wtorek, 30 sierpnia 2011

Cold Fusion - Report


     Co można znaleźć na płytach z muzyką określaną jako "military ambient"? Między innymi marsze nieugiętych żołnierzy, odgłosy wystrzałów, fragmenty patriotycznych przemówień i tę niezwykłą aurę zagrożenia ciążącą nad całością. Takie między innymi elementy składają się na zawartość płyty Report. Po raz pierwszy została ona  wydana w wersji CD-R w 2005 roku w ilości 200 egz. przez niekomercyjny label War Office Propaganda. Po dwóch latach wznowiono ją w Rage in Eden na CD z nową okładką Michała Karcza. Pod nazwą tych wytwórni i projektu  Cold Fusion kryje się obecnie jedna osoba - Marcin Bachtiak. Ten wrażliwy kompozytor z Białogardu, człowiek o nieposkromionej wyobraźni, szybko stał się znany w wąskich kręgach miłośników muzyki niezależnej jako płodny twórca i wydawca, zarówno w Polsce jak i za granicą. Omawiana płyta należy już do kanonu gatunku. Nie powinno to nikogo dziwić, wszak rzadko można spotkać tak sugestywną muzykę. Zawarte w niej śmiałe wizje i wymowne odniesienia robią wrażenie na słuchaczach. W kilku sprawozdaniach z wojennych zmagań autor opowiada barwne historie. Oczywiście to, jakie wizje powstaną w  umyśle podczas odsłuchu, zależy też od wrażliwości samego odbiorcy.  Mnie np. podczas poznawania tej muzyki pojawiają się takie obrazy:
Report part I: Triumfalne fanfary ogłaszają wejście zwycięskiej armii. Report part II: Nastrój ciężki jak żołnierski rynsztunek, pełen determinacji marsz, potrzeba nieugiętego parcia naprzód - aż do zwycięstwa. Za każdą cenę! Żołdacy posłuszni padającym suchym tonem rozkazom - idą dalej i dalej. Report part III: Na teren bitwy wjeżdża czołg, który niezgrabnie obraca się na gąsienicach. Muzyka, jaką teraz słychać, to już nie gloryfikacja zwycięstwa, to przygnębiająca i dołująca fraza klęski. Dobrze ilustruje ona krajobraz dokonanej masakry. Członkowie załogi czołgu, choć niejedno w życiu widzieli, ze zgrozą obserwują spalony po ciężkiej walce obszar. Dookoła widać  okaleczone ciała i czuć potworną woń spalonej ludzkiej  tkanki. Report part IV: Wojna jak ślepy huragan niszczy wszystko wokół. Wojsko posłuszne propagandzie w ślepym posłuszeństwie zdobywa coraz to nowe tereny. Nie ma litości dla wroga. Monotonne, powtarzane co rusz te same dźwięki brzmią niczym spełnienie obłąkanej wizji bezdusznego wojownika. Report part V: Wojskowy werbel narzuca bezwzględny rytm niezaspokojonej śmierci. Coraz częściej powtarza się dźwięk sonaru, walki toczą się wszędzie. W tle mieszają się ze sobą pełne euforii krzyki skandujących tłumów  oklaskujących ukochanego wodza. W dalszym ciągu nad opowiadaną  historią ciąży widmo nieuniknionej eksterminacji.

Jednak w tej odhumanizowanej epopei finał utworu kryje jakiś ludzki akcent.  Report part VI: W powietrzu wisi gęsta mgła, spośród której wyłania się dwóch rannych żołnierzy.  Trwa ostrzał z kilku rodzajów broni. Fortepian jak zepsuty gramofon powtarza tę samą frazę. Z głośników całkiem wyraźnie, po polsku, padają archiwalne teksty z czasów "wielkiego" Stalina. Ciekawa jest ostatnia minuta tej ścieżki dźwiękowej wzbogacona o kolejny przestrzenny instrument. Report part VII: Muzyka, jaka teraz dominuje stanowczo nie nadaje się na tło wiejskiej sielanki. To posępny obraz wyludnionej krainy, która nie zawiera w sobie pozytywów. Nieomal słychać deklamacje po  niemiecku zniekształcone przez głośną grę na perkusji. Panuje destrukcyjny klimat,  atmosfera, która coraz bardziej gęstnieje.Perkusja powraca, nadając swoją ciężką grą dziwny, dekadencki ton. Report part VIII: Powtarzające się angielskie dialogi co jakiś czas zataczają koło. Kojarzy mi się to z nocną przeprawą. Słychać szum wody i słowa 'Tędy droga". Uratowano z koszmaru grupę cywilów i zamknięto ich w bezpiecznym miejscu...

    I tak w sumie nieoczekiwanie kończy się fascynująca muzyka z płyty  "Report". Niejednoznaczna, niepokojąca... i bardzo wciągająca. Motywy  militarne obecne na całej płycie przesądzają o jej formie. Ta bardzo sugestywnie oddana mechaniczność, determinacja - elementy wyraźnie widoczne w sferze zmilitaryzowanej wyróżniają tę płytę spośród  innych polskich wydawnictw. Ważne jest przesłanie, jakie podano przy zmianie nazwy labelu:

