lat temu nabyłem ARP'a ODYSSEY'a na którym nagrałem RAILROAD PATH'S. Wszystkie sekwencje realizowałem na tym instrumencie. Jak słucham płyt Klausa Schulze to odnajduję jego brzmienia. Okazuje się że nie trzeba mieć od razu BIG MOOGa żeby osiągnąć piękne sekwencerowe "mięsa". Twierdzę jednak że ten instrument jak i wiele innych analogowych, stworzony jest do takiego właśnie grania. Nie odnajduję już jego estetyki w moich obecnych preferencjach artystycznych.

 3) Twoje płyty mają dobre recenzje na Zachodzie. Jak doszło do tego że można kupić Twoją muzykę w Anglii?

K.K: Doprawdy? Nic o tym nie wiem. Choć jedną recenzję czytałem, a dotyczyła RAILROADS PATHS.

 4) Z jakich nagrań jesteś najbardziej dumny?

K.K: Oczywiście że z ostatnich jeszcze nie wydanych. Pytasz zapewne o te związane z elektroniką? Myślę że przez te dwadzieścia kilka lat z kilku płyt jestem z pewnością zadowolony. Bardzo lubię BABIE LATO, WRZOSOWISKA i TATRA. Niestety, te wszystkie pierwsze produkcje bardzo źle brzmią technicznie. Wówczas gdybym miał taki sprzęt jak teraz i determinację żeby wszystko robić porządnie i profesjonalnie, może udałoby się tą muzykę jakoś wypromować za granicą. Choć może się mylę, i nie są to na tyle dobre propozycje, trudno mi dziś o dystans. Myślę że Ziemkowa LITANIA zamknęła definitywnie pewną medytacyjną estetykę którą uprawiałem przez ubiegłe dekady.

  5) W Internecie w kliku miejscach można przeczytać taką Twoją wypowiedź "Staram się promować w Polsce muzykę minimal ambient", dalej to robisz? Możesz podzielić się swoimi odczuciami co do tego typu muzyki?

K.K: To jest wypowiedź sprzed 20 lat. Wówczas niewielu u nas grało w tym stylu. Wydawało mi się że skoro ja robię coś z pogranicza tego stylu to ją promuję. Pamiętam takie wydawnictwo dwu kasetowe Konikiewicza "Muzyka Nowej Przestrzeni". To był czysty ambient zrealizowany zdaje się tylko na jednym syntezatorze. Świetna rzecz. Szkoda że kompletnie zapomniana. Dzisiaj technologia daje wszystko "na tacy". Te tzw. gotowce, brzmienia, sample, wszystko dziś można kupić na CD. Resztę wystarczy skleić w komputerze. To musiało zabić tę muzykę. Oczywiście w tej skrajnej opinii jestem niesprawiedliwy, bo jednak co jakiś czas słyszę fajne produkcje ambient. Ale to są skromne wyjątki. Ta muzyka stała się schematyczna stylistycznie, estetycznie i ideowo.

 6) Często dajesz wyraz swojemu upodobaniu do starych analogowych syntezatorów. Obecnie coraz częściej muzycy korzystają z wirtualnych symulatorów i klasycznej klawiatury. Co Ty o tym myślisz?

K.K: Stare analogi zawsze miały niepowtarzalny dźwięk. Brzmiały miękko i ludzko. Dziś zbytnio postrzega się te zagadnienia dźwięku optyką komputera. Pozwólmy dźwiękom analogowym pozostać analogowymi. Te wirtualne odpowiedniki brzmią wg. mnie fatalnie, twardo, plastikowo, stają się parodią syntezatorów analogowych. Natomiast zdecydowanie stałem się zwolennikiem całej koncepcji wirtualnej w komputerze. Praca w moim ulubionym programie LOGIC z jego bankiem brzmień cyfrowych daje komfort technologiczny - żadnych kabelków, przełączników itp. Zgrywanie, miksowanie praktycznie stało się bezstratne. Ostatnio absolutnie zafascynowany jestem programem EAST/WEST. Jakość akustycznych brzmień orkiestry symfonicznej i chóru (także efekty wokalne) jest prawie nie odróżnienia. Jestem w tej chwili na etapie realizowania się w świecie brzmień akustycznych. W sumie grupa POPOL VUH poza pierwszą płytą w ogóle nie używała syntezatorów, a mimo to zespół ten jest wynoszony słusznie na piedestał przez miłośników muzyki elektronicznej. Tak więc to chyba naturalna kolei rzeczy, że po 20 latach kręcenia gałami mam ochotę na coś kompletnie innego.

  7) Kolejny cytat: "Muzyka grupy Nemesis i jej członka Konrada Kucza została wykorzystana w przedstawieniu teatralnym Teatru Academia".  Skomponowałeś również muzykę do reklam, czołówek ale też filmów dokumentalnych: "Bezprizorni", "Aripol". To przypadek że Twoja muzyka "pasuje" do tematyki społecznej, czy po prostu dobrze rozumiesz  zagadnienie?

K.K: To przypadek. To prace zlecone, co nie znaczy że traktuje je inaczej. Te formy są bardzo trudne, ponieważ wolność artysty jest nieco zawężona o sugestie zamawiającego któremu trzeba bezwzględnie się podporządkować.

  8) Na Twojej stronie internetowej można obejrzeć ponad dwadzieścia prac graficznych. Nie zdziwiła mnie ich tematyka tylko dosyć mroczny ton. Czy to wyraz artystycznych niepokojów? Co chcesz przez przez nie powiedzieć?

K.K: Moja konserwatywna natura odbiera współczesny świat jako pełen realnych zagrożeń, a sztuka zawsze ilustrowała stan duchowy artysty.


  9) Właściwie to jesteś już weteranem polskiej muzyki elektronicznej, czy zgodzisz się ze mną że widać pewne ożywienie w małym do tej pory środowisku?



K.K: No właśnie. Zacząłem to dostrzegać że już się robię stary ramol. Może dlatego tak rozglądam się stylistycznie żeby nie zostać zaszufladkowany jako klasyk, co czasem ma złe konotacje. A ożywienie środowiskowe to optymistyczny sygnał. Młodzi robią niesamowite rzeczy, może nie zawsze oryginalne, ale produkcyjnie rewelacyjne.


 10) Nad czym teraz pracujesz, jakie masz plany na najbliższe miesiące?


K.K.: Te wspomniane kolaboracje dają takiego twórczego kopa. Płyta KUCZ/KULKA zaowocowała masą nowych i ciekawych kontaktów z muzykami.

1. W marcu Requiem Records wydaje mi taki dziwny eksperyment na zwielokrotnioną perkusję i wiolonczelistę. To będzie połączenie muzyki współczesnej z hałaśliwym rockiem progresywnym i industrialem.

2. Jeszcze w grudniu powinna pojawić się nowa płyta NEMEZIS. To z kolei podobny pomysł ale zrealizowany dosłownie. Dokonaliśmy swego rodzaju adaptacji fragmentów muzyki Pawła Mykietyna (gwiazda muzyki współczesnej) z brzmieniami industrialnej elektroniki. Projekt już wzbudza ogromne zainteresowanie. 2 grudnia gramy ten materiał w Gdańsku na festiwalu C3 w kościele św. Jana, a w marcu w Poznaniu. Pod koniec przyszłego roku prawdopodobnie pojedziemy do Nowego Yorku na Dni Kultury Polskiej.

3. 4 grudnia zapraszam do Wrocławia na FESTIWAL AMBIENTALNY. Zagram 40 minutową suitę z zastosowaniem wspomnianego programu orkiestry symfonicznej i wiolonczelistę Mateusza Kwiatkowskiego. Zadowoleni powinni być miłośnicy muzyki współczesnej, Messiaena i Arvo Parta.

4. Na przyszły rok EMI POLSKA wydaje projekt KUCZ/KLAKE. Występuję tu głównie jako producent piosenek Bartka Ujazdowskiego "Klake'a" a także jako współkompozytor. Polecam tą pozycję miłośnikom chilloutu i ambientu, relaksujących spokojnych piosenek na elektronikę i wirtualny kwartet smyczkowy.

5. W niedalekiej przyszłości mam nadzieje ukończyć dawno już rozpoczęty projekt z KAROLINĄ KOZAK.  Tak więc dzieje się niezmiernie dużo.

