poniedziałek, 7 listopada 2011

Piotr Krzyżanowski - To muzyka jest najważniejsza. Część II






- Jakiś czas temu zamieściłeś w sieci swój artystyczny manifest. Ponieważ jest on po angielsku, pomyślałem że mój blog jest dobrym miejscem, aby go tu opublikować po polsku i podyskutować na jego temat. Oto on:

1. Najważniejszą rzeczą jest sztuka!

2. Jestem całkowicie niezależny i zupełnie wolny.

3. Po pierwsze jest muzyka, nie logo.

4. Słuchaj dźwięków, nie nazwisk artystów!

5. Nie jestem zainteresowany mainstreamem, ani żadnymi nowoczesnymi trendami.

6. Nie ufaj oficjalnym mediom i nie wspieraj komercyjnej muzyki.

7. Bez marketingu, bez biznesu, bez "pijaru", bez oczekiwania na sukces i pożądania kariery. Prestiż jest nieważny.

8. Ariergarda, nawet nie awangarda.

9. Umiem grać na pianinie, używam syntezatorów, znam nuty. Nie jestem "muzykiem sceny laptopowej".

10. Czuję się buntownikiem i anty-systemowcem. Nie przynależę do żadnej grupy. Nie interesuje mnie "tu i teraz". Nie dostosowuję się do sytuacji politycznej, czy aktualnego systemu ekonomicznego. Brzydzę się oportunizmem.

11. "Darmo dostaliście, darmo dawajcie". [Mateusz 10:8]

12. Mam dar synestezji, więc najważniejszą dla mnie rzeczą w muzyce jest dźwięk. Nudzą mnie rytm, bębny, bas, melodia itp.

13. Muzyka nie powinna być utylitarna. Muzyka nie jest tylko do tańca, czy zabawy.

14. Idealizm! Nie relatywizm, nie materializm, nie konsumeryzm, nie pragmatyzm, ani nie hedonizm.

15. Nie interesuje mnie mieszczański styl życia.

16. Nie zgadzam się z dość powszechnym stwierdzeniem, że "o gustach się nie dyskutuje". Istnieją wartości w sztuce, a sąd smaku można kształtować.

17. Na pierwszym miejscu jest artystyczna kreacja, a nie odbiorca muzyki. Proste: nie chcesz, nie słuchaj. Przykro mi, nie będę się dostosowywał do niskich gustów.

18. Najszybciej starzeje się... "nowoczesność".

19. Muzyka, to nie instrumenty.

20. Dla mnie ważne w muzyce jest, gdy nie wiem, jak ona została zrobiona.

21. Głos ludzki, wokalizy powinny być abstrakcyjne. Przesłanie w tekstach zostawmy poetom i ich tomikom wierszy.

22. Jak żyjesz, tak tworzysz.

23. Krzywa Gaussa: najwięcej na świecie jest przeciętności.

24. Nie jestem zainteresowany czystą formą eksperymentu.

25. Nie interesują mnie epigoni i ich prace, będące kopiami.

26. Jest jeszcze wiele do odkrycia. Nie zgadzam się z tym, że w sztuce już wszystko się wydarzyło.

27. Wyobraźnia ludzka jest przed technologią, duch przed materią.

28. W muzyce poszukuję głębi, szczegółów i smaczków. Szukam drugiego, trzeciego planu. Marzenie: muzyka poza czasem. Lubię dźwięki pomiędzy nutami.

29. Wciąż szukam idealnego dźwięku, nazywanego przeze mnie... "słoniem".

30. Stosuję przekaz podprogowy. Przestrajam instrumenty do innych skal, nie lubię stroju równomiernie temperowanego.

31. Muzyka nie może zbawić świata. Ale muzyka może być mostem do innych światów: mistycyzm. Pozorny paradoks: nowoczesna technologia (lecz "nowoczesna" tylko dzisiaj) używana do idealistycznych poszukiwań.