"Jesteśmy i zawsze byliśmy tylko wydawnictwem muzycznym. Nie ma w tym ukrytej jakiejkolwiek propagandy. Ani lewicowej, ani prawicowej, ani żadnej. Ale okazuje się, że w tym świecie wojen, kłamstw, głodu, śmierci, chciwości i propagandy nawet same takie słowa nie są mile  widziane"







niedziela, 28 sierpnia 2011

Przemysław Rudź - Jestem wielkim piewcą wolności człowieka


     Warto czasem spenetrować pozornie hermetyczne zakamarki niszowych gatunków muzyki, w których natknąć można się na interesujących twórców. Jednym z nich jest Przemysław Rudź  - utalentowany kompozytor z Gdańska, którego dokonania mają coraz więcej wielbicieli na wąskim rynku polskiej klasycznej elektroniki ale również poza granicami kraju.  Regularnie nagrywa nowe płyty, a kolejna premiera już na jesieni. Postanowiłem przybliżyć jego postać Czytelnikom i zadałem artyście kilka pytań:

1)      Prowadzisz bardzo aktywne życie: nagrywasz płyty, napisałeś kilka książek, wygłaszasz prelekcje i wykłady, bierzesz udział w zlotach astronomicznych, pracujesz jako freelancer, bawisz się, znajdujesz także czas dla swoich najbliższych. Jak udaje Ci się pogodzić tyle spraw?

PR: Dobre pytanie! Tym bardziej, że generalnie nie jestem człowiekiem, który jest jakoś specjalnie uporządkowany, zdyscyplinowany, którego życie ma z góry założony harmonogram. Większość z tego, co udało mi się dokonać wyłoniło się z chaosu. Pracuję zrywami przedzielonymi okresami błogiego lenistwa. Natchnienie to dobre słowo, choć prawdziwy  sens jego realizacji przypisuję większym i bardziej zasłużonym ode mnie.  Tak czy siak, takie okresy pozornej bezczynności pozwalają ładować moje mózgowe baterie potencjałem inspiracji, a ciało siłami fizycznymi niezbędnymi do podtrzymania aktu tworzenia.

2)      Kiedyś powiedziałeś  że dużo ludzi prowadzi „życie ograniczone do jedzenia i wydalania, pracy i spania, kopulacji...”.  Jako artysta masz coś własnego do przekazania, ponad przyziemne sprawy. Co Cię inspiruje, jakie masz przesłanie dla świata?

PR: Dowodem na takie życiowe credo wielu jest wielomilionowa publiczność różnego rodzaju sitcomów, telewizyjnych show i seriali, lektury brukowców oraz temu podobnych rozrywek.  Rzuca się więc łatwo w oczy brak dążeń, aspiracji, czy elementarnej chęci spełniania indywidualnych marzeń. Ludzie ci znajdują substytut własnego szczęścia w postaci ekranowej papki i sukcesów podobnych sobie przedstawicieli tzw. przeciętnego zjadacza chleba. Jeżeli dodamy do tego modną w  cywilizacji Zachodu postawę, że najważniejsze to być i mieć, „vox populi” z jego stosunkiem roszczeniowym (to i to mi się należy), zawiść, brak życzliwości, obraz naszego świata nie napawa optymizmem.

Jestem wielkim piewcą wolności człowieka. Niezbywalnego prawa do realizacji swoich planów, kreowania przedsięwzięć często daleko wykraczających poza aktualne możliwości. Chciałbym, żeby planeta ta była domem dla takich właśnie istot, które w rozumnym indywidualizmie potrafią współdziałać w imię wyższych idei. Postęp nauki i medycyny, sięganie ku krańcom Wszechświata, czynienie świata lepszym dla nas i przyszłych pokoleń. Być może to utopia, ale zawsze jest ku czemu zmierzać...

Nie ufam zarazem wszelakim instytucjom, które tą wolność ograniczają, a sens swojego istnienia tłumaczą tzw. czynieniem dobra. Jeżeli np. patrzę na obrady naszego parlamentu, to aż nadto przekonuję się, że wielki czterdziestomilionowy naród skazany jest na działalność legislacyjną intelektualnych miernot, których horyzont myślenia nie wykracza poza termin następnych wyborów. Zresztą w Parlamencie Europejskim sytuacja niewiele się różni...


3)      Zauważyłeś pewnie, że miłośnicy muzyki elektronicznej to często czytelnicy fantastyki, miłośnicy astronomii, pasjonaci świata nauki. Jak byś wytłumaczył tę szczególną zależność?

PR: To ludzie, którzy poza codzienną egzystencją posiadają drugi, o wiele głębszy świat przeżyć wewnętrznych. To osoby wrażliwe, czasem niepozorne, schowane gdzieś za niewidzialną ale szczelną kurtyną. Niektórzy z nich może nawet czują się zaszczuci przez rzeczywistość, stłamszeni przez system. Lektura opowieści o lotach kosmicznych, przygodach bohaterów zdobywających nieznane pozaziemskie światy, a do tego regularne studium nowinek naukowych, odkryć i temu podobnych kwestii, skutecznie pomijanych w wiodących środkach masowego przekazu, sprawia, że to oni daleko bardziej i pełniej rozumieją otaczający nas świat niż przeciętny człowiek. Ich nie obchodzi, czy w tysięcznym odcinku telenoweli Irenka rozwiedzie się ze Staszkiem. Ile osób zastanawiało się dlaczego ptak potrafi latać, albo w jaki sposób powstaje obraz w ludzkim oku, czy dlaczego nagle urywa się Lacrimosa w Requiem Mozarta? Pytań jest całe mnóstwo i właśnie tego typu ludzie łakną na nie odpowiedzi. Są przy tym uodpornieni na demagogię, krytycznie przyjmują polityczną propagandę, potrafią uzasadnić swój punkt widzenia, czy godzinami rozprawiać o swoich pasjach...


   4)  Któregoś razu wspomniałeś mi: „Każde przelanie ludzkiej myśli na papier, ubranie w słowa  powoduje,  że ona się materializuje, inaczej by jej nie było, zostałaby niezauważona w kosmicznym chaosie. To jedna z cech człowieka, która odróżnia go od zwierząt, że poza wrodzonymi instynktami potrafi coś stworzyć” Czy będziesz dalej pisał książki?