 Dziękuję za odpowiedzi.


poniedziałek, 14 listopada 2011

John Carpenter - Halloween: The Best Of John Carpenter



    Amerykanin John Carpenter wyreżyserował około dwudziestu filmów, głównie horrorów i obrazów z gatunku science-fiction.
O ile te pierwsze prócz remake'u The Thing z 1982r. nie są warte mojego czasu, to do jego fantastycznych produkcji czuję do dziś pewną dozę sentymentu. Jest tam pokazana ciekawa wersja alternatywnej przyszłości (Escape from New York), wizyta obcych na naszej planecie (Starman, They Live), a wizualnym odczuciom przy konsumpcji filmu towarzyszy ciekawa oprawa dźwiękowa. Reżyser komponujący muzykę do swoich filmów nie jest zapewne wyjątkiem, ale sam ten fakt potwierdza talent i wszechstronność autora. Tym bardziej sprawa jest godna uwagi że Carpenter często gra rozrywkową muzykę elektroniczną w jej sterylnej postaci. Zazwyczaj uboga instrumentalnie, z wyraźnie zaznaczonym głównym motywem i akompaniamentem robi dobre wrażenie. Ta ascetyczność tworzywa działa na korzyść emocji które powstają podczas projekcji filmu. Schludne, zdyscyplinowane solówki towarzyszące działaniom bohaterów akcji zapadają w pamięć. Zmyślnie ułożona składanka spięta niczym klamrą motywami z Assault On Precinct 13 słucha się znakomicie. Nawet melodie z horrorów, gatunku którego programowo nie szanuję, brzmią tu ciekawie. Krótkie kompozycje zanim na dobre się rozwiną już się kończą, więc nie ma mowy o znużeniu. A gdy muzyka wybrzmiewa dłużej, też jest tego warta. Przykładem jest motyw z filmu Gwiezdny przybysz pełen ornamentów, nasycony bogactwem barw - jeden z moich ulubionych. Trudno też zapomnieć tematy końcowe z filmów "Ucieczka z Nowego Jorku" czy "Coś". Ciekawe że Ennio Morricone jako oficjalny autor tej akurat muzyki utrzymał podobną, Carpenterowską stylistykę. Jak nic - spotkali się w studio, a John niewymieniany w czołówce, jest współautorem dźwiękowego projektu. Wracając do głównego tematu, muzyczna oprawa wymienionych filmów stała się integralną częścią wizji tego reżysera. Zawsze uważałem że muzyka do filmów o przyszłości powinna być nagrywana na syntezatorach.
    John Carpenter jest jednym z nielicznych reżyserów który trafił tu w mój gust. Pośród masy mdłych orkiestracji, podobnych jedna do drugiej, dokonania Johna Carpentera dalej brzmią świeżo i atrakcyjnie. Choć dość proste w konstrukcji - mają swój styl i klasę.






sobota, 12 listopada 2011

Klaus Schulze - Big Japan European Version



    Czego należy się spodziewać po tym bardzo ładnie wydanym koncercie? The Crystal Returns 38:03 Po krótkim intro, z nie tak mrocznych czeluści wypływają motywy jakie pamiętamy ze starej płyty Mirage.  Wyraźnie jest to słyszalne, ale zagrane w trochę inny, elegancki sposób, więc nie jest to tylko kopia starej płyty. W tle znanej sekwencji, brzmi trochę nieśmiały falowy pomruk. Schulze wygrywa to wdzięcznie i stylowo. Mamy ciepłe, stojące frazy łagodnie i długo wybrzmiewające. Smutna melodia zaczyna snuć swą opowieść w charakterystyczny dla Klausa melancholijny sposób… Po tym długim, trwającym około ośmiu minut intro wchodzi lekki rytm, ciekawie rozłożony w stereo, a szybko go doganiająca basowa sekwencja wypełnia uszy swoistym „mięsem”.  Mistrz robi to w intrygujący, nie nachalny sposób, zintegrowane tło co jakiś czas wybija się do pierwszego planu. Niby nic nowego, ale ma to dużo uroku. Co jakiś czas rytm się nasila, wiodące motywy melodyczne zostają ciągle w tyle i tylko współpracują z pulsującym, oddolnym sekwencerem. Nie jak to kiedyś bywało z zakręconymi solówkami np. na Body Love II gdzie były dość intensywne i Klaus się w nich spełniał. Tu tak nie jest. Schulze jest ostatnimi laty dużo bardziej subtelny w dobieraniu środków wyrazu (być może w wyniku spotkania Lisy Gerrard?). Powstaje przez to chwilami wrażenie jakby muzyk bał się zmącić taki przyjemy klimat czymś ostrzejszym. Po następnych ośmiu minutach, aby wariacje rytmiczne nie były zbyt nachalne znów słyszymy delikatne, rozmarzone motywy… Ostatnie sześć minut tej długiej suity to powrót galopującego po kanałach dialogu perkusji z pętlą niskich częstotliwości i jakże by inaczej - mocno modulowanego solo które choć stylizowane na improwizację jest dość dobrze kontrolowane w harmonii z resztą instrumentów. Suita kończy się dość gwałtownie, krótkim ozdobnikiem w stylu nagrań z lat osiemdziesiątych. Sequencers Are Beautiful 39:00 Wstęp to imitacja dźwięków z dużej fabryki gdzie maszyny uporczywie powtarzają cykle produkcyjne (Terminator szuka Kyle'a). W końcu po dojściu do wyższych partii i podniesieniu napięcia ustępują trochę prymitywnemu rytmowi z wplątanym samplem ludzkiego głosu mówiącego regularnie coś w rodzaju: czik-e,  czik-e, albo jakoś podobnie. Po dziesięciu minutach Klaus na szczęście zmienia nastrój, usłyszeć można pompatyczne przełamania i do uszu dociera jakby rapsod: rozważania w tonie podniosłym, smutnym i trochę żałobnym. Muzyka ożywia się na trzynaście minut przed końcem, gdzie powracają te same elementy: samplowane czik-e i taka sama „niezgrabna”  perkusja z otaczającym ją basso continuo. Kompozycję kończą pełne dysonansów poszukiwania podobne w niektórych miejscach do fragmentów z „Dziękuję Poland” zakończone oklaskami. 2 CD La Joyeuse Apocalypse 46:35 Zaczęta grubą kreską kompozycja w której monumentalizm gra pierwsze skrzypce. Dodatki, trochę efekciarstwa po kanałach i wchodzi podobna perkusja plus sample głosu ludzkiego identyczne jak w "Sequencers Are Beautiful". Ważniejsze wydają się jednak inne dźwięki, te będące jakby na drugim planie. Przypominają mi one pewne fragmenty z płyty którą w swoim czasie bardzo często słuchałem: „Dig it”.  Gra perkusji staje się głośniejsza, również inne instrumenty słychać wyraźniej. Później jednak znów zejdą na dalszy plan i za jakiś czas wrócą z większa dynamiką. Publiczność klaszcze a Klaus z zadowoleniem mówi parę słów bodajże o pięknie sekwencji w elektronicznej muzyce. W tym momencie bardziej liczyła się chyba wizualna strona koncertu :).
     Na jednym z fragmentów filmu widać moment gdy maestro odchodzi od klawiatur które dalej grają zaprogramowane procesy... Nareszcie rytm zanika w połowie utworu, trochę eksperymentów (na gitarze?) szumów i stojących fal. Po raz pierwszy słyszę zupełnie nowe dźwięki u Klausa, niewiele ale są. Ooo.. Znów mamy powracające, po raz już kolejny sample głosowe, tę samą wersję basu i perkusji. Po co? Według mnie utwór mógłby się już skończyć. A tymczasem różne solówki próbują urozmaicić ten refren. Ale czy prezentowane gotowce co rusz powtarzane, są tak bardzo atrakcyjne dla ucha? W końcu maestro lituje się i rytm odpływa. Kompozycja się kończy w łagodny i sympatyczny sposób. Nippon Benefit 14:10 Początek to trochę klimatów rodem z klasztoru i znów dysharmonia. Ciągi dźwięków jakie teraz chyżo pomykają od ucha do ucha, to też debiut na tej płycie. Urządzenia nadające delikatny rytm całości grają subtelnie i z pewną dozą optymizmu. Do końca strawna, bez perkusji da się szybko polubić.The Deductive Approach 12:12 Efekty testujące wytrzymałość uszu nie pozostawiają wątpliwości: Klaus dysponuje dobrym sprzętem stereo. Pojawia się znów czik-e sampl ludzkiego głosu, tym razem z trochę inaczej zaprogramowaną perkusją. Wędrujące, modulowane zapętlenie kojarzy mi się z pewnym egzotycznym nagraniem Ultrabass. Dużo tu smaczków i dodatków. Już myślałem że cała kompozycja jest nagrana bardziej dla pokazania możliwości sprzętu i warsztatu wykonawcy ale na koniec Klaus nie zapomniał zagrać w podniosłym nastroju.
    Podsumowanie: Na pierwszej płytce jest bardzo dobry utwór: „The Crystal Return”, na drugiej sympatyczne obie krótkie kompozycje. Jednak - jak na tyle muzyki - mało jest nowych pomysłów, a za dużo tych samych powtórzeń. Klaus jest świetnym muzykiem, tylko czasami zbyt na serio bierze sporą pojemność kompaktowego nośnika.  Najpierw zetknąłem się z kopią bootlegową zgraną z koncertu bez przeróbek. Był tam bardzo fajny, zabawny fragment z vocoderem. Szkoda że Klaus to wyciął. Nie oglądałem  jeszcze całej zawartości DVD, ale na teledysku promującym płytę który jest na stronie artysty, widać że gra na gitarze. Nie słychać tego aż tak dobitnie, to pewnie bonus bez większego znaczenia. Mam wrażenie ze materiał dodatkowo był obrabiany w studio i nie jest identyczny z tym nagranym z publiczności. Oglądając filmy na YouTube te wrażenie pozostaje. No, chyba że płyty audio to mix dwóch różnych koncertów bo o nich wspomniano na okładce. Cóż, takie jest prawo twórcy. A podeszły wiek nakazuje łagodniej spojrzeć na wysiłki Mistrza.
    Po około dziesięciu przesłuchaniach wydawnictwo w skali: słaba, średnia, dobra, bardzo dobra i znakomita - oceniam na "dobrą".







