wtorek, 31 maja 2011

Andymian & Vanderson: Zamęt - Olsztynek 2007


   Gdy dotarła do mnie wieść o koncercie Andymiana i Vandersona w Olsztynku autentycznie się ożywiłem. Nad planowa elektroniczna impreza, czy to nie fantastyczne? I na dodatek tylko 30km drogi. Nie wymagam od życia zbyt wiele i doceniam takie niespodzianki. Skonsultowałem więc precyzyjny termin wyjazdu z Jackiem JotDe, ubraliśmy się z żoną ciepło i w drogę! Olsztynek sam w sobie jest niewielką miejscowością, więc jak już tam wjechaliśmy, bez problemów dotarliśmy do zamku. Na skromnym dziedzińcu zastaliśmy masę podekscytowanej młodzieży należącej do kilku grup teatralnych i bohaterów wieczoru kręcących się wokół aparatury. Andrzej na nasz widok wyraźnie się ucieszył, zamieniliśmy kilka zdań i poszukaliśmy sobie ławeczki jako punktu obserwacyjnego. Koncert rozpoczął się około 20.15, co specjalnie nikomu nie przeszkadzało. Muzyka Andrzeja Mierzyńskiego - Andymiana, po raz kolejny sprawdziła się doskonale jako dźwiękowa oprawa większego widowiska.. Na koncercie jest z nią trochę inaczej niż z domowym odczytem kompaktowego krążka. Wydaje się być nie tylko głośniejsza ale i bardziej monumentalna. Charakterystyczny klimat leniwego strumienia zdarzeń, w estradowej demonstracji nabiera cech bardziej mistycznych. Ciekawe, niby to samo, ale jednak w inny sposób się przyswaja. W trakcie jej słuchania uświadomiłem sobie dlaczego właściwie lubię koncerty. Że nawet najlepsze słuchawki nie zastąpią tej szczególnej atmosfery misterium jaka towarzyszy występom na żywo.. I nie chodzi tu bynajmniej o to, aby bas wciskał  żebra w mięsień sercowy, czy o niewątpliwą wyższość głośników koncertowych nad domowymi. Nie jest też szczególnie istotne, czy muzyka jest tworzona na bieżąco, czy leci z playbacku. Chodzi o klimat jaki jest tworzony przez zespół współpracujących ze sobą artystów różnej maści. To jest te nieuchwytne „coś” które pragniesz zrozumieć i zabrać ze sobą. Do całości dopasowana była również część druga koncertu.  Maciej Vanderson Wierzchowski na zasadzie kontrastu do dość kontemplacyjnej twórczości Andrzeja zagrał tradycyjny Berlin. Muzykę przy której - w chwilach bardziej dynamicznych - można było nawet potańczyć.  Dla osób którym eksperymenty Andymiana mogły się wydawać zbyt ambitne, Maciejowa muzyka stanowić mogła odskocznię do pełnego zrelaksowania. Choć nie był to jakiś el-pop, rzecz jasna. Formuła przedstawienia nie różniła się specjalnie od tego co można było oglądać rok temu w Olsztynie. Po prostu: coś co się skutecznie sprawdziło w jednym mieście, warte jest powtórzenia w innym. To dobry pomysł. Mam na myśli schemat performance typu „światło i dźwięk”. Jak słusznie zauważył Jacek, dwa lata temu w Olsztynie, część przypadkowej publiczności wyszła w trakcie koncertu, co rok później w przypadku zastosowania dodatkowych elementów wizualno-teatralnych przestało być problemem. Olsztynecka publiczność, choć może niewielka ilościowo, okazała się być wdzięczna i oklaskami reagowała przy szczególnie ciekawych wydarzeniach. Tym bardziej że dziewczęta operujące chorągwiami były pełne zapału i inwencji a niesamowite zabiegi ekwilibrystyczne z kulami ognia – tak, to wymagało wcześniejszego treningu i konkretnych umiejętności. A gdy później dołączyli szczudlarze, udowodnili że zamkowy bruk nie jest dla nich żadną przeszkodą w realizowaniu ich artystycznej wizji. Nie sposób nie wspomnieć też o poetyckich odczytach czystym, mocnym głosem Elżbiety Mierzyńskiej o aniele którego nie odda już nikomu (taką treść przynajmniej zapamiętała moja żona). Całość trwała mniej niż półtorej godziny, więc jak na tak krótki okres czasu wypełniaczy akustyczno-wizualnych było naprawdę dużo. Mieliśmy też sporo czasu aby po koncercie zaspokoić swoją ciekawość w rozmowach prywatnych z artystami. Andrzej powiedział mi że kończy materiał na nową płytę, przypomniał o kolejnych elektronicznych imprezach na najbliższe miesiące, a Maciej umożliwił bliższe przyjrzenie się swojej elektronicznej aparaturze. Mimo paskudnego zimna rozstaliśmy się bardzo ciepło.
    Kolejne miasteczko mogło bliżej poznać El-muzykę, a my mogliśmy wzbogacić siebie o nowe doświadczenia. Następny koncert już w lipcu w Olsztynie!




poniedziałek, 30 maja 2011

Tangerine Dream - Madcap's Flaming Duty



       Korzystając z urlopu i czasu choroby, która, jak co roku przykuła mnie do łóżka, obejrzałem i posłuchałem tego, co wytłoczono na tym DVD. Film nakręcono według pewnej wizji: muzycy często przebierają się w stroje z trochę starszej epoki, prawie cały materiał sprowadzono do barwy czarno-białej. Maniera ta, choć rozumiem chyba jej przesłanie, wydaje mi się na dłuższą metę dość irytująca. Oczywiście obie panie: Iris i Linda wypadają wspaniale. Pełne wdzięku ruchy Iris za bębnami i subtelna uroda Lindy urzekają. Dojrzałe piękno tych artystek to bez wątpienia atut zmieniających się w spokojnym tempie obrazów. Wokalista Chistian Hausl ma mocny i melancholijny głos niczym Brendan Perry z DCD. I podobnie śpiewa. Podoba mi się to. Thorsten Quaeschning, Bernhard Beibl tworzą tło do popisów wokalnych Hausla. Widać ich dość często, gdy kamery płynnie krążą po ciałach muzyków. Podobnie Edgar Froese, często chwyta za gitarę, czasami naciśnie coś na klawiaturze… Oczywiście rzadko to zgrywa się z obrazem, ale technika zwolnionych ujęć zastosowana została celowo, więc nie oczekuję precyzji dokumentu. Aby urozmaicić zapis studyjnego grania, artyści przebierają się do każdego utworu, przynajmniej kobiety, a poszczególni bohaterzy, co rusz pokazywani są w plenerze. Muzyka, która płynie z głośników to lekka i przyjemna produkcja, mocno nostalgiczna, odpowiednia do tekstów. W pewnym momencie przyszła mi do głowy taka myśl: kiedyś Edgarowi wystarczył jeden lub dwóch muzyków, aby tworzyć awangardę i nadawać nowy kierunek podgatunkowi muzyki rockowej, teraz potrzebuje składu sześciu osób, plus jeszcze dwóch w studio, aby grać dostępny "folk-rock". Ale nie mam pretensji. Zważywszy na śmierć Moniki i to, co wydał wcześniej, taki poziom muzykowania jest dla niego widocznie dobrym pretekstem do spełnienia się obecnie. Daje z siebie tyle, co może. Doceniam to i cieszę się, że uzbierało się tego na płytkę DVD z małym bonusem.

niedziela, 29 maja 2011

Władysław Komendarek - Kwidzyn 26.09.2009r


        Bardzo chciałem wybrać się na koncert Władka Komendarka. Koncerty muzyki elektronicznej w małych gabarytowo klubach to jakiś kompromis i ukłon w stronę tradycji wieczornego wypoczynku w półmroku lokalu, gdzie można popijając piwo, dodatkowo wchłonąć dawkę muzycznych emocji. Konsekwencją tego jest specyficzna atmosfera luzu, gdzie nikomu nigdzie się nie spieszy, artysta jest jakimś dodatkiem do wieczoru, i punktualność nie ma większego znaczenia. Dlatego na nikim nie zrobił wrażenia 50 minutowy poślizg w rozpoczęciu imprezy, w czasie kiedy to muzyk, między innymi sprawami, przebierał się w swoje sceniczne wdzianko. Ale trudno było nie zauważyć i nie usłyszeć tego momentu, gdy Komendarek wreszcie uruchomił swój sprzęt i z głośników popłynęły, a właściwie powinienem powiedzieć - zaatakowały słuchaczy dźwięki muzyki. Główne widowisko podzielono na dwie godzinne części. Przez kilka pierwszych minut bardzo spokojnie, choć dobitnie i głośno, stojące frazy w stylu „starego” Komendarka przyjemnie wlewały się w uszy, aż do chwili, gdy nadszedł czas totalnego testowania wytrzymałości nagłośnienia. Przez równą godzinę, właściwie bez przerw na oklaski, inwazja kakofonii, bardziej lub mniej inteligentnego hałasu, jazgotu, czegoś, co moi rodzice nazwaliby kocią muzyką, z rozkoszą wchłaniana była przez znakomitą część audytorium. Duże wrażenie robiła niesamowita dynamika artysty i jego niewątpliwa sceniczna charyzma. Muzyk miał też w zanadrzu zestaw min, gestów i zachowań, na najwyższym poziomie ekspresji, którymi hojnie dzielił się z widownią. W oszałamiającym tempie wił się przy aparaturze jak w transie, umiejętnie łącząc ze sobą różne gatunki muzyki, ujawniając przy tym bardzo rozległe pasje. Czego w tym miszmaszu nie było! Organowe wstawki, hardrockowe riffy, marsze wojskowe, break beats, hardcore, metal, techno i sam Komendarek wie co jeszcze . Lasery i maszyna dymowa czasami całkowicie oślepiały, co było zamierzonym i pewnie niezbędnym elementem tego show. Kilkanaście razy Władek robił użytek z mikrofonu i wokodera, artykułując jakieś istotne kwestie w sobie chyba tylko znanym narzeczu. W tle, na ekranie, przez oba godzinne sety można było oglądać fragmenty filmu Koyaanisqatsi, wybitnego dokumentu, ciekawie pokazującego ludzkie życie pozbawione równowagi. Te sceny, gdzie zarejestrowano wyburzanie osiedla pustostanów, z muzyką Komendarka nabrały ponownie szczególnego wyrazu. Gudonis ujawnił w trakcie koncertu swoją miłość do progresywnego rocka, ciekawie parafrazując fragmenty utworu „Na dworze Karmazynowego Króla” zespołu King Crimson. Imponujące jest też, jak duży i różnorodny zestaw sampli i brzmień miał zmagazynowany Dziadek Władek w swoich elektronicznych pudełkach. Materiału wystarczyłoby na kilka płytek. Energii na parę koncertów innych zespołów. Krótko po północy skończył się podobny w pomyśle, drugi godzinny set przedzielony krótką przerwą. Podczas gdy muzycy szykowali się do trzeciej sesji w stylu ambient: Szulen – Komendarek, opuściliśmy z przyjaciółmi muzyczny klub udając się w długą drogę do domu. Wracałem zadowolony z tego co widziałem i słyszałem. Mimo iż sam koncert zaczął się stanowczo za późno, co uniemożliwiło mi konsumpcję całego programu, choć nie pstryknąłem sobie wspólnego zdjęcia z artystą to i tak było wystarczająco dużo pozytywnych przeżyć i masa dobrej zabawy.
    Komendarek po raz kolejny udowodnił że ma wielką wyobraźnię i talent w generowaniu muzyki, doskonale się spełnia w trakcie występów na żywo, dając z siebie wszystko. Czegoż chcieć więcej?