PR: Oczywiście! Jesienią tego roku ukaże się kolejny przewodnik astronomiczny, który jednak wyczerpuje formułę tego typu wydawnictw mojego autorstwa. Nie chcę popełniać z każdym nowym tytułem swoistego autoplagiatu. Poza tym przy aktualnym poziomie czytelnictwa, zwrot finansowy z tego typu przedsięwzięcia w najlepszym razie jest daleko odłożony w czasie, choć generalnie i tak nie jest w stanie godnie zrekompensować poniesionych wyrzeczeń i ogromnego nakładu pracy. Pewne jednak jest, że coś w przyszłości jeszcze popełnię, może zwrócę uwagę i skoncentruję się na popularnych ostatnio e-bookach z ich bezpośrednim dostępem do Czytelnika, bez pośrednictwa żadnego wydawnictwa.


5)      Tworzysz muzykę dla ludzi lubiących rozmyślać, penetrujących swoje ego. Na swojej stronie piszesz: „Kontrola nad każdym aspektem brzmienia, tworzenie nowych barw i modyfikowanie już istniejących (…), daje poczucie pełnej wolności”. A  jednak niedawno postanowiłeś to rozszerzyć i nawiązać współpracę z Władysławem Komendarkiem „geniuszem egzystującym w podziemiu”. Jak do tego doszło?

PR: Zacytuję tu fragment tekstu, jaki pojawi się we wkładce do naszego albumu, a który doskonale w moim odczuciu odda atmosferę, w jakiej doszło tej współpracy:

„Kulisy powstania tego albumu są niezwykłe. Wystarczyło jedno spotkanie i krótka wymiana zdań z okazji koncertu Władka, aby po jakimś czasie pomysł wspólnej płyty nabrał realnych kształtów. Znając i ceniąc muzyczny dorobek Gudonisa wiedziałem, że im bardziej progresywny materiał przygotuję, tym chętniej weźmie On udział w przedsięwzięciu. Gdy miałem już wstępnie zmiksowane utwory, to choć brzmiące świetnie i pełne rozmachu, oczywiste było, że sporo w nich jeszcze brakuje, aby mogły ujrzeć światło dzienne. Gdy odebrałem wreszcie długo wyczekiwaną płytę DVD ze ścieżkami nagranymi przez Władka, po wstępnym miksie niemal nie spadłem z krzesła. To było to, o co chodziło! Internet pokazał tu swe jasne oblicze. Płyta duetu Komendarek & Rudź to efekt ciężkiej i sumiennej pracy, dyscypliny czasowej i, co niezwykle istotne, wymiany ponad setki e-maili, bez których trudno byłoby nam przekazać jeden drugiemu uwagi, osobiste życzenia i sugestie.”


6)      Przesłuchałem fragment Waszych nowych wspólnych dokonań. Kapitalna muzyka. Wiem, że ta płyta będzie dużym wydarzeniem w naszym małym światku fanów muzyki elektronicznej. To ciekawe połączenie: nieujarzmiony sceniczny szaman Komendarek i skupiony na swojej pracy, „okresowo” dyscyplinujący się Przemysław Rudź.  Łączy Was jednak kilka spraw: obaj dysponujecie dużym potencjałem i rewelacyjnie miksujecie różne brzmienia. Co powstaje z takiego zderzenia jasno świecących komet?

PR: Jak na razie powstała płyta „Unexplored Secrets Of REM Sleep”, która jest muzyczną ilustracją tego, co chyba każdemu z nas przytrafia się podczas marzeń sennych. Cudowna byłaby świadomość, że nasi Słuchacze, ciepło odebrali zawartość krążka i włączyli do swego żelaznego kanonu ulubionych el-muzycznych albumów. Osobiście uważam, że płyta jest godna większej uwagi nie tylko ze względu na udział legendarnego Władka Komendarka, ale może też dlatego, że rzadko w naszych czasach można spotkać tak eklektyczne i świeże podejście do tematu. Może to brzmi nieskromnie, ale gdybym nie czuł, że to może być coś naprawdę dobrego, nigdy nie zdecydowałbym się na publikację materiału. Czy kiedyś jeszcze zrobimy coś wespół z Gudonisem? Czas pokaże, choć frajda ze współpracy z nim prędzej czy później przypomni mi ten niesamowity projekt. Muzyczne przyjaźnie zawiązywane są wszak na lata!

7)      Bardzo jestem ciekaw w jakim kierunku rozwinie się Twoja kariera. Życzę Ci, abyś siłą swojego talentu przebił dla tej muzyki mury ludzkiej ignorancji i pozyskał jej wielu nowych wielbicieli.

PR: Kolejny album solowy, o roboczym tytule „Back To The Labyrinth” to mój powrót do odległych czasów szkolnego zespołu, który miał aspiracje aby grać rocka progresywnego i dzięki któremu w ogóle zacząłem myśleć poważnie o muzykowaniu. Będzie to próba uchronienia od zapomnienia części tamtych kompozycji, oczywiście w kompletnie zmienionej formie, nowoczesnej aranżacji i instrumentacji. Szkielet kompozycji już jest gotowy, a ostateczny efekt powinien udowodnić, że album duetu Komendarek & Rudź, to nie był przypadek.