Artemiy Artemiev - The Warning



       Rosyjski muzyk Artemiy Artemiev jest barwną postacią na muzycznej scenie w swoim kraju. Syn pioniera elektronicznych nagrań Edwarda, przyglądając się pracy ojca w studio, sam szybko ulega fascynacji procesem tworzenia i obróbki dźwięków. Jest pracowitym człowiekiem - jak podaje sam Artemiy - w ciągu niewielu lat nagrywa 53 ścieżki dźwiękowe do filmów, sześciu seriali, słuchowiska radiowego i reklam TV. Nie potrafię wypowiedzieć się na temat jakości tych produkcji ale sama ilość nakazuje mieć szacunek dla tytana pracy. Dlatego przystępując do przesłuchania jego pierwszej płyty, miałem wrażenie że to będzie nieszablonowe przeżycie. Zresztą, już dawno odkryłem zasadę że po debiutanckich solowych nagraniach muzyków związanych ze sceną elektroniczną można się spodziewać dużo ciekawych wrażeń.  Pierwotnie wydana na analogowym placku zawierała 11 utworów, we wznowieniu na CD autor potraktował materiał bardziej całościowo redukując dzieło do dwóch tytułów. Te podsumowanie obejmuje koło 4 lat poszukiwań. Słuchając kolejnych nagrań nie sposób odmówić artyście wyobraźni.Artemiy chętnie używa dźwięków natury i otoczenia jako ozdobników w czym przypomina mi innych wykonawców typu Piotr Krzyżanowski czy Geir Jenssen. Prawie każda kompozycja ma swoje znaczniki początku i końca. Są to czasami odgłosy ulicy, konia, wozu, ludzkich działań czy mechanicznych urządzeń codziennego użytku. Overture na przykład rozpoczynają i kończą głosy tłumu, a fundament tworzy basowa sekwencja którą wspiera perkusja. Całości narzuca ton wyraźna optymistyczna melodia.W Down By The River na tle strumienia leniwie sączącej się wody solo opowiada swoją smutną historię pełną zadumy i lekkiej melancholii. Ładnie wybrzmiewa fortepian a po kanałach słychać ludzki głos i jego echo. Z kolei dość krótka kompozycja Tybet pozwala puścić wodze wyobraźni w podróży po tym egzotycznym kraju. Remeniscences rozpoczyna się wybuchem, wyciem syreny i dość atrakcyjną elektroniką która świetnie nadaje się jako tło filmu sensacyjnego. Koniec utworu to zapis wyjścia z widowiska pełnego zadowolonych widzów. E Cosi A Poco A Poco – kompozycja barokowego twórcy - to wyraz fascynacji autora muzyką klasyczną. Jawi mi się jako twór trochę koturnowy i średnio pasujący do całości. Road To Nowhere – rzeczywiście samochody co jakiś czas przejeżdżają od jednego ucha do drugiego. W tej części płyty słyszymy dość przyjemną melodię, mieszczącą się w standardach popularnej muzyki elektronicznej.The Warning - jak sam tytuł sugeruje, utwór powinien charakteryzować pewien niepokój. Faktycznie jest dość zakręconą kompozycją wygwizdaną na koniec. Co autor miał na myśli? Seaside Walk: bardzo ciepły saksofon któremu towarzyszy w tle sekwencja, razem z kosmicznym poszumem swobodnie płyną przed siebie. Mocno urokliwy temat zakończony w nietypowy sposób: ktoś wsiada do samochodu, trzaska drzwiami i odjazd…A Tale Told By Night - płaczące dziecko być może zapowiadałoby negatywne emocje, ale nie – motyw główny, podobnie jak poprzedni utwór, pociąga swoim klimatem: lekko mrocznym, tajemniczym i w sumie przyjemnym.Ferir Quel Petto i Finale lekko pompatyczna o dłuższych wybrzmieniach końcówka tej płyty to kolejna kompozycja Claudio Monteverdi, tym razem bardziej mi się podoba. Wybuchy i dźwięki pozytywki kończą tę wartościową płytę. Urozmaicona, pełna pomysłów, a jednoczenie posiadająca cechy dobrej, asymilującej w umysłach słuchaczy, przyjaznej elektroniki. Są odczuwalne momenty gdy niespokojna rosyjska dusza dominuje nad tworzywem odciskając nad nim niezatarte piętno. Artemiy pokazał imponującą próbkę swojego talentu, który umiejętnie wyraża przy pomocy takiej dojrzałej muzyki...
    I tak też się dzieje podczas odsłuchu płyty ‘The Warning” Artemiy’a Artemieva.

piątek, 11 listopada 2011

Rüdiger Gleisberg - Damiana



   Ciepły ambient.To mój ulubiony podgatunek el-muzyki, który wyjątkowo trafia mi do przekonania. Muzyka która dziwnym sposobem po prostu bierze słuchacza pod swoje władanie. Nie wiem jak to się dzieje, więc spytam się chyba niedługo Rüdigera jakim cudem nagrał tak romantyczną płytę jak Damiana z 1997r. Twórczość ta, choć nie rości sobie praw do wytyczania nowych szlaków i prądów ma dużą moc oddziaływania. Łagodna jak pogodna jesień, miejscami intensywna jak wiosenny deszcz. Rozmarzona i rozkołysana.  Charakteryzuje ją pewien ponadczasowy spokój, wylewający się leniwie z niewyczerpalnego źródła.  Poszczególne utwory są dość zróżnicowane, czasami ocierają się o muzykę klasyczną. Zgrabnie ułożone tworzą logiczny ciąg. Bije z nich dostojeństwo i majestat. Całość jest sugestywna i wymowna choć napisana w języku zrozumiałym dla wybranego typu odbiorców. Próbowałem znaleźć jakiś słabszy punkt czy utwór na płycie, ale nie ma takiego. Ciekaw jestem czy inspiracją do jej wydania była prawdziwa kobieta o tym rzadkim dla tej płci imieniu. Polecam zakochanym i wszystkim którzy lubią pomarzyć przy muzyce.
   Poezja rodem z krainy syntezatorów.

Gert Emmens & Ruud Heij - The Sculpture Garden


    Gdy dwóch przyjaciół spotyka się razem aby komponować muzykę, dzieje się tak dlatego że sprawia im to przyjemność Wzajemne  zrozumienie i chemia zachodząca pomiędzy Emmensem i Heijem zaowocowały już kilkoma wspólnymi płytami. Mają one swoich zwolenników którzy z ciekawością oczekują każdego kolejnego krążka. Najnowszy z 2011r. - The Sculpture Garden to - jak mi wyjaśnił autor Gert Emmens w niedawno przeprowadzonym wywiadzie, muzyka inspirowana sześcioma rzeźbami z dużego holenderskiego parku. Jest kontynuacją wcześniejszych założeń i podejścia do muzycznego tworzywa. Nic to nowego ani szczególnie nowatorskiego, po prostu Panowie grają w sposób w jaki lubią. Domyślam się że dopóty, dopóki taka koncepcja wydaje się im interesująca. Twórczość przeznaczona dla relaksu, zadumania i odpoczynku.  Co ciekawe, Gert mimo iż jest bardziej znany w tym duecie, dostosowuje swoją linię akordów i basu pod wcześniej przygotowane sekwencje Ruuda. Na korzyść wyróżniają się dwie ostatnie kompozycje: Concetto Spaziale Natura i Phyllotaxis. Długie, stojące frazy są ciepłe i gęste jak dobry budyń. Otulają taki typ słuchacza który lubi się zanurzyć w tego rodzaju muzycznych konstrukcjach.


poniedziałek, 7 listopada 2011

Piotr Krzyżanowski - To muzyka jest najważniejsza. Część II






- Jakiś czas temu zamieściłeś w sieci swój artystyczny manifest. Ponieważ jest on po angielsku, pomyślałem że mój blog jest dobrym miejscem, aby go tu opublikować po polsku i podyskutować na jego temat. Oto on:

1. Najważniejszą rzeczą jest sztuka!

2. Jestem całkowicie niezależny i zupełnie wolny.

3. Po pierwsze jest muzyka, nie logo.

4. Słuchaj dźwięków, nie nazwisk artystów!

5. Nie jestem zainteresowany mainstreamem, ani żadnymi nowoczesnymi trendami.

6. Nie ufaj oficjalnym mediom i nie wspieraj komercyjnej muzyki.

7. Bez marketingu, bez biznesu, bez "pijaru", bez oczekiwania na sukces i pożądania kariery. Prestiż jest nieważny.

8. Ariergarda, nawet nie awangarda.

9. Umiem grać na pianinie, używam syntezatorów, znam nuty. Nie jestem "muzykiem sceny laptopowej".

10. Czuję się buntownikiem i anty-systemowcem. Nie przynależę do żadnej grupy. Nie interesuje mnie "tu i teraz". Nie dostosowuję się do sytuacji politycznej, czy aktualnego systemu ekonomicznego. Brzydzę się oportunizmem.

11. "Darmo dostaliście, darmo dawajcie". [Mateusz 10:8]

12. Mam dar synestezji, więc najważniejszą dla mnie rzeczą w muzyce jest dźwięk. Nudzą mnie rytm, bębny, bas, melodia itp.