sobota, 28 maja 2011

Tangerine Dream - Live At The Tempodrome Berlin 2006


   Kilka razy słyszałem opinię, że koncert Live At The Tempodrome Berlin 2006 jest chyba najciekawszą płytą DVD zespołu Edgara z ostatnich lat. Sprawdziłem to więc Faktycznie, to był starannie przygotowany show. Skalkulowany na pokazanie tego, co w ludzkim potencjale grupy jest wartościowego. I tak np. jeżeli grano dynamiczny motyw z Flashpoint to naturalną konsekwencją było na pierwszym planie kamery wyeksponowanie wdzięcznie poruszającej się za bębnami Iris, jeżeli muzyka miała wydźwięk sentymentalny to Jerome akurat żuł gumę. Trzy plany przejrzyście prezentowały muzyków: na samym dole i po bokach, najbliżej publiczności mieli swoje miejsce muzycy ekspresyjni: skrzypek, gitarzyści, czasami schodziła niżej Linda grając na saksofonie, wyżej w środku trzy stanowiska z klawiaturami, najwyżej zestawy perkusyjne i klawisze Lindy, nad nimi ekrany. W zależności od potrzeby, czasami na zestawach perkusyjnych grały naraz dwie osoby, jak i dwóch gitarzystów. Linda Spa prócz gry na flecie i klawiaturze dmuchała też w dużą egzotyczną tubę. Na trzech dużych ekranach przesuwały się obrazy pływających ryb, sterowców, potężnych kanionów, jadących drogą ciężarówek (często powtarzany złoty truck z napisem „40”) czy gwiazd rozsianych po niebie – odpowiednio do aktualnie granej muzyki. Dobrym pomysłem było zatrudnienie gitarzystów. Gerald Gradwohl i Bernhard Beibl dodają trochę życia i uczucia w niektórym momentach pokazu, czyniąc koncert bardziej rockowym. Dzięki temu całość, w końcu ponad dwie godziny muzyki, nie była tak nużąca. Od kilku dni dyskutujemy z żoną na temat urody obu dam z T.D. Mojej połowicy bardziej podoba się Linda. Faktycznie ma posągową urodę, niczym mitologiczna bogini. Ale Iris, gdy tak czarująco rozrabia przy swoim akcesorium, chyba mocniej przyciąga oczy moim zdaniem Jestem ciekaw czy Edgar brał ich wizualne wdzięki pod uwagę przyjmując dziewczyny do zespołu. Pewnie tak. Jeżeli nie, to przynajmniej później medialnie to wykorzystał Widać też, że obie panie podczas gry się spełniają i dobrze się czują w zespole. Zastanawiałem się czy to dobrze, że Froese nagrywa i wydaje takie a nie inne płyty, czy lepiej jakby zszedł z muzycznej sceny. Kiedyś uważałem, że powinien przestać. Teraz mam wątpliwości, a co by robił ze swoim życiem? Chyba lepiej niech jest jak jest. To prawda że to inna muzyka, inna jakość, inne czasy. Ale te same życie i trzeba przejść je do końca robiąc coś z sensem.


piątek, 27 maja 2011

Tangerine Dream - Live In America - 1992



   Koncert Tangerine Dream - Live In America – 92 przypadł na okres w historii T.D. za którym nie przepadam. Odchodzą poważni współtwórcy muzyki typu Paul Haslinger a przychodzą Jerome i Linda. Album Rockoon może i przebojowy wskazywał kierunek rozwoju przez niektórych jednak uważany za uwstecznienie. Obrazy jakie towarzyszą amerykańskiemu koncertowi są trochę dziwne, chaotyczne, dobrane według specyficznego klucza. Samo miejsce koncertu Seattle - Paramount Theatre jest filmowane dość skąpo i nie stanowi bazy dla oczu widza. Montaż jest dość szybki i żeby coś zapamiętać na dłużej, należy całość obejrzeć co najmniej dwa razy. Czterdzieści pięć minut filmu upływa błyskawicznie. Two Bunch Palms: Dynamiczna gitarowe solo Zlatko Perica na pierwszym planie, która ledwo się zacznie to i szybko się kończy. Dolls In The Shadow: Podróż rowerami przez bezdroża. Treasure Of Innocence:Zdjęcia przedstawiające ulice (chyba amerykańskie?) z początków 20 wieku, tramwaje, śmieszne stare samochody, ludzka bieda. Oriental Haze: Koncertowe ujęcia Jerome’a i Zlatko, wstawki na saksofonie  pełnej na twarzy Lindy, ma włosy fajnie nakręcone „na frytkę”, szybko mijające pojazdy na ulicach i mostach. Graffiti Street: Wschód słońca nad górami i jego wędrówka na ekranie nad muzykami, Zlatko wycina ostre solówki. Backstreet Hero: Noc na ekranie, a potem kalejdoskop kolorów, dialogi duetu gitarowego Zlatka i Jerome’a. Phaedra: Tylko niecałe cztery minuty. Ekran to znów kalejdoskopowe efekty, nie widać wcale muzyków. Love On A Real Train: Krótka i miła melodia.Ujęcia ładnej i smutnej kobiety która to podnosi i opuszcza twarz, chyba z przed wielu lat, ludzie tańczą. Szampan się chłodzi a pociąg dojeżdża na stację. Hamlet: Ustawianie sprzętu przed koncertem, Edgar wycina pompatyczne sola gitarowe, balony mkną do publiczności, dymy, euforia i wstawki Edgara jak był dużo młodszy. Purple Haze: Dynamiczna gra Zlatko na gitarze, Jerome na perkusji w stylu starych kapel rockowych, owacje. Logos: Napisy końcowe, zdjęcia z podroży po Ameryce gdzie Edgar filmuje ptaki i pustynie, wypakowanie sprzętu z samochodów, stare ujęcia Chrisa Franke, próby przy sprzęcie, Franke, Edgar, młody Jerome, Baumann na plaży, Edgar spaceruje z małoletnim synkiem i znów jadą przez pustkowia. Piękna twarz Lindy. Film jest dość smutny.
     Mimo iż muzyka dynamiczna, czuć żal i melancholię, być może za starymi, dobrymi czasami?

Artemiy Artemiev & Phillip B. Klingler - A Moment of Infinity



  Pierwszej, dość przystępnej płyty Artemiya Artemieva "The Warning", słuchało się lekko i przyjemnie. Nie zapowiadała ona kierunku w jakim poszedł ten niespokojny rosyjski kompozytor. Szybko okazało się że ciepłe i przyjazne dla niewyrobionego słuchacza dźwięki, przestały dawać mu twórczą satysfakcję. Od pewnego czasu Artemiy konsekwentnie nagrywa ambitną muzykę i przyjaźni się z podobnymi mu poszukiwaczami nieszablonowych brzmień. Owocem jednej z takich sesji jest wydawnictwo A Moment of Infinity. W studio wspiera go PBK czyli  Phillip B. Klingler, płodny awangardowy muzyk współpracujący między innymi z Vidna Obmana. Efekty pracy Artemieva i PKB z 2001 roku są swojego rodzaju wyzwaniem dla przypadkowych odbiorców. Pięć utworów wypełniających kompaktowy krążek to w większości chłodna i ponura muzyka. Bez komercyjnego rytmu, melodii, sekwencji i piosenek.  Broken Sleep in the Fracture Zone brzmi jak próba wybudzenia ze snu okropnej, kosmicznej bestii. Powtarzalne motywy wprowadzają trochę neurotyczny klimat, fundamentem są tu groza i niepewność. Trochę przypomina mi to muzykę Harolda Budda, jednak A Moment of Infinity  to bardziej przygnębiający materiał. Gdzieś z tyłu gra saksofon, a poprzez mlaskania, słychać drewniany instrument rodem z indiańskich, plemiennych obrzędów.  The Other Side of the Inner World zaczyna się równie tajemniczo. Mam wrażenie jakbym siedział wieczorem samotnie na ganku dużego drewnianego domu, a wiatr na pustym placu poruszał zabawki. W dalszej części utworu, pośród kolaży dziwnych dźwięków, słychać krótkie deklamacje po angielsku. Chyba jest to próba przedstawienia tego, co może dziać się w głębi ludzkiego umysłu. Oczywiście, taka muzyka, sugerować może wiele różnych skojarzeń, jej wieloznaczność uniemożliwia pewność definicji. Ta recenzja to tylko opis ulotnego wrażenia. Endless Voyage jest miłym, pięciominutowym przerywnikiem, gdzie bazą jest jednorodna ale sympatyczna i długo brzmiąca fraza. Najbardziej jasny w intencji fragment całości. In a Moment of Infinity. Autorzy ponownie wracają do mrocznych klimatów, niemniej w muzyce dużo więcej się teraz dzieje. Te zagęszczenie motywów dobrze wpływa na zwartość utworu. Nagranie śmiało mogłoby być tłem dla filmów typu Silent Hill. Zawiera kompletny zestaw akcesorium efektów podobnych do potrząsania łańcuchem, bełkotu potępieńców, wycia, grzechotania i przelewania się osobliwych struktur.    Podobna w formie jest też ostatnia kompozycja: A Rite of Passage pełna dziwacznych wydarzeń, dodatków z piekła rodem, szokujących eksperymentów i  nietypowych brzmień. Osobom bardzo wrażliwym odradzam słuchania nagrania w samotności. Prasa fachowa bardzo dobrze wypowiada się o powyższych dokonaniach, o umiejętnym tworzeniu nowych światów, sugestywnym manipulowaniu dźwiękiem.
    Jest to materiał dla obytego w gatunku audytorium, oswojonego zarówno z dark ambientem jak i muzyką elektroakustyczną.