      Bardzo dziękuję za miłe słowa o mojej muzyce oraz możliwość udzielenia odpowiedzi na powyższe pytania. Zainteresowanych moja twórczością zapraszam do kontaktu za pomocą poczty elektronicznej, śledzenia mojej strony internetowej, profilu na Facebooku.



piątek, 26 sierpnia 2011

Baffo Banfi - The Sound Of Southern Sunsets


    Giuseppe "Baffo" Banfi, włoski klawiszowiec, swoją muzyczną karierę zaczynał w latach 70. Grał w  Biglietto per l'Inferno (cóż za  prowokacyjna nazwa: bilet do piekła),  zespole z gatunku progresywnego rocka. Podczas tournee Klausa Schulze po Italii w 1975 r. doszło do spotkania tych dwóch muzyków. Niemiecki kompozytor uznał, że w Banfim tkwi niemały potencjał i pomógł mu wydać analogowe płyty - "Ma, dolce vita" 1978  i"Hearth" 1979 w  Innovative Communicaton. Kilka lat później w 1988 r. ukazuje się składanka plus parę nieznanych utworów na kompaktowym dysku The Sound Of Southern Sunsets. Jego zawartość dobrze oddaje pogodny charakter muzyki autora. Giuseppe ciekawie rozwija tematy, serwując rozkołysane melodie i przenikające serce solówki (Oye Cosmo Va). Wesołe rytmy gra z rozmachem właściwym  muzyce filmowej i idealnie nadające się jako podkład do westernów (Quelle Dolce Estate). Pewne fragmenty obsesyjnie się powtarzają, a  muzyka sprzyja bujaniu w obłokach. Czego jak czego, ale poczucia humoru nie sposób odmówić temu sympatycznemu Włochowi - ujawnia się ono w tytułach utworów. W Vino, Donne e Una Tastiera (Wino, kobiety i jedna klawiatura) słychać miłą melodię unoszącą się coraz wyżej i wyżej  niczym ze stopnia na stopień. Z kolei w Astralunato  Baffo ciekawie moduluje  ludzki głos. Miłośnikom dłuższych kompozycji może przypaść do gustu suita Fantasia Di Un Pianeta Sconosciuto. Pełno w niej kosmicznych efektów, wystrzałów, muzyka przyspiesza niczym rozpędzona rakieta, artysta epatuje zestawieniem pewnych podobnych wątków i wprowadza dynamiczne sekwencje. Treść kolejnych minut tej suity to trochę  pogłosów, dalszy wzrost prędkości, mocne nasycenie dźwiękami spectrum i królestwo sekwencji. Kompozytor (podobnie jak jego niemiecki promotor) wpada w pewien rodzaj amoku, stan  uniesienia, aż wreszcie ogranicza  natłok instrumentów, oczyszcza muzykę do rytmu (który przypomina mi stukot przejeżdżającego pociągu), po czym wszystko cichnie w oddali... Ostatnie trzy utwory  potwierdzają dotychczasowy pozytywny przekaz. Witalność, energia, relaks. Doskonała gra na perkusji i gitarze. Ta lekkość, z jaką Włochowi przychodzi komponowanie  zgrabnych kawałków na granicy popu, jest wręcz godna podziwu.
     Szkoda, że jego kariera zakończyła się na kilku krążkach.



wtorek, 23 sierpnia 2011

Michael Rother - Esperanza





      Niemiecki kompozytor Michael Rother jest bardzo barwną postacią, gitarzystą i multiinstrumentalistą kooperującym z wieloma znanymi muzykami. Współpracował z zespołem Kraftwerk, wspierając go we wczesnych latach 70., głównie na koncertach. Pomagał przy pięciu projektach krautrockowego zespołu Neu! i czterech płytach tercetu Harmonia, gdzie nagrywał muzykę wspólnie z Hansem-Joachimem Roedeliusem i Dieterem Moebiusem. Lista jego przyjaciół składa się ze znaczących dla muzyki elektronicznej i rozrywkowej nazwisk i jest o wiele dłuższa. Sama w sobie stanowi bardzo ciekawą lekturę. Dość powiedzieć, że w Harmonii współpracował z Brianem Eno, a pozyskać go do sesji chciał sam Dawid Bowie. Mimo tak wybornego towarzystwa ten oryginalny i pełen pomysłów klawiszowiec wydaje się być mało znany w naszym kraju. Jego debiutancki solowy album "Flammende Herzen" z 1977 wydano w ponadmilionowym nakładzie. Mnie przypadła go gustu ósma solowa płyta wydana przez własną firmę muzyka - Random Records - Esperanza z 1996. Jest to zbór siedemnastu krótkich nagrań, z których większość trwa mniej niż cztery minuty. Mimo tak krótkiej formy autorowi udało się zmieścić na nich sporo pomysłów. Są tu dziwne konstrukcje rytmiczne i wymyślne melodie, często o romantycznym zabawieniu, szybkie przebieranie palcami po strunach gitary i zapętlone sekwencje. To muzyka nieprzewidywalna i jednocześnie elegancka. Czasami słychać w niej orientalne motywy (Wolkenwelt). Rother nie waha się skutecznie stosować prostych zabiegów studyjnych takich jak ujmowanie i dodawanie barwy granych właśnie tonów, co sprawia wrażenie grania na żywo (Spirit of '72). Dobrze pasuje do tych dokonań tytuł innej płyty Michaela: kocia muzyka. Czasami motywy zanikają, sugerując koniec utworu, ale za chwilę powracają. Mimo użycia wielu sampli czuć na całości indywidualne piętno Michaela. Trzeba też przyznać, że w jego produkcjach można usłyszeć rzadko spotykane dźwięki. Wszystkie kolejno następujące utwory układają się w harmonijną opowieść, co daje dużo satysfakcji podczas słuchania.