13. Muzyka nie powinna być utylitarna. Muzyka nie jest tylko do tańca, czy zabawy.

14. Idealizm! Nie relatywizm, nie materializm, nie konsumeryzm, nie pragmatyzm, ani nie hedonizm.

15. Nie interesuje mnie mieszczański styl życia.

16. Nie zgadzam się z dość powszechnym stwierdzeniem, że "o gustach się nie dyskutuje". Istnieją wartości w sztuce, a sąd smaku można kształtować.

17. Na pierwszym miejscu jest artystyczna kreacja, a nie odbiorca muzyki. Proste: nie chcesz, nie słuchaj. Przykro mi, nie będę się dostosowywał do niskich gustów.

18. Najszybciej starzeje się... "nowoczesność".

19. Muzyka, to nie instrumenty.

20. Dla mnie ważne w muzyce jest, gdy nie wiem, jak ona została zrobiona.

21. Głos ludzki, wokalizy powinny być abstrakcyjne. Przesłanie w tekstach zostawmy poetom i ich tomikom wierszy.

22. Jak żyjesz, tak tworzysz.

23. Krzywa Gaussa: najwięcej na świecie jest przeciętności.

24. Nie jestem zainteresowany czystą formą eksperymentu.

25. Nie interesują mnie epigoni i ich prace, będące kopiami.

26. Jest jeszcze wiele do odkrycia. Nie zgadzam się z tym, że w sztuce już wszystko się wydarzyło.

27. Wyobraźnia ludzka jest przed technologią, duch przed materią.

28. W muzyce poszukuję głębi, szczegółów i smaczków. Szukam drugiego, trzeciego planu. Marzenie: muzyka poza czasem. Lubię dźwięki pomiędzy nutami.

29. Wciąż szukam idealnego dźwięku, nazywanego przeze mnie... "słoniem".

30. Stosuję przekaz podprogowy. Przestrajam instrumenty do innych skal, nie lubię stroju równomiernie temperowanego.

31. Muzyka nie może zbawić świata. Ale muzyka może być mostem do innych światów: mistycyzm. Pozorny paradoks: nowoczesna technologia (lecz "nowoczesna" tylko dzisiaj) używana do idealistycznych poszukiwań.

32. Kreuję swoje własne, organiczne dźwięki. Bez samplingu, bez presetów, bez "recyclingu".

33. Jeśli też sam tworzysz sztukę, możemy wymienić się pracami. Dasz mi swoje, a ja podaruję ci moją muzykę.

Po przeczytaniu tych 33 punktów stwierdzam, że to dość silny przekaz woli. (Już dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, chyba od czasu strawienia tez Lutra i manifestu Unabombera Teda Kaczyńskiego). Wybrałem ich część jako tematy do dalszej dyskusji.

B. M. : Nie zapominaj o ciepłym jeszcze manifeście adepta masonerii - Andersie Breviku. Iście szalona kolekcja.

- Twierdzisz, że sztuka jest najważniejsza. W domyśle - ważniejsza od etykiety, nazwiska i blichtru, a nie żony i dzieci :). Napisałeś tak widząc pęd do kariery i przerost formy nad treścią widoczny gdzieniegdzie wśród artystów?

B. M. : Nie mogę w sprawach dzietności mówić za innych artystów. Sam uczestnicząc w procesach twórczych (artystycznie, nie dzieciotwórczo), byłbym zwyczajnie samowyłączającym się bytem. Wiem jednak, że dążąc do tego, by być artystą totalnym, należy całkowicie się sztuce oddać. Nie można być (nomen omen) "trochę w ciąży". Jeśli coś robisz "w sobocie po robocie", to tak, jakbyś opowiadał kolegom, że masz drogiego Rolls-Royce'a, a tymczasem jedyny z nim kontakt, to umycie szyby na skrzyżowaniu, podczas sezonowej pracy wakacyjnej na "zagranicznych saksach". I tylko dlatego ci się to udało, że zamożny właściciel auta, w ogóle pozwolił ci do niego podejść. Albo tworzysz sztukę, albo... myjesz komuś szybę w samochodzie (śmiech). Chodzi o to, by artyzm wziąć gwałtem, bezwarunkowo, całym sobą. Nie masz pędzla? Maluj pogrzebaczem. Nie masz strun? Zwiń drut z siatki ogrodzeniowej. Jest to droga wyboista, oznaczająca wiele wyrzeczeń, często nawet przymieranie głodem. Może jednak artysta głodny, to artysta płodny? Kiedy w grę zaczyna wchodzić logo, sława, tani blichtr, zaczyna się rzemiosło, rozrywka, utylitaryzm, schlebianie gustom. To już nie jest artyzm i wtedy dobrze wiem, że przy takich wyborach, dla twórcy sztuka nie jest wcale, a wcale najważniejsza.

- Piszesz o wolności, mając na myśli wolność i niezależność od producentów i mecenasów, dlatego wolisz publikować pliki FLAC niż być na łasce innych?

B. M. : Mówię o totalnej artystycznej wolności. To jest niewypowiedziane szczęście absolutnej niezależności. Nic nie muszę, wszystko mogę. Nagle to sobie kiedyś uświadomiłem. Przecież nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Nie mam żadnego tłoka z jakiejkolwiek strony, żadna ściana mnie nie ściska. Tak zwany "rynek" oczekuje pewnych zachowań, takich jak: nazwisko samego twórcy, logo i prestiż wydawcy, wartość pomylona z ceną za "dzieło", bilet koncertowy itp. Jestem poza tym, a właściwa forma, by to zakomunikować ma dobre określenie: wolna twórczość. Na tyle wolna, że właśnie nic nie musi. Nie muszę grać "w danym stylu", nie muszę oddać materiału na konkretny termin, nie muszę spełniać oczekiwań jakiegokolwiek, potencjalnego (tfu) klienta, nie muszę się dopasowywać do marudnych wydawców, nie muszę się ku...wić sponsoringiem jakichś koncernów, nie muszę "się ścigać" z komercyjnymi produktami, nie muszę "się lansować", nie muszę, nie muszę... Nawet nie mam więzienia własnego stylu i jakiejś jednej, obranej niby dawno drogi. Nie nasłuchuję, co dziś jest modne, nie gonię za nowościami, nie próbuję się koniunkturalnie dostosowywać, "bo tak trzeba". To jest przygnębiające uczucie, gdy twórca sobie uświadomi, jak wielkie kajdany są mu nakładane przez zewnętrzność, przez oczekiwania innych i jak cudowną jest chwila, gdy nastąpi z tych łańcuchów wyzwolenie. Szukam możliwości wyrażania swej duszy w stylu, a nie narzucam duchowi ów styl. To komfortowa sytuacja. Patrząc z pozycji ziemskiej, jestem zatem absolutnie wolny i niezależny. Niebiosa są jedynie tym, przed kim odpowiadam.

- Z punktów 5-10 bije nieufność do pewnej grupy ludzi. Srodze się chyba zawiodłeś, skoro tak się dystansujesz do środowiska...

B. M. : Nie jestem z nikim związany, tak fizycznie, organoleptycznie, jak i mentalnie, czy światopoglądowo. Podobno, gdy artyści są do d...py, to się łączą w grupy. Nie jestem awangardą, undergroundem, może co najwyżej... ariergardą (czyli wóz Drzymały z dumnym napisem "brak świateł stopu"). Lecz wkrótce i to pojęcie może powszechnie zmienić swe dotychczasowe znaczenie, więc jedynie i po prostu - jestem sobą. Artystycznie jestem sam. Za dużo grup dzisiaj ma na celu przede wszystkim zarobek, sukces i wszelkie pochodne tegoż. Siedząc często w podziemiu, naśladują (nieudolnie) mainstream i ścigają się, w swej naiwności, z tzw. "artystami" wielkiego kapitału i ogromnej machiny promocyjnej.

W tak zwanym nurcie el-muzyki jest już zdecydowanie za dużo kiczu. Z kolei w awangardowej muzyce eksperymentalnej kładzie się nacisk przede wszystkim na formę. Pozornie mogłoby się wydawać, że znalazłoby się kilka cech wspólnych między tym, co dla mnie ważne w muzyce, a tym, czego poszukuje znaczna część eksperymentatorów współczesnych, lecz pozory mylą. Najwięcej z nich, a owszem, poszukuje może brzmień, lecz są to poziomy kreacji przy samych źródłach: generatory dźwięku, algorytmy różnych komputerowych aplikacji, "programy programujące programy" itp. Tak, czysta forma. A to jest dalekie od idealizmu, który mi imponuje.

I ta moda na epigonizm! To niby lepsze, co już przypomina inne, dawno istniejące produkcje, czy dzieła. Recenzje tym bardziej pozytywne, im na przykład jakiś Polak bardziej będzie przypominał to, co na Zachodzie. Poddaństwo, niewolnictwo, zabory w genach naszej krwi? Gdzie chęć autonomicznego wyróżniania się, gdzie ciekawość nieodkrytych lądów? Uważam, że nawet nie można mówić o "sztuce polskiej", ale o "sztuce w Polsce".