czwartek, 26 maja 2011

Tangerine Dream - Ultimate Early Visions (1969-1982)



    Zawartość DVD - 65 minut, to materiały prawie w całości pochodzące z niemieckiej telewizji. Przez większość filmu widać w lewym górnym rogu ekranu znaczek WDR oraz napis na dole ekranu: Die Deutsch rock nacht. Chronologicznie oglądam najstarszą z taśm: Baht tube session 1969 Widzę hasło „Przez ciernie do gwiazd” wyryte na betonowym łuku, kamera wprowadza widza na plac, gdzie w centralnym miejscu stoi jakiś pomnik, postument. Muzycy, w tym grający na gitarze Edgar Froese, produkują dość luźne improwizacje i płodzą mało kontrolowane solówki. Grupa młodych ludzi słucha tego, tańczy, pali papierosy, pije piwo, ktoś inny buja się na starym fotelu… Atmosfera totalnego luzu. Ciekawie ubierała i zachowywała się ówczesna młodzież. Jeżeli to były Niemki - to też wyjątkowej urody nikomu nie ubliżając. Zaskakuje bardzo dobra jakość obrazu jak na 1969 rok. Następne ujęcie - zespół rozłożony z muzycznym sprzętem na wzgórzu w wysokiej trawie, w dole przejeżdżają samochody, na dalszym planie ładny widok na jezioro. W tle muzyka rockowa. Kolejno pojawia się obraz gorszej jakości, hasło Ricochet I 1971 (chyba pomyłkowo ta data) gdzie z cicha gra gitara, organy, improwizacje nabierają tempa … Całość w klimacie "Journey Through a Burning Brain”. Później oglądam obszerne fragmenty Live At Coventry Cathedral 1975 - materiał znany z płyty Ricochet, film w bardzo dobrej technicznej kondycji, w reżyserii Tony Palmera. Przyjemnie popatrzeć na muzyków i ich stary sprzęt, mimo prób urozmaicenia koncertu jakimiś motywami  z katedry. Palmer nie zdołał wszystkiego zasłonić. Krótka scenka: Muzycy pojawiają się w strojach średniowiecznych dworzan i ozdobnych perukach. Grają faktycznie trochę barokowo. Po trzech minutach ubrani już w tradycyjne stroje, improwizują bardziej energicznie, otoczeni szafami analogowych syntezatorów. Na planie panuje mrok, skąpe światła lampek pokazują głównie twarze muzyków, w tym długowłosego Baumanna. Muzyka trochę kojarzy mi się z filmem "Cena Strachu". W międzyczasie kamera otacza nocą jakiś zaniedbany dom.. napięcie wzrasta. Ciekawe. Barock 3 1976 Materiał nagrany w studio profesjonalną kamerą telewizyjną, której cień widać na sprzęcie, nasi ulubieńcy w pełnym wyposażeniu pogrywają sekwencje podobne do Rykoszetu, ale ja (nie jestem fanem drzewek), nie kojarzę tej muzyki z żadną oficjalną płytą. Zresztą to nie koncert. Edgar pogrywa też na gitarze. Ponownie znakomita jakość obrazu. Film kończy trzy i pół minutowy „Madchen auf der treppe” z 1982. Muzyce towarzyszy pokaz kreacji stroi barokowo-futurystyczno-kosmicznych, baśniowo teatralnych, których raczej nikt nie założy na ulicy.
   Podsumowując: wyjątkowo ciekawe DVD, szkoda że tylko godzina, ale warto skonsumować materiały zawarte na tej płycie. Czysta przyjemność dla oczu i uszu. Polecam!!



Tangerine Dream - Zeitgeist Live in Lisbon 2010



    Sączący się dym i duże oko na wstępie tego DVD zapowiadają niespodzianki. I tak jest rzeczywiście. Cello opening Cztery osoby (być może członkowie zespołu) w maskach, markują lub faktycznie grają na wiolonczeli. Rzucają wokół kilka bezdusznych, dziwnych spojrzeń - w dekoracjach nie widać oczu.. Nie podobają mi się te karnawałowo - średniowieczne zakrycia twarzy, bo kojarzą z ukrytymi zamysłami. Na scenę wchodzi dama w pięknej białej sukni i zasiada przy fortepianie. To oczywiście Linda Spa, urocza kobieta, o dojrzałej, posągowej urodzie. Dobrą chwilę zastanawia się, jakie wydobyć dźwięki, aby pasowały do tła. Wreszcie, gdy jej ręce delikatnie dotykają klawiatury, wiolonczeliści przestają grać i z uznaniem przysłuchują się melodii.  Broken Feather Linda, niczym czarodziejka z ekspresją wydobywa smutne barwy dając się unieść coraz to bardziej szlachetnej formie utworu. Podchodzi ubrany na czarno mężczyzna, z twarzą przysłoniętą kapeluszem i przez chwilę niczym surowy sędzia słucha kompozycji. Nagle, poirytowany, uderza dwukrotnie czymś w rodzaju pejcza w fortepian ucinając swobodny ton gry. Teraz pejcz przelatuje blisko twarzy Lindy, która wie ze to już koniec tego aktu. Oklaski. Surowy mistrz – Edgar Froese zasiada przed muzycznym sprzętem. Zaczyna się właściwy koncert. Utwór Rubycon 2000, gdzie znana sekwencja jest motywem przewodnim, choć nie taki głęboki i tajemniczy jak oryginał sprzed lat - zabrzmiał dobrze. I wiem, dlaczego – nie było tam tego nowoczesnego rytmu, jaki psuje większość takich reminiscencji. Gorzej z Phaedra 2005, ta wersja jest zagrana trochę za szybko, w wyniku czego ulatuje pewien czar właściwy starej kompozycji. Zresztą, nawet ciężko mi było rozpoznać moją ulubiona starą płytę w tej opcji. Za dużo dodatków. Podobnie ze Stratosfear ‘95, to nie jest wersja dla mnie. Dalej zespół gra Kiev Mission 2009, ale bez wyraźnych, głośnych deklamacji po rosyjsku, to nie jest to samo. Song of The Whale 2010 mimo perkusji zabrzmiał dość spokojnie. No Mans Land 2008, tak krótki że prawie go nie było, bardzo szybko wchodzi Poland 2009, łatwy do rozpoznania, pewnie dlatego, że to już nowsza kompozycja, w której nie ma co zmieniać. Dodany saksofon, na którym gra Linda, ani nie przeszkadza, ani nie pomaga. Dream puzzle z motywem z Tangramu, - totalna porażka, niepotrzebnie zrobiony w nowej perkusyjnej aranżacji. Rockowo, z gitarowymi solówkami całkiem gubi pierwotny sens. To pierwszych 10 kompozycji. A jest ich aż 33!. Z późniejszych polecam Exit 2009. Większość utworów, całe szczęście nie wszystkie, jest rytmiczna, przebojowa i łatwa w odbiorze. Za łatwa. Sporo znanych motywów potraktowano niemiłosiernie - jako materiał do obróbki na małe hity. Całość trwa prawie 3 i pół godziny. To naprawdę duża dawka muzyki. Podczas oglądania i słuchania naszła mnie taka refleksja: Ostatnio zespół Tangerine Dream lepiej mi się ogląda niż słucha. Widowisko bowiem przygotowane jest nienagannie. Muzycy profesjonalni o niepodważalnych kwalifikacjach, światła dopasowane perfekcyjnie, niebanalne instrumenty – na tym koncercie np. gitara w kształcie wykręconej rury do otulin i skrzypce zrobione chyba z przeźroczystego plastiku. W przerywnikach pokazywane dopasowane filmy sugerujące tytuł scieżki lub zawartość. Grające panie są pełne powabu i wdzięku, któremu nie sposób się oprzeć. Ale muzyka zbyt często brzmi bardziej jak covery niż autorskie wykonania. Może jednak się czepiam i nie doceniam wysiłków ekipy? Zastanawia mnie też duża ilość kobiecej nagości i lesbijskich sugestii na okładce koncertu. Czemu to ma służyć?
    Dziwne są scieżki Edgara Froese.


