sobota, 10 grudnia 2011

Klaus Schulze: Dreams - deluxe edition



     Dziwna muzyka. Klaus Schulze nagrywając płytę "Dreams" w 1986 roku wyraźnie walczył z jakąś niemocą. Słychać to w pewnym stopniu we wszystkich kompozycjach. Już dynamiczny akord zaczynający krążek - "A Classical Move", od trzech lat powtarzany na innych płytach, wskazuje że artysta nie znalazł dla siebie nowych środków wyrazu. Oczywiście, składanie dzieła z wielokrotnie eksploatowanych elementów nie musi być naganne, jest po prostu słyszalne i pobudza do różnych, nie zawsze optymistycznych refleksji. Tworząc te kilka nastrojowych utworów, Schulze nie unika dalszych retrospektywnych podróży i auto zapożyczeń, jednak ich wymienianie nie byłoby dobrym pomysłem. Skupiając się na muzyce miejscami mrocznej, być może dekadenckiej, nie można odmówić Klausowi umiejętności tworzenia specyficznego, gęstego jak angielska mgła klimatu. "Five to Four" delikatnie nawiązuje do orientalnej kultury Japonii. Dominują pozornie chaotyczne dialogi kilku elektronicznych instrumentów z fortepianem. Może podobać się tu biegłość z jaką muzyk porusza się po klawiaturze (być może jest to Andreas Grosser, wymieniony na okładce jako grający na tym instrumencie), niczym zaawansowany pianista na klasycznym koncercie. Tytułowy "Dreams" przywodzi mi ma myśl celebrowanie wydarzenia które nie nastąpi. Rytmiczna struktura budzi dalekie skojarzenia z utworem "Fyt" z pierwszej płyty "It'll End in Tears" zespołu This Mortal Coil. Monotonny pochód perkusyjny przy którym wspiera muzyka Ulli Schober, jest jednym z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów tej płyty Klausa Schulze. Płynnie przechodzi w "Flexible" - krótką impresję która brzmi jak odrzut z wcześniejszej płyty mistrza - Inter*Face. Konstrukcja jest prosta, przebojowo efektowna. Najdłuższa suita "Klaustrophony" 24:27, kończąca pierwsze wydanie albumu jest poetyckim podsumowaniem wydawnictwa. Smutne rozważania nad sensem życia i miłości próbuje wyjaśnić bohaterowi utworu w sennym marzeniu mężczyzna z brodą. Jednak bardziej szczegółowe tłumaczenie angielskiej poezji miejscami kojarzącej mi się z objawieniami biblijnych proroków zostawiam lingwistom. Szybko można się przyzwyczaić do zawodzącego głosu Iana Wilkinsona, który zgrabnie trzyma się konwencji. Dodatek na deluxe edition z 2006r. to równie długa kompozycja "Constellation Andromeda" 23:52.  Typowe dla tego artysty: długi wstęp, rozkołysane, pływające frazy i zdecydowanie bardziej pozytywne niż w poprzednich utworach klimaty przewijają się do końca. Bonus z 2003r. nie zaskakuje więc niczym nadzwyczajnym, ale trzyma równy poziom. 
    Płyta ta, wyjątkowo melancholijna, ma do dziś swoich wiernych słuchaczy.