Zapewne można zatem z tego wszystkiego odczytać dominantę buntu. Jest to odcinanie się od wszystkiego, co w tej rzeczywistości jest zwykłą marnością. Człowieczeństwo, to sfera materii i ducha, jednak dzisiejszy świat za bardzo uwierzył w tę pierwszą odsłonę, jedynie ją traktując poważnie. Nie odpowiada mi to i nie identyfikuję się z tym. Tak, jak książka, to nie tylko papier z odpowiednio ułożoną na nim farbą drukarską, zszytą krawędzią i doklejoną okładką, tak w rzeczywistości naszej nie tylko ważny jest wymiar materialny. To idee są nieśmiertelne. Zauważmy, że ludzkość zawsze miała jakąś taką tęsknotę za tajemnicą ducha, za religijnością, za tym, co istniejące, a niewidzialne. Jednak współczesne nasze cywilizacje nawet i te sfery przemieliły w materię, co często ma obraz karykaturalny. Kto rządzi, ten ustala świat pod siebie. Gdyby rządził koń, wszyscy chodzilibyśmy podkuci, a owies byłby towarem luksusowym. Obecnie mamy system kupiecko - babicki (gorąco polecam książkę "Babbitt", napisaną przez Sinclair Lewis'a dziewięćdziesiąt lat temu w Ameryce, już ukazującą dzisiejszą rzeczywistość). Idole mainstreamu, jakich chce naśladować młodzież, niczym czcząc złote cielce Babilonu, marketing z całą machiną współczesnej "religijności" (neurolingwistyczne programowanie NLP, sekciarskie szkoły przywódców biznesu... ), oszustwo marketingu i reklamy, muzyka komercyjna, to są te aspekty, którym mówię stanowcze NIE.

Może uciekam przed rzeczywistością. Popełniłem kiedyś utwór "Planeta kamieni". Na nią właśnie wyleciałem. Komuś taki obraz może się kojarzyć z zimną pustką, z krajobrazem księżycowym. Nie, to jest przyjazny świat kreacji wyobraźni, który jest niezamieszkały, a przez to bezpieczny. Czasem wyobrażam sobie, że pokój, w którym siedzę, to chociażby polskie Bieszczady. Nigdy tam nie byłem, ale sądzę, że jeszcze nie ma tam strasznie męczących przejawów współczesnej cywilizacji. Wchodzę do tego pokoju, jakbym wyjeżdżał. Introwertyczna autarkia, wewnętrzna emigracja.

- Cytujesz Ew. Mateusza, wspominałeś mi o Twojej rosnącej fascynacji sprawami duchowymi i postacią Jezusa. Do jakich wniosków dochodzisz, możesz objaśnić to szerzej?

B. M. : Cytat z Ewangelii doskonale oddaje to, jak pojmuję misję dla artystów. Darmo dostali talenty, darmo winni oddawać swe prace. Nie można kupić talentu, nie powinno się zatem na nim pazernie zarabiać. Wiem, wiem, za chwilę usłyszę, że "rachunki za gaz trzeba płacić", że "dziś sztuka, to też towar", że "artyści powinni zrozumieć, że to zawód, jak każdy inny" i tym podobne bzdury. Tylko z ziemskiej, ludzkiej perspektywy można krzyczeć, że to jakieś niby "psucie rynku". Raz oskarża się innych twórców, że właśnie niszczą sprzedaż, rozdając darmowo swe płyty, innym razem winnego szuka się w "piractwie". Czym innym jest jednak sprzedaż "po kosztach", w końcu materiały (farby, płótna, kable, płyty CDR itp.) rzeczywiście kosztują, a czymś innym jest oczekiwanie, że odbiorcy będą płacić za "widzi mi się" artysty. Tymczasem prawie nikt nie pyta, KTO ma artyście płacić? Oczekiwanie pieniędzy za dzieło, którego nikt nie zamawiał, to się nazywa wymuszenie. Zauważ, że takie na przykład ulotki reklamowe są rozdawane darmowo, bo nikt o zdrowych zmysłach by za nie bezpośrednio nie zapłacił. Cena reklamy jest doliczona do sprzedawanego towaru. Dlaczego więc artyści tak powszechnie żądają zapłaty za płytę, której ludzie dzisiaj też wcale nie chcą, jak tych wspomnianych ulotek? Znam przypadek, gdy artysta próbował na pewnym festiwalu rozdawać zupełnie darmowo swe wytłoczone krążki CD, a ludzie od niego uciekali, być może kojarząc z natrętnym rozdawaczem ulotek, jakich pełno na ulicach. Nie można się na taki stan rzeczy obrażać.

Jedni artyści przyjmują postawę "narzekających malkontentów", obwiniających zewnętrzność za swą sytuację, inni wręcz oszukują, wierząc w "sukces" i opowiadając w medialnych wywiadach, jak to im się cudownie wiedzie i jak to "słuchacze ich wielbią, czekając na kolejne utwory". Zapewne dobrze kojarzymy hasła, typu "długo oczekiwana płyta", "zespół dekady", "współczesny geniusz, niby Mozart" i typ podobny bełkot. Wszystkie te postawy są szytymi grubymi nićmi kłamstwami. Powtórzę z podkreśleniem, obecnie prawie nikt nie oczekuje od artystów owoców ich pracy! Dla większości ludzi, artystów mogłoby w społeczeństwie nie być (Krzywa Gaussa, o której również wspominam w manifeście). Nawet rozumiem Platona, który poetów chciał wygnać z państwa. Wszak twórcy zwyczajnie burzą "idealny" porządek społeczny, z takim trudem wypracowany przez kołtunerię mieszczaństwa, która nigdy nie ma sobie nic do zarzucenia (śmiech). Dar tworzenia jest jak łaska, albo się ją ma, albo należy kłaść kostkę brukową (z całym szacunkiem dla kamieniarzy). I analogicznie od strony słuchaczy: nie chcesz, nie słuchaj. Chcesz określonego dzieła (jelenia na rykowisku, okrętu na morzu, bębnów do tańca, melodii do nucenia)? Poszukaj pośród miliona tworzących. Ty nie musisz kupować, ja nie muszę ci nic sprzedać. Nawet nie powinienem.

I w takim kontekście, odrzucając potencjalnego odbiorcę, który dla prawdziwej sztuki nie powinien w ogóle istnieć (jak dla "idealnych" społeczeństw nie istnieją artyści), co zostaje? Sfera sacrum. Jedynym moim odbiorcą może być Bóg. Przed Nim kiedyś stanę i odpowiem, co zrobiłem ze swoim talentem. Zakopałem go, czy pomnożyłem? Wyobraź sobie, że mówi to nie jakaś osoba duchowna, ale ktoś, kto choćby z racji swego zawodu, był długi czas ateistą. Sam umiałem się naśmiewać z dewocji, wiem, co znaczą słowa "moher", "katol", "klęcznikowy" itp. Święty Paweł zabijał pierwszych chrześcijan, ale w pewnym momencie jego życia zdarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jego postępowanie. "Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?", "Kto jesteś, Panie?" - powiedział. "Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz". Mnie także zdarzyła się historia, która doprowadziła do tego, że teraz o tym mówię i przyznaję się do Jezusa.

- Muzycy sceny laptopowej - też to zauważyłeś... W jednym z moich wywiadów Paul Nagle powiedział: "Nie ma nic bardziej nudnego niż kilku chłopaków wpatrujących się w ekrany swoich laptopów, jakby sprawdzali pocztę." Uważam że trafił w sedno. Zgodzisz się z tym?


B. M. : Wszystko dynamicznie się zmienia i wiem, że dla niektórych notebook może być namiastką instrumentu. Czekają nas w przyszłości jeszcze kolejne redukcje - tablety, ajpady, smertfony itd. Jednak mnie to nie interesuje. Niech tam sobie istnieje "scena laptopowa". Poprzez realizację muzyki na komputerach, bardzo łatwo ucieka nam ujmowanie istoty muzyki. Zapominamy, że w tym wypadku, zmysł słuchu jest ważniejszy od zmysłu wzroku, i że lepiej dźwięków słuchać, niż na nie "patrzeć". Dlatego od pewnego czasu preferuję używanie do kompozycji prostszych - względem możliwości komputerów - sekwencerów sprzętowych. Praca z nimi wydaje się bardziej "organiczna", gdzie można nagrywać, jak na magnetofon taśmowy lub edytować nuty krokowo, jak ma to miejsce przy pisaniu partytur. Akurat mnie, ekran komputera za bardzo odciąga od muzyki, rozprasza umysł, a przy tym okrutnie męczy oczy.

Zresztą pamiętam, że syntezatory też były wyśmiewane na początku swego istnienia, jako instrumenty "bez duszy" (co akurat jest prawdą - żadnej duszy pośród rezystorów i kondensatorów być nie może, i nie ma), jako "samo grające", jako brzydko wyglądające (z gitarą, to przynajmniej można skakać po scenie) itp. Dla mnie samego jednak ważny jest tak zwany "gest". Konserwa jestem i tyle. Lubię klawisze i je sobie macam. Ponad to wiem, że wspomniana "scena laptopowa" stała się jednak synonimem drogi na skróty. Wszelkie samplingi, recyclingi, glitche, to zwykle efekt coraz zmyślniejszych algorytmów programów komputerowych. Od tego się odcinam. Jako komponujący, pragnę mieć absolutną możliwość panowania nad tworzywem, stąd dobieram sobie narzędzia, które mi to umożliwią, nie zdając się na gotowce, czy jakąś przypadkowość. W komputerach jest to za łatwe, stąd też "wszyscy z notebookiem brzmią tak samo" (śmiech). Jeśli chcę szukać oryginalnego wyrażania się w sztuce, muszę mieć całkowitą i wyłączną, wręcz organiczną, możliwość zapanowania nad dźwiękiem. To mi aktualnie umożliwiają tylko zewnętrzne sprzęty.