środa, 25 maja 2011

Peter Baumann - Romance 76


    Pamiętam tę płytę z czasów gdy stereofoniczne audycje w Polskim Radio należały do rzadkości. A trudno dostępne, te najlepsze nagrania z muzyką elektroniczną jak meteoryty odtwarzane były nie częściej niż raz w roku. Peter Baumann z płytą Romance ’76 zawsze zajmował jedno ze szczytowych miejsc w moich prywatnych rankingach. Poniżej napiszę dlaczego. Ten utalentowany artysta zaimponował Edgarowi Froese wyczarowywaniem dziwnych dźwięków z organ i umiejętnością tworzenia najróżniejszych efektów. Szybko okazało się że jego pomysły na programowanie sekwencerów, konstrukcje rytmiczne, melodie, akordy i brzmienia dostarczyły grupie wielu inspiracji. Być może więc później dusił się w zespole i pragnął spróbować sił na nowo zakupionym sprzęcie. Kiedy był jeszcze w zespole ukazał się jego debiutancki album Romance 76. Bicentennial Present Ta dość krótka kompozycja rozpoczynająca płytkę szybko rozgrzewa emocje. Dzieje się tak za sprawą pomysłu na specyficzne użycie instrumentów. Tylko kilka partytur: dwie ubogie, ascetyczne wręcz sekwencje rytmiczne, solo o wysokiej amplitudzie, błyskawicznie osiągające najwyższe poziomy oddziaływania i minimalna ilość dodatków. Smutna melodia o bardzo podniosłym, katedralnym charakterze w pewnym momencie tworzy klimat niecodziennej muzycznej uroczystości. Jednak wmontowany w utwór przelotny śmiech wskazuje na poczucie humoru autora - a może przypomina słuchaczowi że jest to tylko muzyka a nie celebrowana średniowieczna msza :). Słychać repryzę tematu zdublowaną pięknym stereofonicznym pogłosem, wyśrubowaną jakby świat miał się za chwilę skończyć. Sekwencje na chwilę przyspieszyły gwałtownie, aby wraz motywem przewodnim po wygraniu pesymistycznej melodii ustąpić miejsca kolejnej kompozycji. Utwór Romance jak sam tytuł sugeruje, rozpoczyna się dość pogodnie. Prosta melodia na ciekawym sekwencyjnym podkładzie, toczy dialog z drugą muzyczką niczym dwie przyjaciółki przy porannej kawie. Trochę wolniej niż w poprzedniej kompozycji słuchacz zagłębia się w niuanse. Pojawiają się elementy dekoracyjne znane z ówczesnych nagrań Tangerine Dream (teraz już wiadomo kto je tam grał). Ten pozytywny dialog trwa sześć minut podczas których ozdobniki mają coraz większy udział. W końcu bez większych fajerwerków kompozycja cichnie. Jest ona z pewnością zamierzonym relaksem przed najbardziej spektakularną na tej płycie fazą po fazie. Phase By Phase Bardzo subtelny początek najbardziej efektownego dzieła Baumanna. Słyszymy podobne dźwięki jak w Bicentennial, a napięcie - dzięki pracy gongu - podbite zostaje na maksymalny poziom ekspresji. Wyrafinowane solo wspomagane echem znów unosi się wysoko, u niejednego słuchacza testując wytrzymałość dentystycznych wypełnień ;). Autor na chwilę lituje się, kompozycja nabiera charakteru ubocznej improwizacji. Nie na długo. Trzy ostanie minuty to w najwyższym stopniu niesamowite pozytywne muzyczne szaleństwo, jakie dostarczył Baumann światu. Wszystko wraca w maksymalnym nasileniu. Monumentalne, sterylne solo unosi się wysoko, dzwony zaznaczają przełamania, a sequencery mocno się spieszą. Gdzieś w tle słychać kwilenie mew. Apogeum utworu jest jak krzyk rozpaczy. Wypełnia się wirtuozowska kadencja. Niesamowite, ile ekspresji można było kiedyś wyciągać z elektronicznych maszyn! Baumann pokazał tym utworem że w 1976 roku sam potrafił zagrać równie dobrze jak cały zespół Tangerine Dream.
   Meadow Of Infinity Part One, The Glass Bridge, Meadow Of Infinity Part Two Kolejne trzy utwory trwają łącznie trochę ponad czternaście minut. Połączone w całość tworzą ciekawą suitę: nowatorski, neoklasyczny epicki eksperyment. Działają mocniej na refleksję niż emocje. W pierwszej części Łąki bezkresu part I do barw wiolonczeli dołączają się kobiece i męskie głosy z Monachijskiej Filharmonii. Polemizują one z instrumentami perkusyjnymi niczym w jakimś starożytnym szamańskim rytuale. Napięcie jest tak odczuwalne że słychać nawet szuranie muzyków na krzesłach. Wiolonczela po chwili gra w rytm bębnów, a w tle słychać dodatki podobne do tych z koncertowych płytek Mandarynek. Spiętrzają się one w kakofonii gdzie ich nierówną walkę kończy gong, który jednocześnie otwiera szklany most niczym kolejną rundę zapasów. Część druga - Glass Bridge jest jakaś niespokojna. Przestrzeń penetrują nerwowo prowadzone różnorakie instrumenty, aż pęka to całe mnóstwo w mocnym akcencie uderzenia w klawiatury. Fantastycznie rozszerza się baza stereo. Znów słyszymy badania przestrzeni różnymi akcesoriami poprzez pojedyncze wybrzmienia, aż zostają głównie perkusja i elektroniczne, kosmiczne akcenty. W całkowitej ciszy słychać teraz tylko dwie ścieżki: głęboki bas i solo. Gdy „za plecami” odzywa się nieśmiało chórek, ciarki mogą przebiec po plecach. Z syntezatora wydobywają się różne efekty które w konsekwencji trafiają do… studni.  I tak zaczyna się trzecia część suity: Łąki bezkresu part II. Tych  pomysłów nie powstydziłby się nawet E. Froese w utworze "Epsilon". Melodia i tło wchodzą nieśmiało jak przy oddychaniu, gdy przeziębieni czujemy ból w płucach. Głośne syntezatory pływają po kanałach, tak sugestywnie że głowa mimowolnie próbuje skręcać na boki. Tęskny temat przewodni coraz śmielej sobie poczyna a za chwilę rozkręcającą się loopy. Są wraz z melodyjnym motywem coraz mocniej akcentowane i bardziej natarczywe. Znów wszystko gra w rejestrach osiąganych dla wysokoobrotowych urządzeń dentystycznych :). Potem melodia, jak żałobna rapsodia dopełnia dzieła - prawdziwa coda. Wszystko ulega wyciszeniu i przez kilka sekund słychać tylko cichnącą maszynę perkusyjną. Po przesłuchaniu całej zawartości łatwiej zrozumieć późniejsze egzystencjalne zapędy Baumanna w jego instytucie. Niezwykle ujmująca muzyka. Jedyna tak ambitna płyta tego kompozytora. Połączenie charakterystycznego brzmienia syntezatorów analogowych, technik pogłosowych, modulacji i duża przejrzystość plus atonalne eksperymenty z orkiestrą, pozostawiają niezapomniane wrażenia. Aby wychwycić wszelkie niuanse dobrze jest słuchać tego zapisu na słuchawkach. Paradoksalnie do swojej wysokiej wartości i jakości, ta płyta od dawna nie jest wznawiana na CD i bardzo trudno dostępna na kompaktowym nośniku.
    Peter Baumann po braku komercyjnego sukcesu innej ciekawej płyty Blue Room, wycofał się z życia muzycznego.






wtorek, 24 maja 2011

Mark Dwane - The Monuments of Mars



    Mark Dwane to postać mało u nas znana a przecież warta bliższego poznania. Nie ukrywa młodzieńczej fascynacji muzyką z filmu ”Forbidden Planet” (już go lubię), gitarzystami rangi R.Frippa i S.Hacketta, awangardą, wreszcie słucha znanych elektroników jak Tangerine Dream. Zakłada zespół ORB, wydaje z nim dwie niedostępne dziś płyty, bierze udział w koncercie z zespołem Gong. W 1981 roku postanawia rozpocząć karierę solową i nagrywa debiutancką kasetę (też nie ma już jej na rynku). Pięć lat później zafascynował się polifonicznym systemem MIDI gdzie instrumentem sterującym całością jest gitara. I to jest trzon jego sposobu nagrywania na płycie „Monuments of Mars” wydanej w 1988r. Inspiracją do tego debiutanckiego solowego albumu była książka Richarda Hoaglanda - autora śmiałych hipotez o istnieniu życia na Marsie. Być może wizje autora licznych teorii spiskowych były tak przemożne że prostu należało koniecznie wyrazić je w fonograficznej formie? Jakby nie było, rozważania te zaowocowały bardzo przyswajalną muzyką w formie koncept albumu. Zawartość krążka to dziewięć dość krótkich kompozycji przedstawiających spójną historię. Chociaż nagrań tych nie zaliczymy do awangardy (nie ma zresztą takiej potrzeby) jest w nich jakaś tajemniczość i klimat marsjańskiej przygody. Swoją formą przypominają mi trochę muzykę filmową Larry Fasta. Po spokojnym wstępie Eternity, moją uwagę zwraca druga ścieżka - Pyramids of Mars. To siedem minut dynamicznej i zagranej ze swadą elektroniki, gdzie bogato zaaranżowanej strukturze towarzyszą bębny. Pełna napięcia, idealnie nadaje się jako tło sensacyjnych wydarzeń. Opisowość jest właściwie cechą charakterystyczną całej tej kosmicznej muzyki. Między takimi energetycznymi utworami mamy krótsze, czasami niepokojące formy (Metamorphosis). Użytkowość tych ścieżek nie wyklucza oczywiście głębszych doznań, wręcz przeciwnie, o wysokich umiejętnościach muzyka świadczy zdolność tworzenia sugestywnej aury (Solstice Ritual). Nawet gdy utwór trwa tylko 3 minuty, ma w sobie te „coś” nadające mu pozytywną wartość. Water Age - może się kojarzyć z niektórymi „ciepłymi” nagraniami zespołu Edgara Froese z lat osiemdziesiątych. Niczym nie zmącony, pogodny nastrój relaksuje. Z zamyślenia budzi nas repryza Piramid Marsa w króciutkiej reminiscencji. The Martian Sphinx - jest oparty na podobnym pomyśle co Piramidy, aczkolwiek jest tu więcej refleksji a bębnom towarzyszą gongi. Another Eternity spina króciutką klamrą całość. Mimo pewnych powtórzeń, ten produkt robi bardzo dobre wrażenie. Może to wynikać z nietypowej techniki zapisu, a może z inwencji autora?
    Polecam osobom szukającym nowych doznań w swojej ulubionej El-muzyce.