    Michael Rother do dziś aktywnie gra z przyjaciółmi koncerty w różnych krajach. Ostatnio w maju 2011 w Japonii podjął się muzycznej oprawy instalacji Noritoshi Hirakawy. Można wyciągnąć z tego wniosek, że artysta jeszcze nieraz zaskoczy słuchaczy.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Klaus Schulze - Irrlicht



   Po 40 latach od wydania tej płyty wciąż zastanawiam się nad tym, jak młodemu wówczas człowiekowi udało się stworzyć tak sugestywną wizję  przy tak niewielkich nakładach? Skromne doświadczenie sceniczne, ubogi sprzęt... Na okładce albumu Klausa Schulze Irrlicht  można przeczytać o kwadrofonicznej symfonii na orkiestrę i E - maszyny.  Tymczasem (choć być może to tylko miejska legenda) muzycy z Colloquium Musica Orchestra odmówili umieszczenia swoich nazwisk przy tym awangardowym materiale. Elektronika składała się z podarowanych przez kolegę używanych organów, z których Klaus próbował zrobić  syntezator, pary oscylatorów, kilku mikrofonów, magnetofonu i starego  wzmacniacza (na Big Mooga z mnogością filtrów i obwiedni Klaus musiał  jeszcze parę lat poczekać). Do tego akcesorium dołączona została gitara, cytra, perkusja i głosy, pomimo że tylko te ostatnie dają się wyraźnie rozpoznać. Potencjał, pomysłowość i samozaparcie przyczyniły się do powstania ambitnego i ciekawego materiału. Już pierwsze minuty  suity Satz Ebene mogą kojarzyć się ze startem statku kosmicznego z widniejącego na  okładce wydania labelu Ohr  (okładkę zaprojektował sam muzyk). Zapowiada się niezwykła podróż. Po raz pierwszy niemiecki  artysta wdraża tu swój ulubiony później sposób gry: generowanie całych  partii ciągłych dźwięków. Przez kilka pierwszych minut muzyka ma  charakter wybitnie medytacyjny, a wykreowany tu klimat kojarzy się z krajobrazem nieznanej i nieprzystępnej krainy. Groźne odgłosy, jakie przebiegają po kanałach, potęgują te wrażenie. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że słychać tu początki stylu nazwanego później ambientem. Muzyk  systematycznie testuje wytrzymałość organ Tesco. Penetrują one z kolei spektrum odporności słuchacza długimi frazami, niczym reflektory statku sondujące powierzchnię obcej planety. Nie brzmi to pogodnie  (choć jest fascynujące), jest emanacją niespokojnej  duszy. W końcu coś wyraźnie i nerwowo drgnęło i przy  pomocy rozpędzonych organów muzyczna fraza unosi się wyżej i wyżej  (Pamiętam jak wiele lat temu zdzierałem tę analogową płytę przy dużym  wzmocnieniu. Tata wszedł do mojego pokoju i zaniepokojony pyta: Czy  popsuł Ci się gramofon synu? Nie tato, to gra Klaus Schulze, tak właśnie ma być! Ojciec z dezaprobatą pokiwał głową i zamknął drzwi).  Dźwięki brzmią coraz bardziej monumentalne, ulegają dysharmonii, a  organy grają jakby ostatnim tchnieniem. Następuje frapująca i efektowna kulminacja (uważajcie, aby ten moment nie zniszczył Wam  głośników lub słuchawek). W ramach jednego scenariusza całość płynnie przechodzi w Satz Gewitter (Energy Rise-Energy Collaps). Krótka kompozycja stanowi odpoczynek po dość trudnej i może dla niektórych wyczerpującej wycieczce. Słychać trochę kosmicznych efektów, szumów i trzasków. Satz Exil Sils Maria nie ma wyrazistego scenariusza. To zimna czerń kosmosu,  której monotonię przerywają rzadkie przebłyski błędnych ogników. Utwór  mógłby trwać 10 minut albo i godzinę. Klaus daje tu poznać mroczną część swojej duszy i niepokoje ją dręczące. Muzyka sprawia wrażenie mało kontrolowanej przez artystę, będącą nie tyle wytworem rozumu, co rejestracją konkretnego zjawiska, jej odbiciem w przestrzeni. Ten pomysł pojawi się jeszcze kilka razy w dyskografii muzyka. Obok precyzyjnie wyreżyserowanych suit Schulze zamieszcza kompozycje mocno  abstrakcyjne. Tak będzie, póki technika cyfrowa i sample nie zmienią jego sposobu obróbki materiału. Debiutancka dyskografia Irrlicht z 1972r. stała się wyznacznikiem innego pojmowania muzyki - nie przeszła do lamusa mimo archaicznie brzmiących organów, zaś Klaus został okrzyknięty legendą muzyki elektronicznej.
         Na okładce podziękował  dyrygentowi i  Symphonieorchester z Berlina, która wspierała go jeszcze na płycie Cyborg. Fani do dziś przeżywają duże emocje, słuchając tej starej, dobrej muzyki.