- Napisałeś: "Mam dar synestezji". Czytałem notkę encyklopedyczną, możesz powiedzieć jak to determinuje Twój styl? Bo kiedyś używałeś delikatnego rytmu, bębnów. Mam rozumieć, że już do tego instrumentarium nie wrócisz?

B. M. : Nie traktuję muzyki jako czegoś służebnego. Nie skacze mi noga i nie wyrywa się do tańca ciało, gdy grają skoczne rytmy. Nie kojarzę muzyki z tłem do sprzątania, z podkładem do zapowiadania pogody itp. Gdy słyszę dźwięki, budzi się we mnie szczególny rodzaj wrażliwości. Uruchamiam intelekt, widzę kolory i kształty. Dla mnie muzyka, to nie prosty utwór, ograniczony rytmem, tempem, metrum. Taki szkielet, moim zdaniem, strasznie ogranicza kompozycję i kompozytora. Jasne, łatwiej trzymać się patternu, siatki tempa, ale jeśli jednym z pierwszych założeń na drodze poszukiwania "idealistycznej' muzyki jest jej barwa i wszelkie wynikające z niej konsekwencje sonorystyczne, schemat ten nie jest niezbędny. "Rytm" można utworzyć choćby na przypływających - odpływających falach morskich (jak uczyniłem to w utworze "Nie bryzą targane poczwary głębin"), czy choćby na wymownym, samym w sobie już rytmicznym oddechu kobiety itp.

A bębny, jak to bębny. Są jak kot, który jest kotem. Nie można obrażać się na kota, że nim jest, i że sika w wióry. Zauważ, że sekcje perkusyjne są bardzo charakterystyczne dla naszej cywilizacji, co zresztą jest kolejnym dowodem na jej upadek. Człowiek pierwotny zaczął od bębnów i my na nich kończymy. Po nas będą już tylko mchy i porosty. W manifeście zauważam, że nic się tak nie starzeje, jak nowoczesność. I wspomnisz moje słowo: "po bębnach ich poznacie". Za kilkaset lat naszą epokę będą rozpoznawać po stopie, werblu i hi-hatach. Jeśli chcę być uniwersalny, muszę to zauważyć i tego unikać. Chcę przez to powiedzieć, że nie problem jest w samych bębnach, jak nie problem jest w kocie, któremu musisz czyścić kuwetę z bobków, ale problem jest w kontekście, jaki przyjęła współczesna forma, wierząc że jest nieśmiertelną (człowiek w ogóle lubi zapominać o śmierci; dziś żyje, jakby jej wcale nie było).

Synestezja nie ma tutaj nic do gadania. Już od dzieciństwa się zastanawiałem, co znaczy, gdy pani nauczycielka w szkole mówi, że "na wtorek dzieci przygotują plastelinę, będziemy rzeźbić w gó...ie (o przepraszam!) - będziemy rzeźbić ludziki", a ja - zamiast widzieć kolorowe laski (plasteliny, oczywiście) - widzę jakąś ciemno granatową plamę wtorku. Na matematyce liczyłem "na kolorach", zamiast wyobrażać sobie liczby, a gdy słyszałem utwór muzyczny, w głowie przebiegał mi kolorowy szlaczek, niczym mozaika, zbudowana z rozsypanego brokatu w kalejdoskopie. Kiedyś przeczytałem, że są tacy ludzie, którym się źle powiązało coś w mózgu (więc nie ma się z czego cieszyć), a nazywa się to właśnie synestezją. Jest to zatem szczególny rodzaj uszkodzenia i człowiek słysząc dźwięki, ma jednocześnie oszukiwaną percepcję, i widzi je. W swoim życiu spotkałem jeszcze tylko jednego synestetyka, malarkę, która z kolei "słyszała kolory". To bardzo ułatwia tworzenie, a na pewno pozwala uniknąć zestawień dysharmonicznych. W konsekwencji tego, najważniejszą kwestią jest kolorystyka, czyli w muzyce - brzmienie. Z nim utożsamiam przede wszystkim tę sztukę. Nie z nutami, nie z partyturą, jak wielu kompozytorów, nie z instrumentami, nie z obróbką i edycją, czy programami w komputerach. Ideałem muzyki dla mnie jest tonalność jako abstrakt bez nośnika.

- Idealizm, bardzo szlachetny pogląd, ale czy możliwy w praktyce? Wielu uważa pragmatyzm za niezbędny....

B. M. : Wielu też wciąż uważa, że ziemia jest płaska, a miliony much siadają... na czym siadają. Jasne, że nie będę chodził nago po ulicy i w końcu nauczyłem się wiązać sznurowadła w butach (śmiech). Jeśli jednak odwrócimy piramidę wartości, jak ma to w dzisiejszym relatywizmie powszechnie miejsce, to zaburzymy świat. I niestety tak się dzieje. Nagle jakieś ubezpieczeniowe towarzystwa stoją wyżej w hierarchii społecznej, niż dowolnie wybrany aspekt idealizmu. Nagle reklama, marketing i "zarządzanie zasobami ludzkimi" (gratulacje i order z ziemniaka dla wynalazcy przecudownej nazwy) są nową religią. Czy fajny jest taki świat? Jako ludzkość tak wiele rzeczy przeliczamy na pieniądze, a przecież nie wszystko w życiu jest transakcją i wierzę, że jednak kilku by się znalazło, którzy działają bezinteresownie (na przykład Ty). Tak wiele rzeczy zamieniliśmy w ustawy i postawiliśmy prawo ponad człowieka. Tak wiele rzeczy w końcu pojmujemy przez wyimaginowane wskaźniki, opowiadamy, że "PKB rośnie" (o ono rośnie nawet po wypadku człowieka, bo płaci on za swą rehabilitację), mówimy, że "skarb państwa stracił", w imię tego zamykając jednostkę w więzieniu i niszcząc jej życie, bo "popełniła przestępstwo skarbowe" (a "skarb państwa", to jest świnka - skarbonka, do której wrzuca się drobniaki, by Kowalski miał gorsze życie?). Jeśli w imię takiego pragmatyzmu mamy się wyrzec idealizmu, to ja dziękuję.

Wierzę w idealizm. Tymczasem dzisiejsze czasy, to królestwo pragmatycznego, utylitarnego, hedonistycznego wręcz, materializmu i relatywizmu. Zachwiały się wartości, pogardza się Prawdą, Dobrem, Pięknem. Jak mantrę powtarza się w kółko: "nie to dobre, co dobre samo w sobie, lecz co się komu podoba". Dlatego zewnętrzne tło współczesnego oblicza rzeczywistości bardzo słabo mnie zajmuje. I tak wszyscy pójdziemy do piachu, "a polityczne robaki będą toczyły na nas swe obrady". Jeśli skupimy się głównie na "ryciu nosem po ziemi", to niczym nie będziemy się różnili właśnie od robaków, co kiedyś stoczą na nas swój bój. Dlatego uważam, że są rzeczy ponad to, i że warto ich szukać. Każdy może obrać swoją drogę ku temu i każdy jest zrodzony do innych spraw (pomimo tego, że dzisiaj powszechnie się wymaga, by "wszyscy byli przedsiębiorczy"). Ja się urodziłem, by poszukiwać pośród dźwięków. Może mnie one zaprowadzą dalej, niż tylko "rachunki za gaz", albo mnie uwznioślą, uduchowią, a przynajmniej... po mnie zostaną. Jako idea przeżyją materię.

"Sztuka wysoka" jako sztuka wysoko uniesiona nad rzeczywistością. Postmodernistyczni relatywiści ("wszystko jest względne; o gustach się nie dyskutuje") odwiesili sądy wartościujące, ale wciąż nie chcą zauważyć linii demarkacyjnej między pragmatyczną rzeczywistością zza okna, a światem imaginacji, w którym - wysoko, właśnie - może rodzić się sztuka. A ta nie musi wcale odpowiadać na pragmatyczne "zapotrzebowanie odbiorców". Jako właśnie "wysoka", może mieć wszelkie aspekty rzeczywistości materialnej, głęboko w... wiadomo czym. Muzyka nie da jednak rady zbawić świata. Jeśli któryś kompozytor w to wierzy, niechybnie czeka go artystyczna śmierć (a przynajmniej wielkie rozczarowanie). Lecz muzyka zdaje się miewać moc próbowania łączeń z tamtym innym wymiarem.

- Podoba mi się to zdanie: "Na pierwszym miejscu jest artystyczna kreacja". Gdyby tak było w praktyce, nie byłoby tandety... Ale takie myślenie jest raczej niepopularne po kilku dobrze sprzedanych płytach ;).