David Wright - Beetwen Realites


    David Wright to profesjonalny muzyk i kompozytor od wielu lat nagrywający ciekawe płyty. Jak sam deklaruje, nienawidzi biurokracji i ludzi bez poczucia humoru. Jest życzliwym, otwartym na świat człowiekiem. Te pozytywne nastawienie słychać też czasami w jego muzyce. Mi najbardziej przypadła do gustu płyta  "Beetwen Realites". Easter Innersense Dość długa, blisko piętnastominutowa kompozycja. Zaczyna się łagodnie a jej główną atrakcją  jest spokojna melodia, trochę stylizowana na orient. W tle subtelny rytm, jakby wystukiwany pałeczkami, co jakiś czas zanika i powraca. Sample odzywających się ptaków i innych stworów tworzą klimat bliski muzyce New Age, New Emotion.  Sporadycznie syntezator wydaje z siebie tęskny zew.  Do uszu docierają regularne przypływy i odpływy bezmiaru wód. Język recenzji nie potrafi jednak wystarczająco oddać klimatu utworu. A jest on romantyczny, poetycki a nawet lekko patetyczny. Jak wiosną, gdy świat budzi się do życia. Beetwen Realites Poważniejsza i zdecydowanie smutniejsza ścieżka być może opisywać ma krótkie ludzkie życie, pełne niepokoju i boleści. Nie ma tu już słodkiej melodii, emocje są głębsze, całość zdecydowanie bardziej melancholijna. Słychać stuki, szelesty, niektóre dźwięki ciągną się jak molo daleko wychodzące w jezioro. Te stojące akordy, długie wybrzmienia i powtórzenia czynią otaczającą rzeczywistość trochę nierealną. Czy o to chodziło artyście? Jeśli tak, to iluzja poruszania się pomiędzy rzeczywistościami należy do udanych. Strange Liaisons Tu króluje Tajemnica i Mrok. Takie odczucia przychodzą mi na myśl w pierwszej kolejności.  W serii akustycznych wydarzeń nie ma specjalnej regularności, za to słuchającego wypełnia co raz to większa nostalgia. David okazuje się mistrzem w kreowaniu nastrojów pełnych zadumy. Wyraźnie słyszane detale, niczym kamienie rzucane w otchłań, umiejętnie potęgują te wrażenie. Dziwny jest świat opisywany przez Wrighta. Over the Edge Pięć minut muzyki która z początku jest mocno chaotyczna, później nabiera cech uporządkowanej struktury. Lekko improwizowana, z dominującym fortepianem, wyraźnie odbiega od reszty muzyki z tej płyty. Taiga To moja ulubiona kompozycja. Spośród odgłosów ptaków, wyłania się na chwilę piękny motyw. Melodia spolegliwa jak dobry przyjaciel. Za chwilę jednak cichnie aby ponownie odrodzić się w towarzystwie zalążka rytmu. Podlega różnym przeobrażeniom. Jest oczywiście smutna, jak większość wartościowej muzyki. Trochę pompatyczna, dobrze nadaje się do ilustracji filmu,  niekoniecznie o tajdze. Tak delikatnie jak się zaczęła tak również się kończy - odgłosami podobnymi do tych wydawanych przez świerszcze. Ilusions Dostojne i ciepło brzmią tu syntezatory niczym pocałunek ukochanej osoby, gdy jej oczy wypełniają wszechświat. Słychać szum płynącej niedaleko wody, być może strumyka. Ponownie, jak na początku płyty, brzmi tajemniczy zew. Czy to wzywa nowa przygoda? Nie wiem. Ale jestem pewien że taka przyjazna człowiekowi muzyka, może dać tylko pozytywne wrażenia.

    Rozmarzona podróż po świecie muzycznej wyobraźni Davida Wrighta na tej długiej suicie się kończy. Jest wyzwaniem dla percepcji słuchacza, próbą uruchomienia tej szczególnej wrażliwości niezbędnej do odbioru dość subtelnych bodźców. Zdecydowanie dla romantyków.



 

niedziela, 22 maja 2011

Steve Roach - Empetus (2-CD Collector's Edition)



     Steve Roach znany jest wśród fanów jako płodny twórca grający ambient. Ale w połowie lat 80.  nagrywał muzykę dynamiczną i pełną wigoru. Dobrym tego przykładem jest zawartość albumu Empetus. Nazwa będąca modyfikacją oryginalnego słowa  Impetus – impuls,  nawiązywała do rozważań na temat ruchu, energii i dynamicznego jej przepływu. Udostępniona na niej muzyka była odzwierciedleniem nowego podejścia do materiału, odbiciem marzeń kompozytorów i producentów sprzętu działających w Los Angeles w tamtej dekadzie. Roach, po kilku tradycyjnych wznowieniach, zdecydował się w 2008r.na wydanie kolekcjonerskiej edycji z bonusową drugą płytą. Na pierwszym krążku można posłuchać dziewięciu utworów: Arrival czyli hipnotyczne sekwencje którym towarzyszą wybuchy, odgłosy poślizgów. Można odnieść wrażenie, że to szalona jazda nad krawędzią przepaści. Wszystkie dźwięki gonią gdzieś przed siebie w bezładnym popłochu, aby niespodziewanie wygasnąć. W Seeking generowany jest trochę inny, spokojniejszy rząd dźwięków, pozostałe linie melodyczne są wyraźniejsze. Poszczególne przebiegi ładnie krążą w muzycznej przestrzeni, a główny motyw (co rusz zagłuszany przez towarzyszące frazy) zdaje się wyrażać głęboką melancholię.  Jakby zmagania refleksji z żywiołem życia. Conquest - dynamiczna pętla efektów perkusyjnych z nerwową serią powtarzalnych brzmień. I tu słychać zalążek melodii która próbuje przebić się przez agresywny podkład. W czwartej minucie wchodzi wokal Weslie Brown, dodając trochę ciepła i ludzkiego wymiaru dominującym kaskadom zimnych uderzeń syntezatorów. Mimo wszystko, przygnębiające wrażenie ciąży do końca kompozycji. Empowement to muzyka falująca w dół i do góry. Sekwencja tła, rozpędzona jak policyjny samochód w akcji, dodaje muzyce dramatyzmu. Roach, niczym wprawny dentysta dokonujący ekstrakcji, manipuluje emocjami słuchacza w skali o dużej rozpiętości. Mam wrażenie jakbym podróżował rollercoasterem w wesołym miasteczku. Uff… Ale jestem już bezpiecznie na ziemi. Twilight Heat  - trochę spokojniejsza ścieżka, gdzie sekwencja, szarpana i krótka, współgra z pasażami ciepłych dźwiękowych fal. Ale utwór trwający tylko trzy minuty, jest właściwie przygotowaniem pod kolejną, bardzo uroczą ścieżkę. Merge – najbardziej wpadająca w ucho kompozycja, komercyjna w dobrym tego słowa znaczeniu. Rozbujana, dźwięczna, z samplami ptaków i ponownie śpiewem Weslie Brown. Wyraźna optymistyczna melodia opleciona dzwonkami, urywa się dość gwałtownie, jakby autor nie chciał zbyt długo utrzymywać słuchaczy w pozytywnym nastroju. Urge - ponownie sekwencja składająca się delikatnych dźwięków, przypominających dzwoneczki, masakrowana ciężką, toporną perkusją. Utwór jest dziwnie zmiksowany, przez co powstaje wrażenie jakby taśma matka wyciągnięta została z spod kół ciężkiego walca drogowego, a Steve uparł się ocalić co się da z materiału. Distance in Near – galop różnych struktur, okraszone perkusją w szybkim tempie wybuchają one i gasną. Jak na niespełna trzy minuty sporo tu dodatków, ale pomysł na utwór gdy ledwo zdążył zaistnieć - szybko kończy żywot. The Memory – refleksyjny, bez męczących, spektakularnych fajerwerków i zaskakujących zwrotów. Jest dobrym podsumowaniem całego materiału. Bonusowy materiał zawarty na drugim CD zawiera dwie kompozycje: obszerną, ponad czterdziestu minutową analogową Harmonia Mundi gdzie Roacha wspiera Thomas Ronkin i blisko półgodzinny Release. Przyznam że Harmonia jest w takiej dawce raczej niestrawna, po około 20 minutach śmiało można byłoby ją zakończyć.  Słuchanie jednej sekwencji podlegającej licznym ale minimalnym w charakterze zmianom, jest jak zmuszanie kogoś do jedzenia na raz całego tortu. Za to Release, w którym słychać wyraźne inspiracje muzyką Klausa Schulze z lat 70. jest bardziej różnorodny i wielowątkowy. Znalazło się tu miejsce na budowanie nastroju, zmianę tempa, solo i wprowadzanie rożnych elementów dodatkowych. Mimo dużego nasilenia dźwięków, nie gryzą się one wzajemnie. Materiał jest podobny do pierwszej płyty, autor daje się nacieszyć niektórymi pomysłami dłużej niż pięć minut.
    Bardzo dobrze że ukazało się to wydawnictwo, niektórzy miłośnicy muzyki elektronicznej mają okazję poznać bardziej dynamiczną stronę osobowości Roacha, jego fascynację niemiecką elektroniką sekwencyjną.




czwartek, 19 maja 2011

Gandalf - Symphonic Landscapes


    Tego kompozytora darzę wielką estymą. Przez trzydzieści lat wydaje jedna po drugiej płyty z piękną, sugestywną muzyką. Jest ona pełna ciepła, wewnętrznej siły a przede wszystkim naturalnie optymistyczna. To najczęściej zgrabne melodie, przemyślnie ułożone w zwartą, dopasowaną całość. W ten nurt znakomicie wpisuje się album Symphonic Landscapes z 1990r. Gandalf skomponował muzykę, której przeznaczeniem było wykonanie orkiestrowe. I udało się mu to znakomicie. Towarzyszący Stroblowi muzycy z.Vereinigte Bühnen Wien pod przewodnictwem Caspara Richtera dobrze oddali ducha kompozycji. Heinz gra na gitarach elektrycznych, klasycznych oraz syntezatorach.Tradycyjne instrumenty skutecznie dodają mocy i pompy poszczególnym ścieżkom. Utwory mają swoją dramaturgię, głębię, czasami są pełne tajemnic i wieloznaczności. Wspaniałe słucha się momentów, gdy kolejny motyw zwieńcza ekspresyjne solo gitarowe. Gandalf jest perfekcyjnym, intuicyjnym gitarzystą, który gra z wielką pasją, swobodą i wdziękiem. Ale jest też niezrównanym kolorystą. Opowiada muzyczne historie, w których zawsze zwycięża dobro. Mimo przewijającej się pewnej dawki melancholii, smutnych akcentów i tak wiadomo, że koniec utworu będzie krzepiący. Muzyka ta pozwala swobodnie puszczać wodze wyobraźni działając na różne emocje. Jest katalizatorem głębszych wzruszeń, potrafi dotrzeć do wnętrza człowieka, a to mi się wydaje, już nie każdy produkt potrafi ;). Idealnie nadaje się, jako ilustracja do wybitnego filmu. W moim przypadku ułatwiła i przygotowała do odsłuchu poważniejszych symfonicznych dzieł.
     Artysta szufladkowany czasami jako muzyk New Age, na Symphonic Landscapes skutecznie wyłamuje się z konwencji. Kontakt z tą wspaniałą muzyką jeżeli nie zmieni Twojego życia, to na pewno je znacznie umili.