piątek, 19 sierpnia 2011

Roman Stolyar - Credo


     Przekraczanie muzycznych barier jest jednym z celów jaki postawił sobie pewien jazzowy kompozytor z Nowosybirska. Roman Stolyar na płycie Credo udowadnia że łączenie rożnych stylów może okazać się intrygujące. Cały materiał można podzielić na trzy części: rockowo-jazzowy performance, zbiór piosenek i kończące płytę elektroakustyczne eksperymenty. W pierwszej 35 minutowej części niewiele jest elektroniki, więcej fortepianowych improwizacji, popisów na flecie czy dynamicznej sekcji rytmicznej. Sposób wydobywania dźwięków z klawiatury nieodparcie przywodzi na myśl styl Keitha Emersona z ELP. Nie zawsze sprzyjające niewyrobionym gustom skomplikowane struktury, grane z nerwem przykuwają uwagę. W kompozycjach 5-8 o tytułach kolejnych pór roku słyszmy popisy wokalne Yeleny Silantievy. Akompaniament w manierze rocka progresywnego, może chwilami kojarzyć się z muzyką Mike Oldfielda. Wyrazisty partie na flecie i kilka  momentów szczególnych uniesień najbardziej zapadło mi w pamięć.  Muzyka jest dynamiczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów. Kończąca płytę kompozycja "Meditation" z najbliższa jest tradycyjnie rozumianej muzyce elektronicznej. Charakterystyczne motywy grane na flecie w syntezatorowej otoczce nadają swoisty klimat tej medytacji przypominającej najstarsze płyty zespołu Tangerine Dream. Roman Stolyar bardzo intensywnie koncertuje, współpracuje z wieloma muzykami i dalej gra z upodobaniem jazzrockowe inklinacje. A jego debiutancka płyta Credo dość dobrze określa styl artysty.

środa, 17 sierpnia 2011

Isao Tomita - Dawn Chorus



     Kiedy łączy się ludzki geniusz z techniką, gdy wrażliwość kontroluje potencjał i nadaje mu kierunek, może dojść do powstania takiego niezwykłego dzieła, jak płyta Isao Tomity "Dawn Chorus". Tytuł wskazuje  na niecodzienną inspirację. Jest to historia o cząstkach elementarnych nadlatujących o świcie z odległych gwiazd we wszechświecie, gdy wszyscy ludzie jeszcze głęboko śpią. Kiedy wpadają one do magnetosfery Ziemi, przez chwilę można usłyszeć dziwną muzykę podobną do ćwierkania ptaków. To ulotne zjawisko naukowcy nazywają właśnie Dawn Chorus. Dzięki materiałom otrzymanym z NASA i japońskich obserwatoriów astronomicznych cały album Tomity śmiało można nazwać muzyką kosmiczną. Japończyk przekształcił krzywe zmian jasności gwiazd na ich odpowiedniki w słyszalnym widmie. Tworzyły one potem dźwięki różnych sekcji w jego orkiestrze. Materiał ten Isao zmiksował z klasycznymi  kompozycjami takich twórców jak Villa-Lobos, Albinoni, Bach, Rachmaninow i Pachelbel. Jak brzmią tego typu dokonania? To przeżycie artystyczne wysokiej rangi. Podczas wchłaniania w siebie kolejnych dźwięków przestaje być ważne, czy w utworze użyto konwersji wybuchającej supernowej czy dominują klasyczne rozwiązania. Podziw wzbudza jak zwykle u tego kompozytora rozmach, pomysłowość i... poczucie humoru. Po tajemniczej i nastrojowej kompozycji tytułowej można delektować się zabawnym Whistle Train. Podobnie jest w kolejnym utworze Pegasus - lekkość i finezja, z jaką grane są te toccaty, nie pozwala na obojętność.  Co więcej, posiadają one właściwości wręcz terapeutyczne. Nieco poważniejszy w charakterze i bardziej melancholijny utwór, czyli Vela-X Pulsar, kończy serię transkrypcji, którym inspirację dał brazylijski kompozytor Heitor Villa-Lobos. Adagio of the Sky to bardzo dostojne, acz nie pozbawione romantyzmu rozważania według Tomaso Albinoni, wybitnego włoskiego kompozytora późnego baroku.  W Cosmic Chorale dość łatwo usłyszeć  brzmienia nieśmiertelnego J.S.Bacha. Vocalise Rachmaninowa jest  podniosła i smutna, za to  Canon of the Three Stars według  niemieckiego organisty Johanna Pachelbela niesie ze sobą pewną dawkę optymizmu. Swoboda, z jaką Tomita  porusza się po różnych muzycznych epokach, wzbudza podziw, zaś  słuchanie, jak z polotem je łączy, dodając swoje pomysły, należy do przyjemności. Podając zestaw orkiestry, dowcipny Japończyk napisał na koniec:  "Other Various Waves Produced by Intellectual Creatures Living on the Earth of the Solar System of the Galaxy" "Różnorakie fale dźwiękowe stworzone przez inteligentne istoty zamieszkujące Ziemię w Układzie Slonecznym w galaktyce Drogi Mlecznej".
      Niezależnie od jego kontaktów z inteligentnymi formami  systemu słonecznego Dawn Chorus jest dziełem wybitnym.