B. M. : Syndrom drugiej płyty. Niektórzy artyści próbują dopasować się do oczekiwań publiczności, jaką zdobyli po pierwszym albumie. Zapomnieli, o czym wspominałem, że owa publiczność ich tak naprawdę nie potrzebuje. I wielu twórców się oszukuje, tańcząc jak im zagrają, fikając koziołki w tył i w przód, wkładając pióra w d...pę. Mam szwagra, któremu dobrze sprzedają się plakietki ze wstążkami. Nie będzie zatem zmieniał branży i produkował gwoździ, czy wiader emaliowanych. Skoro dzisiaj wielu uwierzyło, że "sztuka jest towarem" tak, jak te gwoździe, czy wiadra, to zaczęli stosować adekwatne zasady biznesowe. Lecz i porównanie jest wówczas identyczne. W takim wypadku nie tworzy się dzieł sztuki, tylko sprzedaje swe prace, niczym emaliowane wiadra.

Dlatego uważam, że tak ważna jest nadrzędność owej artystycznej kreacji jako drogowskazu. Jeśli o niej się nie zapomina, istnieje szansa na wartościowe dzieło. Jakże wielu artystów się jeszcze łudzi, że zadowoli tak zwaną "opinię publiczną" (kolejne puste pojęcie). Czasem mi nawet żal, gdy widzę, jak niektórzy próbują, to z jednym projektem, to z drugim, na zasadzie "a może któryś chwyci". A jak chwyci, to nie puści, aż udusi i mamy kolejne trupy zniewolonych złudzeń. A trupy śmierdzą i gniją.

- "Muzyka, to nie instrumenty" ? Jak to rozumiesz? Ja bym nazwał instrumentem cokolwiek wydaje dźwięk...Czy masz coś innego na myśli?


B. M. : Mam na myśli to, by nie pokładać nadmiernej wiary w sprzęt i technologie, by nie ekscytować się markami i tzw. kultowymi instrumentami, czy nowinkami technicznymi. Muzyka nie mieszka w instrumentach. Nie możemy gloryfikować konkretnego sprzętu, bo wówczas dałoby się powiedzieć, że twórcą danego utworu jest inżynier, jaki zaprojektował syntezator, a nie ten, który ów instrument obsługuje. Zauważyłem, że to muzycy najczęściej popełniają ten grzech, po nich są zaraz fotograficy. My uwielbiamy rozmawiać o instrumentach, amatorzy fotografii obwieszać się aparatami, niczym choinka świąteczna. Dlatego w tym wywiadzie nie ma prawie nic o technice, gdyż uważam, że muzyka, to coś więcej, niż tylko warsztat pracy.

Niedawno przeczytałem, że "królem wszystkich instrumentów są organy liturgiczne z katedr". Może i... instrumentów tak. Jednak one nie są tożsame z muzyką, a tylko są przekaźnikiem, jej nośnikiem, ot - narzędziem. Dlatego nie zachwycają mnie organy, choćby najcudowniej wykonane, nie zachwyca mnie żaden konkretny syntezator, czy nie wzrusza mnie ani jedna, markowa gitara. Najwspanialsze przy słuchaniu muzyki jest to, gdy nie wiem, jak została ona nagrana i na czym zrealizowana. Treść muzyki bez nośnika, a forma wyrazu jako rzecz wtórna. Czyli zupełnie inaczej, niż uważa dziś większość.

Muzyka, to także nie same emocje, jak się często słyszy. Gdyby tak było, że dostarczanie wzruszeń miałoby być głównym celem sztuki, wystarczyłoby kopnąć adwersarza w d...pę, a on z bólu emocjonalnego, przeżyłby artystyczne katharsis. Sztuka nie może pomijać intelektu, założeń twórczych, jakie na przykład mogą być zamknięte w manifeście artystycznym, nie może zapominać o kontekście, w jakim powstaje. Dlatego nie uznaję za wartościowych tych dzieł, które z założenia mają tylko wyciskać łzy, a i oszczędzam sobie czas, nie kontemplując dzieł (tfu-)rców, o których wiem, że ważniejsza jest dla nich kaszanka i konformizm dnia codziennego, niż poszukiwanie wzniosłych idei. Jak żyjesz, tak tworzysz.

- "Głos ludzki, wokalizy powinny być abstrakcyjne". Tu jesteś najbardziej buntowniczy ;). Gdyby świat tak uważał, wyparowałyby wszystkie piosenki...


B. M. : Może zostałyby tomiki wierszy, które z przyjemnością poczytałbym do poduszki? Są gatunki, jak muzyka sakralna, czy poezja śpiewana, której kwintesencją jest słowo. Jednak ja wokalizy uznaję jako kolejny instrument, który przy całej swej doskonałości, podlega jednak takim samym prawom aranżacyjnym, jak inne instrumenty. Mnie nie interesują wyśpiewywane teksty o tym, jak to "jedna kocha drugiego", lecz najwspanialsze są idealistycznie zrealizowane wokalizy, tak uniwersalistyczne, że zrozumiałe zawsze i wszędzie. Nawet, gdyby na ziemi nie pozostał ani jeden człowiek. To oczywiście moje zdanie (jak i inne w tym wywiadzie), dotyczące mojej muzyki i aktualnie się go trzymam. Pies, kot do ciebie nie mówi, a jednak się rozumiecie. Lisa Gerrard też często śpiewa "po norwesku", wymyślając sobie gugający język. Nie zgadzam się zatem z postmodernistycznymi neopragmatystami i podobnymi relatywistycznymi "-izmami", które twierdzą, że "istnieje tylko to, co da się wyrazić w języku". Przecież język nie stwarza świata, tylko go opisuje. Co z moimi snami, które są czasem tak nieprawdopodobnie wybujałe, że nie daję rady ich jakkolwiek wypowiedzieć? Co z przeogromnymi pokładami niekończącej się wyobraźni, jaka potrafi zawstydzić tak, że nie udaje się jej wyrazić nawet za pomocą abstrakcji? Wokal zamknięty semantycznym schematem ogranicza, bardzo dobrze to widać, przebywając pośród międzynarodowego towarzystwa. Natomiast wyrażany wręcz pierwotnie, niczym onomatopeja, jest doskonałym narzędziem w procesie tworzenia dzieła sztuki. Może właśnie to jest droga, która potrafi doprowadzić do tego innego, idealistycznego świata? A przynajmniej zajrzeć za kurtynę.

- "Nie jestem zainteresowany czystą formą eksperymentu." Jak to rozumieć?


B. M. : Tak, jak najszybciej starzeje się nowoczesność, tak i eksperyment cierpi na podobną przypadłość: w krótkim czasie jest niestrawny. Jeśli artysta zapomni o wartościach poza formalnych, jeśli warsztat dla niego będzie ważniejszy, niż przekaz, forma będzie górować nad treścią, będzie stracony. Jakże wielu dzieł dzisiaj nie da się słuchać! Jakże wiele prac dziś śmieszy, bo na przykład rozwój technologii sprawił, iż byle dzieciak w telefonie komórkowym zrobi to sprawniej i szybciej. Nie starzeją się tylko te dzieła, które nie są czystą formą eksperymentu dla... samego eksperymentu. Można wymiotować na odległość i być z siebie dumnym, bo nikt tak daleko jeszcze "nie puszczał hafta" i napisać na afiszu - "Ludzie, ludzie, cuda w tej budzie, pierwszy pokaz w Europie rzygających tak daleko!" Lecz ilu spośród publiczności będzie zachwyconych i zapragnie częstszego obcowania z takim, hm... dziełem?

- "Jest jeszcze wiele do odkrycia. Nie zgadzam się z tym, że w sztuce już wszystko się wydarzyło". Też tak uważam, póki są ludzie na tej planecie, zawsze będzie progres.


B. M. : Pozornie może się wydawać, że rzeczywiście na tyle jest już tłoczno w sztuce, iż niewiele zostało nam do zrobienia, ale to byłaby okrutna krótkowzroczność! Bogusław Schaeffer powiedział wręcz, że "jeśli słyszymy od kogoś, że „wszystko już napisano”, to znaczy, że rozmówca jest durniem, który nie ma pojęcia o potencjale muzyki". Ciągle wiele jeszcze pozostaje do odkrycia, nie wspominając nawet o tym, że przyjdą nowe technologie i pojawią się nowe pola do eksploracji. Lecz i teraz wciąż ludzka imaginacja ma przewagę nad technologią, która mimo rozwoju, jest jednak zbiorem zamkniętym. Opowiem Ci pewną anegdotę. Johannes Brahms spacerował raz po plaży z kimś, kto narzekał, że cała dobra muzyka została już skomponowana. "Popatrz" - powiedział Brahms, wskazując na morze - "nadpływa ostatnia fala".

- "Wyobraźnia ludzka jest przed technologią, duch przed materią." To walka wielu, czy nie na tym polega sztuka?