32. Kreuję swoje własne, organiczne dźwięki. Bez samplingu, bez presetów, bez "recyclingu".

33. Jeśli też sam tworzysz sztukę, możemy wymienić się pracami. Dasz mi swoje, a ja podaruję ci moją muzykę.

Po przeczytaniu tych 33 punktów stwierdzam, że to dość silny przekaz woli. (Już dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, chyba od czasu strawienia tez Lutra i manifestu Unabombera Teda Kaczyńskiego). Wybrałem ich część jako tematy do dalszej dyskusji.

B. M. : Nie zapominaj o ciepłym jeszcze manifeście adepta masonerii - Andersie Breviku. Iście szalona kolekcja.

- Twierdzisz, że sztuka jest najważniejsza. W domyśle - ważniejsza od etykiety, nazwiska i blichtru, a nie żony i dzieci :). Napisałeś tak widząc pęd do kariery i przerost formy nad treścią widoczny gdzieniegdzie wśród artystów?

B. M. : Nie mogę w sprawach dzietności mówić za innych artystów. Sam uczestnicząc w procesach twórczych (artystycznie, nie dzieciotwórczo), byłbym zwyczajnie samowyłączającym się bytem. Wiem jednak, że dążąc do tego, by być artystą totalnym, należy całkowicie się sztuce oddać. Nie można być (nomen omen) "trochę w ciąży". Jeśli coś robisz "w sobocie po robocie", to tak, jakbyś opowiadał kolegom, że masz drogiego Rolls-Royce'a, a tymczasem jedyny z nim kontakt, to umycie szyby na skrzyżowaniu, podczas sezonowej pracy wakacyjnej na "zagranicznych saksach". I tylko dlatego ci się to udało, że zamożny właściciel auta, w ogóle pozwolił ci do niego podejść. Albo tworzysz sztukę, albo... myjesz komuś szybę w samochodzie (śmiech). Chodzi o to, by artyzm wziąć gwałtem, bezwarunkowo, całym sobą. Nie masz pędzla? Maluj pogrzebaczem. Nie masz strun? Zwiń drut z siatki ogrodzeniowej. Jest to droga wyboista, oznaczająca wiele wyrzeczeń, często nawet przymieranie głodem. Może jednak artysta głodny, to artysta płodny? Kiedy w grę zaczyna wchodzić logo, sława, tani blichtr, zaczyna się rzemiosło, rozrywka, utylitaryzm, schlebianie gustom. To już nie jest artyzm i wtedy dobrze wiem, że przy takich wyborach, dla twórcy sztuka nie jest wcale, a wcale najważniejsza.

- Piszesz o wolności, mając na myśli wolność i niezależność od producentów i mecenasów, dlatego wolisz publikować pliki FLAC niż być na łasce innych?

B. M. : Mówię o totalnej artystycznej wolności. To jest niewypowiedziane szczęście absolutnej niezależności. Nic nie muszę, wszystko mogę. Nagle to sobie kiedyś uświadomiłem. Przecież nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Nie mam żadnego tłoka z jakiejkolwiek strony, żadna ściana mnie nie ściska. Tak zwany "rynek" oczekuje pewnych zachowań, takich jak: nazwisko samego twórcy, logo i prestiż wydawcy, wartość pomylona z ceną za "dzieło", bilet koncertowy itp. Jestem poza tym, a właściwa forma, by to zakomunikować ma dobre określenie: wolna twórczość. Na tyle wolna, że właśnie nic nie musi. Nie muszę grać "w danym stylu", nie muszę oddać materiału na konkretny termin, nie muszę spełniać oczekiwań jakiegokolwiek, potencjalnego (tfu) klienta, nie muszę się dopasowywać do marudnych wydawców, nie muszę się ku...wić sponsoringiem jakichś koncernów, nie muszę "się ścigać" z komercyjnymi produktami, nie muszę "się lansować", nie muszę, nie muszę... Nawet nie mam więzienia własnego stylu i jakiejś jednej, obranej niby dawno drogi. Nie nasłuchuję, co dziś jest modne, nie gonię za nowościami, nie próbuję się koniunkturalnie dostosowywać, "bo tak trzeba". To jest przygnębiające uczucie, gdy twórca sobie uświadomi, jak wielkie kajdany są mu nakładane przez zewnętrzność, przez oczekiwania innych i jak cudowną jest chwila, gdy nastąpi z tych łańcuchów wyzwolenie. Szukam możliwości wyrażania swej duszy w stylu, a nie narzucam duchowi ów styl. To komfortowa sytuacja. Patrząc z pozycji ziemskiej, jestem zatem absolutnie wolny i niezależny. Niebiosa są jedynie tym, przed kim odpowiadam.