piątek, 12 sierpnia 2011

Under The Dome - Bellerophon



      Rzadko się zdarza, aby atrakcyjna okładka odpowiadała równie fascynującej treści. Ku uciesze fanów El-muzyki w 2002 r. label Neu Harmony wydał muzykę, która swoją treścią dostarcza słuchaczom wielu pozytywnych wrażeń. Towarzyszą jej piękne obrazy w stylistyce SF umieszczone na wszystkich stronach papierowych wkładek. Muzykę duetu Under The Dome zawarta na płycie Bellerophon należy uznać za śmiałe i imponujące przedsięwzięcie. Dwanaście kompozycji autorstwa Granta Middletona i Colina Andersona przyciąga lekkością. Utwory ułożone w ciekawej kolejności nie nużą.  Dynamiczne, wręcz przebojowe sekwencje mają mroczne lub melodyjne przerywniki. Oprócz tego muzycy swobodnie poruszają się po obrzeżach gatunku. Na uwagę zasługuje umiejętne dostosowanie materiału na potrzeby autorskiej wizji. Fragmenty zawierające atrakcyjne przebiegi w berlińskim stylu chwilami brzmią podobnie jak dokonania zespołu Redshift, jednak nie można uznać ich za przytłaczające. Kosmiczna muzyka pełna frapujących rozwiązań co rusz zaskakuje nowymi pomysłami. W Liquid Sky syntezatory pomrukując, powoli obmiatają horyzont niczym szykujące się do boju działa kosmicznej artylerii. Napięcie i oczekiwanie wyczuwa się wręcz namacalnie. Logiczną kulminacją tej muzycznej podróży jest Launch, kaskada sekwencji. Ktoś może uznać, że to żadna nowość, ale tryumfalna melodia wyłaniająca się z ciągu galopujących dźwięków pobudza wyobraźnię. Łagodny Drift na pewno spodoba się fanom J.M.Jarre'a. Rozkołysany The Long Rain kojarzy mi się z wielkim zbiornikiem lawy wylewającą się poza brzegi naczynia. Return to kompozycja kapiąca melancholią. Słodka melodia grana na tle subtelnej sekwencji balansuje na granicy popu. Keto-Enol Tautomerism okazał się być krótkim zalążkiem panegiryku, tematem zbyt szybko porzuconym. Odpoczynkiem od miłych melodii i szybkich galopad będzie Nightfall - pełny zadumy i wyciszenia fortepianowy motyw, z kolei dramatyczny i urozmaicony – Event Horizon, impresja trochę ponura, a momentami przygnębiająca. Ponieważ jednak splin nie jest najbardziej charakterystyczna cechą zespołu, kolejny utwór C-57D dostarcza więcej nadziei i jasnych emocji. Ujawnia się tu tak pożądana przez artystów umiejętność duetu: tworzenie dynamicznych, poruszających motywów melodyjnych o epickim charakterze. Altair IV zgodnie z tytułem penetruje tajemnicze zakątki kosmosu. Kończący płytę Solar Gravity podoba się wielu fanom ze względu na swój rozmach i zaskakujący epilog. Ciekawostką jest notatka zamieszczona na okładce, zgodnie z którą nie użyto na tu żadnych analogowych syntezatorów. Czy stanowi to dowód na nieograniczone możliwości klonowania cyfrowego zapisu? Być może.
    Tak czy inaczej, niezależnie od sposobu komponowania i metody tworzenia Bellerophon to po prostu dobra muzyka ...


czwartek, 11 sierpnia 2011

Christopher Franke - Klemania


    Ten utalentowany Niemiec, w młodości oczarowany muzyką Johna Cage'a i Karla Stockhausena, karierę muzyczną rozpoczął grą na perkusji w krautrockowym zespole Agitation Free. Następnie przez wiele lat był użytecznym członkiem kultowego zespołu Tangerine Dream. Po wydaniu w latach 1970-88  z zespołem Edgara Froese ponad 30 wspólnych płyt, emigrował do Los Angeles, gdzie udało mu się nagrać dużo solowych projektów. Jego debiutancki album "Pacific Coast Highway" (1991), lekki w swojej formie, przyczynił się do popularyzowania gatunku. "The London Concert" potwierdziły wysoką klasę artysty. Mnie szczególnie podoba się płyta Klemania


z 1995 r., której tytuł nawiązuje do holenderskiego festiwalu muzyki elektronicznej. To, co wyróżnia ją spośród wielu innych dokonań tego gatunku, to fakt, iż jest pełna kontrastów i po mistrzowsku łączy różne style. Fragmenty monumentalne zgrabnie łączą się z lirycznymi; dramat płynnie przechodzi w sielskie pejzaże, zaś groza w melancholię. Słychać to doskonale już w pierwszej kompozycji Scattered Thoughts of a Canyon Flight, gdzie obok nowoczesnych demonstracji brzmień, które kojarzą mi się z ilustracją do futurystycznych igrzysk, obserwujemy bardziej tradycyjne komponowanie. Ten album wyraża niezwykłą dynamikę i (pozorne) zamieszanie, nad którym Franke sprawuje pełną kontrolę. Masa pomysłów, detali i sampli, jakie zawiera ten materiał, słyszalna jest szczególnie przy dużym wzmocnieniu na słuchawkach. Kolejna suita nikogo nie rozczaruje. Moim zdaniem to najlepsze dzieło artysty Inside the Morphing Space. Jest ona zadziwiająca w swojej rozpiętości nastrojów i przebojowo stosowanych środków muzycznego przekazu. Mroczny świat, przez który zwycięsko prowadzi słuchaczy Chistopher, urzeka bogactwem skojarzeń i wzbudza autentyczny podziw dla wyobraźni autora. Nasuwa się pytanie: jak mu się udało to tak zgrabnie złożyć? Wobec tej muzyki trudno być obojętnym. Rozpędzone maszyny wydają dziwne dźwięki. Sekwencje galopują jak za starych dobrych czasów w Tangerine Dream. Nieliczne chwile oddechu, jakie funduje kompozytor, tylko potwierdzają jego wyczucie proporcji. Kilka efektów znanych z lat 70. umiejętnie podnosi emocje.
   Jeżeli chcecie się przekonać, co znaczy pewność siebie w działaniu, koniecznie posłuchajcie tych nagrań.