wtorek, 17 maja 2011

Jan A.P. Kaczmarek - Czekając na kometę Halleya




     Jan A.P. Kaczmarek komponuje obecnie soundtracki do znanych amerykańskich filmów. W 2005r dostał Oscara za skomponowanie ścieżki dźwiękowej do „Marzyciela" Marca Forstera. Mi jednak zapisał się w pamięci, jako twórca bardzo oryginalnej płyty „Czekając na kometę Halleya”. Dzieło to stworzone w połowie lat 80. zostało właśnie po raz kolejny wznowione, tym razem przez label Yesterday Records na CD. I bardzo dobrze. Bo takiej muzyki już właściwie nikt nie nagrywa. Niekomercyjna, czasami trudna w odbiorze, ale jakże pociągająca!  W towarzystwie dwóch gitarzystów: Grzegorza Banaszaka i Macieja Talagi, przy wsparciu wokalnym Ewy Iżykowskiej tworzy Orkiestrę 8 Dnia. Z oryginalnego instrumentu strunowego fidoli Fishera, fletów, syntezatorów Yamahy i Rolanda wydobywa masę intrygujących barw. Już w pierwszym, tytułowym utworze Czekając na kometę Halleya, na tle aksamitnych, długo brzmiących fraz, słychać szeroko rozciągnięty rytm – odmierzający sekundy niczym kroki przybywającego przeznaczenia. Co jakiś czas docierają głosy z vocodera, lub po prostu sample dźwięków pochodzących z ludzkiej krtani. Czynią one słyszany muzyczny przekaz formą mocno futurystyczną. Niesamowity jest ten klimat przypominający mi stare nagrania Władka Komendarka.  Z kolei utwór Warkocz to dialog szarpanych strun, nastrój jakby z sennego koszmaru i dopasowane wokalizy Ewy - która śpiewa bardzo wysoko i śmieje się trochę złowieszczo. Spadanie – pośród brzmień wybitnie ponurych gra również ciepło gitara. Ponieważ cisza jest istotnym elementem tych nagrań, każdy dźwięk z niej wychodzący jest wyraźnie słyszany i wchłaniany. Idealna proporcja w dawkowaniu poszczególnych melodii świadczy dużej wrażliwości artystów. Brzeg - ponownie ładnie gra gitara, Iżykowska dalej eksploatuje górne rejestry swojego sopranu, a męski głos z powagą deklamuje jakby zaklęcia - jakieś niezrozumiałe teksty. Polonez, siedemnastu minutowa całość to barwy fletu i mroczna gra syntezatorów. Wtóruje im oczywiście Ewa, uczłowieczając przekaz.  Po pięciu minutach następuje gwałtowne przełamanie, przykra dla uszu kakofonia niczym cięcie nożem i wchodzi na scenę upiorny polonez. Niczym nieodwracalny wyrok wypełnia z jakimś fatalizmem i determinacją kolejne minuty. Dźwięki podobne stadu upartych zombie z amerykańskiego horroru okrążają słuchacza, są coraz to bliżej i bliżej. Uff… Na ostatnie dwie minuty przed końcem, kompozytor lituje się nad audytorium i kończy suitę pętlą powtarzających się komend zepsutych androidów. Czyli klasyczna klamra – koniec muzyki przypomina jej początek.  Jan Andrzej Paweł Kaczmarek w licznych wywiadach ciekawie opowiada o tych starych nagraniach. Podobną do cytry fidolę Fishera zmodyfikował usunąwszy jej klawiaturę. Wspomina swoje twórcze niepokoje i pasje. Ale jego muzyka jest dla niego najlepszą reklamą. Choć określana przez niektórych ironicznie, jako grobowo-profetyczna, wymyka się sztywnej klasyfikacji.
   Fascynacja widzeniem sztuki w stylu C.K.Norwida, przyniosła w efekcie niebanalną formę, do której warto wracać, poznawać ponownie i reklamować znajomym. Polak potrafi!

Peter Baumann - Repeat Repeat


       Krótka radość w komercyjnej szacie. Okładka pierwszej solowej płyty Petera Baumanna „Romance 76”, ukazywała twarz artysty podzieloną na dwa różne oblicza. Słuchacze mogli rozważać różne teorie na ten temat, ale po wydaniu dwóch kolejnych krążków całkiem na miejscu byłaby opinia, że to zdjęcie proroczo pokazało wewnętrzną walkę muzyka - poddać się komercji czy nie? Wydawnictwo Repeat, Repeat z 1981r. dobitnie ujawniło wynik tych zmagań. Winyl zawierał 10 bardzo krótkich piosenek (żadna nie przekroczyła 3 minut i 50 sekund) i był próbą wpisania się w modny wtedy nurt New Wave. Do współpracy Baumann zaprosił pięciu muzyków w tym dwóch gitarzystów i dwóch perkusistów, ale niewiele to pomogło. Nie nagrano przebojów, z których ktoś pragnąłby zrobić dziś covery, nie jest to też materiał na elektroniczne perełki. Teksty piosenek odzwierciedlają intelektualną pustkę przeciętnego Amerykanina: masowo powtarzane programy rozrywkowe: te same filmy, te same piosenki (utwór tytułowy).Stereotypowy obywatel nie chce być ambitny i czynić postępów, woli siedzieć w domu (Home sweet Home). Jeżeli ma coś robić to najlepiej tańczyć i popijać szampana (Deccadance). Czy Baumann kpi czy wyznaje swoje nowe credo? Mimo iż ścieżka dźwiękowa jest wyjątkowo uboga, jak na tło do piosenek, można wyróżnić wspomnianą Deccadance za ciekawe efekty przestrzenne, M.A.N Series Two, przypominający mi trochę piosenki Gary Numana, czy kapitalny Brain Damage – akurat najkrótszy w całym zestawie, wnoszący trochę napięcia i emocji. Irytująco brzmi Kinky Dinky – dziwna historia o niezależnym chłopcu. Dość udany jest za to jest Daytime Logic gdzie bohater bezwstydnie wyznaje miłość do samochodów i pieniędzy. Słychać różne dodatki dźwiękowe, które kojarzą się z beztroską jazdą i odgłosami auta. Playland Pleasure zaczyna się dynamiczną sekwencją jak za najlepszych czasów zespołu Tangerine Dream (adrenalina się podnosi), aby za chwilę zostać zepsutą denerwującym wokalem i przejść do opcji quasi dyskotekowej. What is Your Use? Mimo egzystencjalnych pytań, szybkiego tempa, Peter nie zdąży należycie rozwinąć motywu choćby na poziomie „Trans harmonicznych nocy”. Pozostaje uczucie niedosytu. To tak jakby ktoś powiedział: zapraszam Was na świetny koncert, ale.. Będzie on trwał niecałe cztery minuty. Baumann po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych określił Niemców, jako ludzi ponurych, bez entuzjazmu i zapału. Czy jednak amerykański optymizm popchnął go do artystycznego rozwoju czy spowodował twórczą niemoc? 
      Wydana dwa lata później „Stranglers In The Night”, okazała się całkowitą porażką.


 


Tangerine Dream - Under Cover Chapter One


     Najbardziej kontrowersyjna płyta w dotychczasowej dyskografii zespołu. Zazwyczaj popularne utwory innych wykonawców grają bardzo młodzi ludzie, niepewni swoich możliwości, dający wyraz swoim wielkim fascynacjom. Często też zawodowi muzycy pracujący w lokalach rozrywkowych - klezmerzy - bo to jest znane i podoba się publiczności. A czasami biorą się za to wypaleni muzycy, którzy nie potrafią wykrzesać z siebie już nic oryginalnego. Do której grupy zaliczyć można zespół Tangerine Dream? Wybór pozostawiam czytelnikom. Podobno pomysł na taki projekt, w formie zakładu, padł mimochodem w małej restauracji sushi, rzucony przez promotora zespołu. Niestety, doszło do jego realizacji. Wielbiciele zespołu otrzymali album zawierający 14  dobrze znanych piosenek. Do ich zaśpiewania zaangażowano Christiana Hausla, znanego już z płyty „Madcap's Flaming Duty”. MFD to zresztą było całkiem dobre wydawnictwo. Ale Under Cover - Chapter One wytłoczona w 2010r. to w dużej mierze mielizna i porażka. Najbardziej przypadł mi do gustu rozpoczynający dzieło: Cry Little Sister motyw z filmu wampirycznego „Lost Boys”. Choć pozbawiony ostrości oryginału, z cichą perkusją, przejmujący wokal Chrisa czyni tę piosenkę miłą dla uszu. Everybody Hurts zespołu R.E.M., jeżeli chodzi o śpiew - nie czepiam się niczego, ale pierwowzór nagrany był z trochę mocniejszymi akcentami instrumentów, jakich tu już zabrakło. Precious Depeche Mode - nawet udanie Hausl podrabia głos Dave Gahana, choć Dave ładniej łączy w pewien charakterystyczny dla siebie sposób zgłoski. Niemniej to się może podobać. Space Oddity Davida Bowie w aranżacji T.D. brzmi jak pieśń pogrzebowa. Mimo pewnego wzbogacenia warstwy muzycznej, zamiana rockowej aranżacji na sentymentalno-syntezatorową budzi trochę mieszane uczucia.  The Model – to zupełnie inna wersja niż propozycja Krafwerku. Piosenka grana jak romantyczna ballada, w tle pianino, brak tylko świec. Szczerze mówiąc z trudnością rozpoznałem czyj to jest cover. Reakcje słuchaczy na pewno będą skrajne. Wicked Game – z tej przesłodzonej piosenki Ch.Isaacka podobała mi się tylko modelka z teledysku, więc trudno mi się wypowiedzieć, co do muzyki … Ale co do wizualizacji Hm.. Dziewczyny z Tangerine Dream nie ustępuję urodą Helenie Christensen ;). Hotel California w wykonaniu zespołu Edgara brzmi bardzo jednostajnie, a poprawne solówki nie rozgrzewają należycie atmosfery. I tak słodko jest do końca płyty. W pewnym momencie wyraźnie zrozumiałem, że mimo głębokiego głosu i wysiłków Christiana - Leonard Cohen jest tylko jeden a  Wish You Were Here w takiej opcji  to totalne nieporozumienie.
     Słuchanie tej płyty może stać się nużące. Granie muzyki dla relaksu jest obecnie jednym z celów tej znanej formacji. Ale czy jest potrzeba wydawania Chapter Two? Księgowy zespołu na pewno ma na ten temat swoje zdanie.