B. M. : Wcale nie wielu. Walka, którą większość przegrywa lub w konfrontacji z codziennością, oddaje walkowerem. Ciężko w tak materialistycznych czasach zachować zimną krew. Widzę, jak wielu moich znajomych, którzy zajmowali się sztuką, zwyczajnie to sobie odpuściło, choćby z jednego powodu: nie chcieli się więcej tłumaczyć, że nie są wielbłądami. Spróbuj zrobić prosty eksperyment. Powiedz na cioci imieninach, że jesteś artystą i czekaj, po jakim czasie padnie z towarzystwa pytanie - "ile z tego wyciągasz?" lub wątpliwość - "dlaczego się tym zajmujesz, skoro nic z tego nie masz?". Dziś prawie każdy tworzy, ale bardzo mało z nich jest prawdziwie poszukującymi artystami. Do czasu, do kiedy nie postawi się wyobraźni przed technologią, a ducha przed materią, nie będzie szansy na dobre owoce. Lecz owoce nie wyrosną, gdy ziemia wyjałowiona, a przecież w dzisiejszym świecie mamy w sadzie wielki nieurodzaj. "Po owocach ich poznacie" mówi Pismo Święte. Tak zatem należy wypatrywać tych ostatnich, prawdziwych artystów. Bycie artystą, to poszukiwanie, to podążanie ku jasnemu celowi. Sztuka polega na tym, że artysta ma idealistyczny cel i do niego próbuje się zbliżyć.

- "W muzyce poszukuję głębi, szczegółów i smaczków". Dlatego lubię Twoją muzykę ;).


B. M. : Dziękuję. Szczególnie interesuje mnie to, co dzieje się na drugim i dalszym planie. Relacja między szczegółem a całością. Zasłuchuję się w tym, co pomiędzy nutami. Stąd nie interesuje mnie rozrywka, gdyż nie ma w niej głębi, tak łatwo pomija się szczegóły, smaczki, a skupia na całości - to ma być przebojowe za wszelką cenę. Śmieszy mnie także konsumpcja muzyki na "pierdziawkach", typu głośniki notebooka, czy telefonu komórkowego. Na tym polu mam kolejne zawężenie, co do potencjalnych odbiorców. Podsumujmy - już nie będą mnie słuchać, bo nie robię muzyki utylitarnej, do tańca, nie sięgną, bo nie będzie im się chciało poszukać darmowych plików FLAC (w końcu to nie "prestiżowa" i pachnąca płyta z komercyjnego wydawnictwa, opisywanego przez "każdy porządny portal muzyczny"), nie sięgną, bo nie będzie im się chciało patrzeć na greckie tytuły i w końcu nie usłyszą, bo "głębi, szczegółów i smaczków" nie da się kontemplować na owych pierdziawkach. I wiesz co? Jestem z tej wyliczanki dumny.

Nie przepadam jednak za stwierdzeniem, jakoby "cisza była też muzyką". Truizm! Do tego, zdaje się nieprawdziwy. To tak, jakby powiedzieć, że zagruntowane białe płótno jest już malarskim obrazem (oczywiście cisza nie jest odpowiednikiem barwy białej w malarstwie; bezpośrednim przełożeniem będzie tu biały szum, który jak rozszczepione światło przez pryzmat, daje się filtrować). To, że białe światło można rozszczepić na inne barwy, nie znaczy, że bez ingerencji twórcy, mamy gotowe dzieło sztuki, do tego będące kwintesencją innych barw. Obrazem malarskim i muzyką jest to, co artysta ułoży według swej wizji. Tworzenie, to zagęszczanie rzeczywistości według percepcji i filtrów tworzącego. Co najwyżej, cisza może być tylko punktem wyjścia i... aż natchnieniem.

Bardzo interesuje mnie wypływanie na głębokie wody i chciałbym poszukiwać możliwości do realizacji tych zamierzeń. Wiem, że tkwimy w przestrzeni euklidesowej i ucieczka, od choćby czasu, nie jest łatwa, ale przynajmniej chcę szukać możliwości tworzenia iluzji. Oto "plama dźwiękowa" gra w głąb, a nie jako następstwo prostych nut jedna po drugiej. Chcę tej głębi, poszukam pływających, oddychających struktur dźwiękowych.

- Dźwięk zwany "słoniem" Możesz rozszerzyć ten temat?

B. M. : Dla mnie muzyka, to plamy sonorii. Wyruszyłem na poszukiwanie czegoś "poza". Poza rytmem, poza masującymi wątrobę basami, poza tanimi wzruszeniami. Interesuje mnie to, co poza życiem, interesują mnie dźwięki, jakie nazywam "słoniami". Tego nie da się zamknąć w prostych formach: rytmu, melodii, agogiki itp. Fascynuje mnie poszukiwanie czegoś, co od lat siedzi w mej głowie i wciąż nie udaje się muzycznie do końca zwerbalizować. Uwielbiam dźwięk, przypominający wyjącego słonia, ale nie pod względem barwy, lecz samej obwiedni dźwięku. Powoli narastający i równie powoli opadający. To taki mój podpis, dzięki któremu nie muszę już tytułować utworów swoim nazwiskiem. Jeśli uważnie się przysłuchasz wielu moim utworom, zapewne szybko zauważysz, że te moje poszukiwania często mają miejsce i ów dźwięk jest być może przeze mnie nawet nadużywany. Mam taką manię prześladowczą i niewiele mogę z nią zrobić, stąd pewnie natręctwo będzie się nasilało (śmiech). Jasne, nie wiem, czy mi się uda kiedykolwiek dotrzeć do celu, ale wypada mi robić tak, jakby musiało się mi udać.

- "Mistycyzm - muzyka pomostem do innych światów". Bardzo ciekawy temat. Masz nadzieję że Twojej muzyki mogą słuchać kosmici, obcy lub... Aniołowie?


B. M. : Stanowczo nie. Rzeczy, jakie wymieniłeś jednym tchem, należą raczej do New Age. Ruch ten wybiera pewne elementy z innych religii, nawet i z chrześcijaństwa, lecz idzie w kierunku lucyferycznego światła. Uważałbym na to, bo o ile początek drogi może zdawać się wręcz przyjazny, o tyle jego zakończenie jest tragiczne.

Tymczasem muzykę mogę potraktować wręcz jak modlitwę. Mówiliśmy wcześniej o słuchaczach, a raczej świadomym pomijaniu ich w procesie twórczym. Nie tworzę dla splendoru i prestiżu, nie chcę przypodobać się nikomu z ludzi. Nie interesuje mnie "tu i teraz". To ziemskie, materialistyczne i małe. Jednak cała reszta, to sprawy Boskie, a już Jemu mogę oddać choć swoją sztukę. Tworząc, mogę próbować budować pomost do transcendentnego świata, jak mistycy, którzy obdarzeni charyzmatami, łączyli się w modlitwie, czy medytacji z samym Bogiem.

- "Kreuję swoje własne, organiczne dźwięki" Jak to wygląda od praktycznej strony?

B. M. : W tej chwili skupiam się na tworzeniu barw wręcz od zera i na samych kompozycjach. Po tylu latach wiem, że nie warto korzystać z żadnych presetów, bibliotek, czy sampli. To powoli zabija artystę. Uważam, że poszukujący twórca może być na tyle rozpoznawalny, że z dowolnym, acz przyzwoitym instrumentarium, w jakimkolwiek studiu nagrań, zabrzmi charakterystycznie dla siebie samego. O ile wypracuje tę swoją własną wypowiedź. Nie mam kompleksów co do sprzętu, "słonia" można kręcić na wielu maszynkach (śmiech). Zatem siadam i kręcę. Organicznie, od samego początku, bez gotowców, bez szablonów.

- "Jeśli też sam tworzysz sztukę, możemy wymienić się pracami".
Wyobraź sobie że ja wierzę, że kiedyś nastanie taki czas, że właśnie w ten sposób ludzie będą wymieniać się owocami swoich umiejętności i talentów. Być może po publikacji tego wywiadu spłyną do Ciebie konkretne oferty?


B. M. : Wymiana towarowa jest na tyle czystą, że pozwala nie wikłać się w te wszystkie negatywne aspekty, o jakich wspominaliśmy. Marketing, transakcje, podatki i inne te sprawy, to narośla, które wyrządziły na tym świecie wiele krzywd. Cudownym by było, gdybym mógł iść do piekarni i za chleb dać piekarzowi swoje utwory. Pewnie wówczas nigdy nie byłbym głodnym. Niestety w tym układzie polityczno - ekonomicznym jest to niemożliwe. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że przez wychowanie, może system edukacji, bądź wyeliminowanie w tej kwestii ostracyzmu w społeczeństwie, ów piekarz będzie potencjalnie zainteresowany jakąś bezpośrednią formą sztuki, stawiając ją wyżej od pieniędzy, które dostaje tu i teraz. Niby coraz więcej ludzi ma wyższe wykształcenie, ale wiedza polega na umiejętności jej wyszukiwania. W innym wypadku byłaby to tylko informacja. Jakże często bywamy przeinformowani, a nie douczeni. Dlatego tak bardzo cenię sobie, gdy już w tej chwili odzywa się do mnie jakiś filmowiec, czy poeta i pokazuje owoce swej pracy. Tego co prawda jest coraz mniej, ale też i ze względu na większą łatwość dostępu do sieci. Kiedyś film, czy nawet tomik wierszy, należało wysłać konwencjonalną pocztą. Własne albumy także wysyłałem na płytach. Teraz wystarczą linki do miejsc, skąd można pobrać prace. Coraz więcej wiemy o swych znajomych, a coraz rzadziej z nimi rozmawiamy.

Stąd tym bardziej dziękuję Ci za tę rozmowę! Padło z mej strony wiele słów, ale mam nadzieję, że muzyka powie jeszcze więcej. Oto marzenie twórcy: nie dopowiadając, wypowiedzieć wszystko.

Koniec drugiej części wywiadu.