sobota, 6 sierpnia 2011

Ela i Andrzej Mierzyńscy - Bezsenność Anioła



     Po kilku latach wspólnego grania musiało się tak stać. Połączenie małżeńskich pasji zaowocowało wydaniem płyty... Poetyckie zapędy Eli znalazły tu swoje większe spełnienie. Przy obróbce materiału wykorzystano wiele technik uatrakcyjnienia wokalizy. Andrzej zrobił dobrą robotę: tam gdzie przydatny był pogłos, tam dodał echo, tam gdzie uznał za stosowne - nastąpiło zwielokrotnienie głosu, a jak zdecydował że atrakcyjne będzie powtórzenie, tak się dzieje. Zaśpiewy Eli swobodnie krążą po całym przestrzennym spectrum. W efektem końcowym, ludzki głos na tej płytce jest równoprawnym instrumentem a elektroniczne akcesoria w harmonii uzupełniają kobiecą ekspresję. Wyraźnie słychać że nagrania powstały z potrzeby serca i czuć tu radość tworzenia. Nawet w chwilach, gdy Ela śpiewa o poważnych rzeczach („życie jest jak szkło”) - czyni to lekko, z pogodą ducha, którą u nich obojga tak lubię. Zresztą, optymizm i inne pozytywne klimaty jak motto, przewijają się przez całą płytę. Moją uwagę przyciąga czwarta kompozycja „Dzień który mnie prowadzi”. Doskonała oprawa instrumentalna. Podoba mi pewność z jaką grana jest linia melodyczna, odpowiednio wylansowana ta piosenka mogłaby się stać radiowym przebojem. Zabawy z formą trwają dalej, poezja bardziej zaangażowana a tekst niekiedy (np. w "Nie zabijaj mnie Panie mój") można nazwać formą modlitwy. W miarę upływu czasu jest coraz ciekawiej. Kolejność utworów nie jest przypadkowa, bowiem większa warstwa melancholii czyni kompozycje bardziej osobistymi. Kapitalne jest nagranie dziewiąte „Tęczowy motyl” gdzie Ela, niczym kilkuletnia dziewczynka biegająca po polanie śpiewa sobie "la la la". Bardzo mi to przypadło do gustu. W przypadku wartościowych nagrań jest tak że przy każdym odsłuchaniu coś innego zachwyca. Ta zasada sprawdza się również na tej płycie. Oczywiście ile prawdy jest w twierdzeniu że Ela widziała anioła i szorowała z nim gwiazdy, nie sposób stwierdzić i nie należy nawet tego dociekać. Wystarczy dodać że te uduchowione muzyczno wokalne pomysły wzniosły się na wysoki pułap poetyckiej elegancji i niepospolitego szyku dźwięków. Podporządkowanie instrumentalnych ambicji wyeksponowaniu możliwości ludzkiej krtani nie przyniosło szkody całemu zamierzeniu. Ela, mająca swój mały kącik na niektórych wcześniejszych wydawnictwach męża, tu wreszcie pokaźnie rozwinęła skrzydła.
    Gratuluję pomysłu i zgrabnej realizacji.











poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Robert Rich - Ylang


To najnowsza płyta w bogatym dorobku uznanego artysty. "Pierwszy solowy album od 3 lat uwodzicielsko  łączy urozmaicone rytmy z tak różnymi wpływami jak muzyka Indian Karnatic, minimalizm i post rock".  Wydaną w 2010 Ylang  roku Robert Rich reklamuje ją jako "organiczną, bujną i zmysłową". Jako tytuł posłużyła nazwa drzewka z Azji Południowej "o tajemniczym zapachu, które uosabia elementy cienia i światła, erotyki i gnozy, ziemi i nieba". Tyle i trochę więcej dowiedzieć się można ze strony autora. A jaka jest sama muzyka? Ośmiu zaproszonych do sesji muzyków gwarantuje urozmaicenie w warstwie instrumentalnej. To był dobry pomysł. Już od pierwszych minut  na pierwszym planie piękne zawodzi pełna ekspresji gitara Harouna Seranga (Ambergris). Takiej gry nie powstydziłby się sam Robert Fripp.  W tle wszystkich kompozycji słychać suche rytmy generowane przez egzotyczne instrumenty. Mieszają się z tym różne syntezatory Richa brzmiące często jak zmodyfikowane cymbałki, na których gra się w charakterystyczny dla siebie sposób.  Zlewające się z innymi dźwiękami wokalizy Emily Bezar wprowadzają, najogólniej mówiąc, sentymentalny nastrój. W kolejnym utworze Translucent o prymat z wokalizami walczą barwy fletów. Attar wyróżnia się ciekawym ciągiem uderzeń brzmiącym jak dwa kawałki drewna uderzane o siebie przez mistrza ludowej ceremonii. Dla równowagi i ocieplenia Robert ładnie gra na symulatorze fortepianu. Te kojące brzmienia uzupełniane fletem wzbudzają mój respekt dla talentu i wyczucia autora. Verbena - tu gaworzy małe dziecko, Emily Bezar śpiewa mu kołysankę (a przynajmniej takie sprawia wrażenie...). I tu mamy ciekawą mieszankę różnych rytmów. Po tej serii utworów bardzo krzepiących w Kalyani smutno gra flet, w powietrzu wisi jakiś niepokój.  Ale osiem minut szybko mija i następna ścieżka Vetiver to bardziej typowa gra ambient w stylu Biosphere. Tamarack ponownie zachwyca tu wyeksponowana gitara wraz z wstawkami fortepianu... szlachetna muzyka. Charukesi to trochę słabsza część płyty. Przewodzi tutaj flet, brakuje tutaj jednak tego szczególnego klimatu cechującą pozostałą częścią płyty. Zakończenie First Rain mocno nasycone wszelakimi barwami i odcieniami. Co jakiś czas brzmienia instrumentów spotykają się w swoistych uwypukleniach akcentów, nasileniu emocji. Sugestywne i podniosłe są te realizacje. Dobra muzyka. Relaks, odpoczynek, regeneracja sił, takie skutki przynosi jej słuchanie. Nie ma ambicji oszałamiać. Pomimo różnych modyfikacji Robert Rich gra w ramach pewnego ustalonego kanonu. Ten styl lubi wielu ludzi na świecie.