Valery Siver & Kiryll Trepakov - Midway



       Czasami pozory mylą, a schematyczne myślenie prowadzi na manowce. Kiedy oglądałem okładkę płyty „Midway” z 2003 roku mało znanego u nas w kraju rosyjskiego duetu Valery Siver & Kiryll Trepakov, uznałem, że to pewnie będzie awangardowa, ambitna muzyka. Ale po przesłuchaniu pierwszych kilku minut muzyki wiedziałem już, że to trochę inny kierunek. Ci dwaj Panowie mający za sobą naukę gry na gitarze klasycznej, muzyczne projekty i wydawnictwa (czyli wiedzę i praktykę), postanowili połączyć swoje siły. Valery wymyślił melodie, zagrał na większości gitar, a aranżacją, obsługą instrumentów klawiszowych i realizacją zajął się Kiryll. Efektem tej współpracy jest pełna uroku, ciepła i harmonii, muzyka relaksacyjna. Gitary klasyczne, akustyczne, elektryczne, przeplatane efektami syntezatorów, unoszą słuchacza swobodnie i bezpretensjonalnie do uniwersum, oazy spokoju i wytchnienia. Jest tu dużo przestrzeni, świeżości, swobody. W pierwszej kompozycji N-tro autorzy sugerują jakieś sekrety i mrok. Szumy kosmosu i hiszpańskie glissanda. W Stress słychać delikatne gitarowe dialogi a w tle niepokojące efekty stereofoniczne. Hot wind rozwija się w optymistyczną opowieść gdzie instrumenty w wyjątkowej harmonii podążają za subtelnym bitem przeplatanym z samplem szumiącej w oddali wody. Dansing swoją lekkością przypomina biegnącą na palcach baletnicę. Dreams to nagrania śpiewających ptaków, dostojne solo na gitarze i morze rozbijające się o pobliskie skały - utwór w klimacie G.E.N.E. Head on a Laps - tu ponownie wyeksponowana gitara trochę w stylu Pata Metheny, pogłosy i dziwne efekty. Don - brzmi jakby Francis Goya grał akompaniament do solowego tańca w hiszpańskim salonie pięknej tancerce. Mentor Shadows – przez miłą melodię przedzierają się efekty zakłóceń radiowych. The Way. Zgodnie z tytułem szumią fale, a potem na pierwszy plan wysuwa się elektroniczna modyfikacja brzmienia piły do cięcia drzewa ;). Thirty Second. Jest tu dużo przestrzeni, w której coś się rozbija z wyraźnym echem, aż stojąca fraza zakrywa ciepłym kocem akustyczną aberrację. For a Livetime to wypoczynek w ciepłym kraju, zachód słońca nad oceanem. Refleksyjnie gra gitara w towarzystwie umiejętnie dobranych elektronicznych dodatków. Na tle szumiących fal Valery przebiera palcami po strunach a potem niewyraźne wołanie dziecka kończy tę płytę. Na próżno szukać w tych nagraniach dynamicznych sekwencji, za to w kilku utworach słychać delikatny rytm, snujący się gdzieś na drugim planie. Jest to bez wątpienia muzyka elektroniczna dedykowana poszukującym kontemplacji odbiorcom. Oprócz klimatu typowego dla ambientu, łatwo wyczuwalne są inspiracje nurtem New Age. Sample szumiącego morza, odgłosy nawoływań, odrobina tajemnicy wprowadzają audytorium w stan pozytywnej melancholii. Szczypta progresywnego brzmienia, dzwonki, dźwięki fletu.
     Ta swoista muzykoterapia być może spodoba się wielbicielom Megabyte i Gandalfa.










Peter Mergener - Phonetic Society


        Klika lat temu Peter Mergener zyskał moje uznanie pięknym w treści wydawnictwem ”Noises In The Sky”, zaś kolejna pozycja, zatytułowana „African Smile”, urzekła mnie swoim pogodnym klimatem. Z każdym albumem badał coraz to inną gałąź muzyki elektronicznej, odnosząc się czasami do rocka, oraz popu. Co zawiera jego najnowszy produkt „Phonetic Society”? Postanowiłem to bliżej zbadać.Osiem utworów trwających od 3 do 11 minut, niespełna godzina grania. Rozpoczynająca całość kompozycja Mindflow to bardziej pogodne niż smutne rytmy, co jakiś czas urozmaicone samplem kojarzącym mi się z chorałem. Miła sprawa, choć może niepotrzebnie tak nasycona różnymi barwami w stylu Enigmy. Starflight - zgodnie z tytułem na początku słychać lot w przestrzeni kosmicznej, a potem, w trochę zagadkowym nastroju rozwija się struktura rytmiczna, ale nie wynika z tego nic nadzwyczajnego. Mimo wszystko więcej tu elektroniki niż popu. Shiva Connection. Żeńskie wokalizy sugerują inspiracje muzyką wschodu. To właśnie one są odpowiedzialne za sugestywny nastrój tego utworu, który utrzymany jest raczej w rozrywkowym, niż duchowym wymiarze. Osobom wrażliwym na egzotyczne akcenty może się podobać. Timepassengers ma ambicje być kompozycją na miarę elektroniki pobudzającej emocje rodem z drugiej połowy lat 70 tych. Ej… Fajne to jest ;)  Na sekwencyjny, szybciutki, basowy podkład w stylu filmowych produkcji Johna Carpentera, Peter nałożył kilka intrygujących dodatków, które w moim mniemaniu nawiązują do najlepszych dokonań Baumanna, zespołu Ashra i… No właśnie, pewnie każdy będzie miał swoje skojarzenia. Trochę mroczne zakończenie - odliczanie i pasażerowie przekraczają barierę czasu. Ta 11-to minutowa kompozycja jest najciekawsza w całym zestawie. Rotation. Właściwie można zaliczyć ten fragment do muzyki dyskotekowej, ale przez rozbudowany, gęsty rytm przewija się motyw, który słabo kojarzy mi się z suitą Madrigal Meridian zespołu Tangerine Dream i odrobinę z E≠mc² Marka Bilińskiego. Transformation. Zgodnie z tytułem, podstawowym pomysłem w tym utworze jest transformacja muzycznego przebiegu. W tle odpływa i przypływa miła uszom fala, a modulowana fraza sięga granicy częstotliwości, jaką toleruje ludzki słuch. Jeden pomysł, który trwa niecałe cztery minuty. Phonetic Society – tytułowa kompozycja zagrana lekką ręką, bazująca na sekwencji, która co jakiś czas ustępuje miejsca rytmowi z dyskoteki rodem. Taki wyścig trwający siedem minut, urozmaicony jest samplami odległych komunikatów. Znów mam wrażenie, że Mergener zręcznie kopiuje motywy, które znacznie wcześniej znalazły uznanie wśród słuchaczy. Jednak zbyt płytka to ścieżka, aby zostać w pamięci na dłużej. Floating Energy. Wdzięczna melodia i znów ten beztroski popowy rytm. Balansuje to na pograniczu kiczu i nędznych filmowych ilustracji. Co do końcowej oceny mam bardzo mieszane uczucia. Mergener być może świetnie bawi się konwencją, ale dziwi i drażni trochę fakt, że tak doświadczony muzyk ma upodobanie w graniu fragmentów „do kotleta”. Odnoszę wrażenie, że sam nie jest zdecydowany, którą drogą chce podążać. Być może nie lubi już grać w stylu Software, ale czy to nie jest zamiana siekierki na kijek? Mimo wszystko jest profesjonalistą i potrafi pokazać swoje wysokie umiejętności. Aby potem, co jakiś czas, zamienić je na drobne. Ta nierówna i dziwna płyta nie jest pewnie jego ostatnim słowem.
      Czy fani, którzy pamiętają jego najlepsze dokonania, mogą jeszcze liczyć na zwyżkę formy?  Czas pokaże.


poniedziałek, 16 maja 2011

G.E.N.E. - Rain Forest


      G.E.N.E. to muzyka pozbawiona złych emocji. Ten projekt ukrywający się pod trochę tajemniczą nazwą ma wielu fanów na świecie. Główna postać zespołu, urodziwa pani Cléo de Mallio, w jednym z wywiadów ujawnia, co oznacza powyższy skrót: Gambling Electronic Natural Environments. Spektakularna mieszanka dźwięków natury, otaczającego świata, rewelacyjnie spreparowana za pomocą elektronicznego wyposażenia studia, labelu Innovative Communication. Przy wsparciu koleżanki (Lisa-Maria Tedesca), odpowiedzialnego za brzmienie producenta Michaela Weissera znanego z duetu Software i miksującego Stevena Toeteberga, uzyskano przyjazny dla uszu kolaż barw tropikalnego, deszczowego lasu. W 14 kompozycjach płyty „Rain Forest” z 1993r. słychać wiele przyrodniczych sampli. Nagrywano je często z poświęceniem o trzeciej nad ranem podczas łowów z mikrofonami za odgłosami egzotycznych zwierząt. Ekipa od lat podróżuje po odległych krajach penetrując osobliwe zakątki przyrody i zapisując co ciekawsze efekty dźwiękowe na cyfrowych nośnikach. I robi to naprawdę umiejętnie. Poszczególne fragmenty płyty idealnie do siebie pasują, a relaksujący klimat towarzyszy muzyce od początku do końca. Jednocześnie słychać jak wiele uczucia włożono w tę pracę, to nie jest przygrywka do kotleta, to są małe perełki, kunsztownie i ze smakiem przyozdobione. Prawie czuć promienie zachodzącego słońca na twarzy, a śpiew rajskich ptaków wśród tropikalnych drzew brzmi całkowicie naturalnie. Grupa uniknęła pułapki i nie raczy słuchacza słodką papką, co niekiedy się jej zdarza na innych płytach. Oko przyciąga gustowna okładka pokrywająca się z wartościową treścią. Nie sposób się do czegokolwiek przyczepić. Zresztą nie mam takiego celu. Wyjątkowo szlachetne dźwięki sugerują podobne pobudki i wyznawane wartości autorów. Użycie przy masteringu systemu  Bose Livestyle Music System zaowocowało wzorcowym brzmieniem nadającym się do testowania wartości zestawów hi-fi. Ale technika nie góruje nad pozytywnymi uczuciami, jakie powstają po przesłuchaniu tej muzyki.
       Z niewinnego spotkania przy grillu w okolicach Vancouver, powstała idea grania muzyki będącej połączeniem ludzkich tęsknot za romantyczną przygodą z wyrafinowanym nagraniowym sprzętem. Pomysł, który przetrwał próbę czasu.