- Z punktów 5-10 bije nieufność do pewnej grupy ludzi. Srodze się chyba zawiodłeś, skoro tak się dystansujesz do środowiska...

B. M. : Nie jestem z nikim związany, tak fizycznie, organoleptycznie, jak i mentalnie, czy światopoglądowo. Podobno, gdy artyści są do d...py, to się łączą w grupy. Nie jestem awangardą, undergroundem, może co najwyżej... ariergardą (czyli wóz Drzymały z dumnym napisem "brak świateł stopu"). Lecz wkrótce i to pojęcie może powszechnie zmienić swe dotychczasowe znaczenie, więc jedynie i po prostu - jestem sobą. Artystycznie jestem sam. Za dużo grup dzisiaj ma na celu przede wszystkim zarobek, sukces i wszelkie pochodne tegoż. Siedząc często w podziemiu, naśladują (nieudolnie) mainstream i ścigają się, w swej naiwności, z tzw. "artystami" wielkiego kapitału i ogromnej machiny promocyjnej.

W tak zwanym nurcie el-muzyki jest już zdecydowanie za dużo kiczu. Z kolei w awangardowej muzyce eksperymentalnej kładzie się nacisk przede wszystkim na formę. Pozornie mogłoby się wydawać, że znalazłoby się kilka cech wspólnych między tym, co dla mnie ważne w muzyce, a tym, czego poszukuje znaczna część eksperymentatorów współczesnych, lecz pozory mylą. Najwięcej z nich, a owszem, poszukuje może brzmień, lecz są to poziomy kreacji przy samych źródłach: generatory dźwięku, algorytmy różnych komputerowych aplikacji, "programy programujące programy" itp. Tak, czysta forma. A to jest dalekie od idealizmu, który mi imponuje.

I ta moda na epigonizm! To niby lepsze, co już przypomina inne, dawno istniejące produkcje, czy dzieła. Recenzje tym bardziej pozytywne, im na przykład jakiś Polak bardziej będzie przypominał to, co na Zachodzie. Poddaństwo, niewolnictwo, zabory w genach naszej krwi? Gdzie chęć autonomicznego wyróżniania się, gdzie ciekawość nieodkrytych lądów? Uważam, że nawet nie można mówić o "sztuce polskiej", ale o "sztuce w Polsce".

Zapewne można zatem z tego wszystkiego odczytać dominantę buntu. Jest to odcinanie się od wszystkiego, co w tej rzeczywistości jest zwykłą marnością. Człowieczeństwo, to sfera materii i ducha, jednak dzisiejszy świat za bardzo uwierzył w tę pierwszą odsłonę, jedynie ją traktując poważnie. Nie odpowiada mi to i nie identyfikuję się z tym. Tak, jak książka, to nie tylko papier z odpowiednio ułożoną na nim farbą drukarską, zszytą krawędzią i doklejoną okładką, tak w rzeczywistości naszej nie tylko ważny jest wymiar materialny. To idee są nieśmiertelne. Zauważmy, że ludzkość zawsze miała jakąś taką tęsknotę za tajemnicą ducha, za religijnością, za tym, co istniejące, a niewidzialne. Jednak współczesne nasze cywilizacje nawet i te sfery przemieliły w materię, co często ma obraz karykaturalny. Kto rządzi, ten ustala świat pod siebie. Gdyby rządził koń, wszyscy chodzilibyśmy podkuci, a owies byłby towarem luksusowym. Obecnie mamy system kupiecko - babicki (gorąco polecam książkę "Babbitt", napisaną przez Sinclair Lewis'a dziewięćdziesiąt lat temu w Ameryce, już ukazującą dzisiejszą rzeczywistość). Idole mainstreamu, jakich chce naśladować młodzież, niczym czcząc złote cielce Babilonu, marketing z całą machiną współczesnej "religijności" (neurolingwistyczne programowanie NLP, sekciarskie szkoły przywódców biznesu... ), oszustwo marketingu i reklamy, muzyka komercyjna, to są te aspekty, którym mówię stanowcze NIE.