Stanislav Kreitchi - Voices & Movement


    Stanislav Kreitchi od blisko 50 lat pracuje na najstarszym rosyjskim syntezatorze „ANS” Ten urodzony w Gruzji, wieloletni pracownik Studia Eksperymentalnego w Moskwie współpracował między innymi z Edwardem Artemievem. Razem nagrali muzykę do filmu „Into Space”. Jego doświadczenie zaowocowało wydaniem dwóch solowych płyt z muzyką elektroakustyczną. Druga z nich, „Voices and Movement” spodoba się melomanom lubiącym takie wyzwania, poszerzającym swoje muzyczne horyzonty. Rhapsody in Rorschach 17:56 Przedziwna mieszanka: plemienne obrzędy i australijski aerofon, motywy podobne do muzyki z filmu Star Trek, efekty przetaczania się niczym wagony po kanałach różnych zdarzeń. Gwałtowne zwroty akcji rodem z filmów moralnego niepokoju z lat 70 tych. Dialogi różnych efektów przeplatane są wstawkami typu mamrotanie aborygenów (?)  I grą na Didgeridoo. Niekiedy można mieć wrażenie, że dźwięki wydobywane są z metalowych rur o różnej akustyce. Trudna muzyka dla wyrobionego odbiorcy. Four Fantasies to cztery 9 minutowe kolaże opisujące 4 pory roku. Winter: niewątpliwie niesie ze sobą zimno i kosmiczny chłód. Bardzo dobrze to słychać. Wyją wilki, szumi wiatr a Eskimosi śpiewają swoje pieśni. Pojawiają się też tradycyjne rosyjskie pieśni ludowe na tle efektów z kosmicznej przestrzeni. Dziwne zestawienie. Znów głośno skowyczą wilki. Spring: ale chyba na innej planecie :). Na ziemię sprowadzają słuchacza ponownie sample ludowych pieśni. Ptaki wydają różne odgłosy i w tę trochę niepokojącą atmosferę wchodzi ciepła, ciągła fraza. Płynie spokojnie woda, a grupa kobiet uparcie śpiewa dalej. Co jakiś czas efekty te powtarzają się w różnym nasileniu i konfiguracjach. Summer: Niefrasobliwe gwizdanie, któremu towarzyszą odgłosy latających stworzeń. Brzmią one jak z  innego świata. Tym razem nawet głosy kobiet są mocno odrealnione. Jakby wołały z odległych gór. Odgłosy burzy, puszczyka, trochę brzmień orientalnych. Niewiasty dalej zawodzą z oddali. Autumn: ponura pora roku gdzie ciągle wieją wiatry. Nieśmiało biją dzwony zagłuszane przez nocne stwory. Panuje nastrój rodem z horroru, te wrażenie potęgują mało wyraźne sample chórków. Ruins In The Wastle 10:31 Podobnie mroczny klimat, tym razem jednak bez ludowych ozdobników. Akustyczne eksperymenty na pierwszym planie, w tle dźwięki rogu. I tak do końca utworu bez większych zmian. Voices & Movement 8.43 Marsz po plaży, śmiech kobiety - pewnie matki i radość małego dziecka. Przetworzone elektronicznie. Bieg, w oddali szumi woda. Odgłosy tłumu z poczekalni, ludzie biją brawa jakby z areny cyrkowej. Ponownie słychać morze nad którego brzegiem spaceruje dwoje ludzi. Trochę psychodeliczny śmiech i kroki zanikają. Zestaw 4 Fantazji i tytułowa kompozycja wydają mi się najciekawsze. Stary ANS brzmi dziarsko, prócz tego Stanislav gra na instrumencie smyczkowym Ovaloid. W prawie godzinnym programie wykorzystał wiele naturalnych brzmień z terenu: ludzkie głosy, odgłosy samochodów, pociągów i najróżniejsze sample.
     To muzyka, która zyskuje po kilkukrotnym przesłuchaniu, a doskonała techniczna strona zapisu i dbałość o detale będą nagrodą dla czułych na niuanse słuchaczy.





Marcin Bociński - Obrazy


     Bardzo dobry polski ambient. Tak można by lapidarnie określić zawartość tej płyty. „Obrazy” to dzieło wrażliwego muzyka, jakim jest Marcin Bociński. Poznałem Marcina, gdy zbierał materiały do swojej płyty „Burza w mieście”, penetrując mikrofonem okolice Warszawy.  Wymieniliśmy po kilka e-maili. Gdy dostałem od niego autorski cdrom „Obrazy”, byłem trochę zdziwiony, że młody, dwudziestoletni wówczas człowiek, gra tak przemyślaną muzykę. Jak sam autor stwierdził jest to „maximal ambient”, co przetłumaczyłem sobie jako: mocno nasycone barwami natury studium otaczającego nas świata. W odróżnieniu od wielu płyt uznanych mistrzów tego pod gatunku muzyki, które ciężko od siebie odróżnić, nagrania Bocińskiego zawierają w sobie specyficzne dźwięki charakterystyczne dla jego sposobu tworzenia. „Obrazy” zaczynają się bardzo cichym wprowadzeniem, zagrywkami na fortepianie, słychać śmiechy oczekującej widowni (?) I niski pomruk syntezatorów. Ktoś przekłada kartki, odgłos odległego pociągu i płynnie wchodzi pierwszy utwór „Śnieg”, inspirowany obrazem Juliana Fałata. To tajemnicza kompozycja, muzyka nadciąga falami, niosąc ze sobą różne odgłosy. Gdzieś tam szumi ocean, niespiesznie, ze swoistą celebracją autor buduje klimat sprzyjający zadumie i refleksji. Niby poważny, ale nie do końca. Marcin stosuje tu różne zabiegi ocieplające ten przekaz, gdyby nie to – duch płyty Irrlicht położyłby na tej kompozycji swój cień. Po 9 minutach takich medytacji słychać pszczoły. To Ule na Ukrainie – kolejna malarskie natchnienie, tym razem dziełem Jana Stanisławskiego. Ptaszki ćwierkają nad polem, słychać muchy, trwa typowa wiejska sielanka. Muzyka niczym u Vangelisa dumnie unosi się i opada. Po stojących frazach syntezatora wchodzi piękna melodia, bardziej tradycyjna, grana w barwach fortepianu..  Skrzydlate stworzenia przemieszczają się w powietrzu. Ich odgłosy i echa kończą tę ciekawą impresję a jednocześnie zapowiadają smutniejsze klimaty. Księżyc. Tym razem natchnieniem było malarstwo Józefa Chełmońskiego Słychać - jak to w muzyce ambient - ciągłe frazy syntezatora.  Fortepian, perkusja są tu wyznacznikiem przesileń, dźwięki wędrują rozbijając się w tle… Te ujmujące przelewanie się na tle fal wytwarza niesamowity klimat. Gadają oczywiście różne nocne stwory. Chmury w Finlandii (wg Konrada Krzyżanowskiego). Różnorakie efekty poruszające się po całym stereofonicznym spektrum. W tle cicha, pełna uroku wygwizdana niedokończona melodia, jedna potem kolejna. Jest to bliskie temu, co kiedyś grał Nik Tyndall. W powietrzu czuć wyraźnie wyczekiwanie. Pojawia się delikatna sekwencja, ale i ona szybko gaśnie. W tym utworze Marcin użył sampli z płyty „The White Winds” A. Vollenweidera nie jest to jednak klon muzyki szwajcarskiego multiinstrumentalisty. Sztuka wymagająca prawdziwych umiejętności - przyswoić fragment cudzej kompozycji i wgrać  tak, aby było integralną częścią swojego dzieła. Anioł Pański - Bociński studiuje obraz Aleksandra Gierymskiego. Szczekają psy, biją kościelne dzwony, to sample z Arvo Part ‘Passio Domini Nostri’. Delikatny śpiew sopranistki Joanny Bucholc wplątany w maryjne mono deklamacje, szepty… Wprowadzone solo jest bardzo delikatne, właściwie tło jest równie ważne. Spora ilość ozdobników użyta w tej kompozycji czyni ją najżywszą na całej płycie i bardzo znamienną. Śnieg 2. Kruki wydają charakterystyczne dla siebie odgłosy, pięknie brzmią barwy mellotronu. Trochę mocniejszych akcentów w dolnych rejestrach. Kilku częściowy utwór o różnych nastrojach podzielony samplami ptaków. Wyjątkowo podniosły klimat. Kapitalna kompozycja. Podobne zakończenie jak i początek – szelest zamykanej książki.  Aż szkoda, że to już koniec. Doskonała polska muzyka. Rozpowszechniana bez hucznych kampanii, szerzej nieznana, jest dowodem na znakomitą kondycję rodzimych elektroników. Marcin Bociński udowodnił jak można ocieplić i uatrakcyjnić tak monotonny gatunek muzyki jak ambient.
     Po nagraniu kolejnej płyty „Burza w mieście” i kilku koncertach Bociński zostaje członkiem zespołu Nemesis. Dalej spełnia swoje muzyczne pasje. Zawodowo zajmuje się dźwiękiem, jako współwłaściciel firmy Legato. Znany jest też ze swoich zdjęć i wystaw fotograficznych.  A płytka „Obrazy” nadal cieszy melomanów.


Tangerine Dream - Dream Mixes V



   Płyta Tangerine Dream ”Dream Mixes V” ma jedną niewątpliwą zaletę. Tytuł szczerze ujawnia, czym jest produkt: to kolejne przeróbki wcześniejszych utworów. Ta uczciwość względem słuchacza bardzo mi się podoba. Zespół wydaje bowiem wiele innych płyt, które również do tej kategorii starych kotletów smażonych na świeżym tłuszczu należą, ale zawartość maskuje się pod nowymi tytułami. Tu przynajmniej od razu wiemy, z czym mamy do czynienia. Za brzmienie i ostateczny kształt prawie wszystkich kompozycji odpowiedzialny jest Jerome Froese i to niestety słychać. Autor dwóch dość ciekawych solowych płyt nie wykazał się tu jakąś nadzwyczajną inwencją. Odnoszę wrażenie, że są to dzieła kilkunastoletniego, mało uzdolnionego DJ-a,  a nie syna sławnego Edgara. Okaleczony "Exit", zmasakrowany "Poland"… A może ta płyta to efekt założenia: co można usłyszeć jak kompozycję pozbawi się pierwotnego ducha i wepchnie w ramy grzecznego rytmu? Koszmar. Nie powiem jak ta muzyka brzmi na tle poprzedniczek serii, bo udało mi się je skutecznie wygonić z pamięci. Z tą makabrą szybko stanie się podobnie. Nie zabrałbym jej na bezludną wyspę. Czy nadaje się, jako tło pod partię brydża? Wasze ryzyko. Te mało strawne, bezbarwne i jałowe produkcje i tak na pewno znajdą swoich zwolenników. Dla mnie to produkt do jednorazowego – jeżeli to konieczne - wysłuchania.