Może uciekam przed rzeczywistością. Popełniłem kiedyś utwór "Planeta kamieni". Na nią właśnie wyleciałem. Komuś taki obraz może się kojarzyć z zimną pustką, z krajobrazem księżycowym. Nie, to jest przyjazny świat kreacji wyobraźni, który jest niezamieszkały, a przez to bezpieczny. Czasem wyobrażam sobie, że pokój, w którym siedzę, to chociażby polskie Bieszczady. Nigdy tam nie byłem, ale sądzę, że jeszcze nie ma tam strasznie męczących przejawów współczesnej cywilizacji. Wchodzę do tego pokoju, jakbym wyjeżdżał. Introwertyczna autarkia, wewnętrzna emigracja.

- Cytujesz Ew. Mateusza, wspominałeś mi o Twojej rosnącej fascynacji sprawami duchowymi i postacią Jezusa. Do jakich wniosków dochodzisz, możesz objaśnić to szerzej?

B. M. : Cytat z Ewangelii doskonale oddaje to, jak pojmuję misję dla artystów. Darmo dostali talenty, darmo winni oddawać swe prace. Nie można kupić talentu, nie powinno się zatem na nim pazernie zarabiać. Wiem, wiem, za chwilę usłyszę, że "rachunki za gaz trzeba płacić", że "dziś sztuka, to też towar", że "artyści powinni zrozumieć, że to zawód, jak każdy inny" i tym podobne bzdury. Tylko z ziemskiej, ludzkiej perspektywy można krzyczeć, że to jakieś niby "psucie rynku". Raz oskarża się innych twórców, że właśnie niszczą sprzedaż, rozdając darmowo swe płyty, innym razem winnego szuka się w "piractwie". Czym innym jest jednak sprzedaż "po kosztach", w końcu materiały (farby, płótna, kable, płyty CDR itp.) rzeczywiście kosztują, a czymś innym jest oczekiwanie, że odbiorcy będą płacić za "widzi mi się" artysty. Tymczasem prawie nikt nie pyta, KTO ma artyście płacić? Oczekiwanie pieniędzy za dzieło, którego nikt nie zamawiał, to się nazywa wymuszenie. Zauważ, że takie na przykład ulotki reklamowe są rozdawane darmowo, bo nikt o zdrowych zmysłach by za nie bezpośrednio nie zapłacił. Cena reklamy jest doliczona do sprzedawanego towaru. Dlaczego więc artyści tak powszechnie żądają zapłaty za płytę, której ludzie dzisiaj też wcale nie chcą, jak tych wspomnianych ulotek? Znam przypadek, gdy artysta próbował na pewnym festiwalu rozdawać zupełnie darmowo swe wytłoczone krążki CD, a ludzie od niego uciekali, być może kojarząc z natrętnym rozdawaczem ulotek, jakich pełno na ulicach. Nie można się na taki stan rzeczy obrażać.

Jedni artyści przyjmują postawę "narzekających malkontentów", obwiniających zewnętrzność za swą sytuację, inni wręcz oszukują, wierząc w "sukces" i opowiadając w medialnych wywiadach, jak to im się cudownie wiedzie i jak to "słuchacze ich wielbią, czekając na kolejne utwory". Zapewne dobrze kojarzymy hasła, typu "długo oczekiwana płyta", "zespół dekady", "współczesny geniusz, niby Mozart" i typ podobny bełkot. Wszystkie te postawy są szytymi grubymi nićmi kłamstwami. Powtórzę z podkreśleniem, obecnie prawie nikt nie oczekuje od artystów owoców ich pracy! Dla większości ludzi, artystów mogłoby w społeczeństwie nie być (Krzywa Gaussa, o której również wspominam w manifeście). Nawet rozumiem Platona, który poetów chciał wygnać z państwa. Wszak twórcy zwyczajnie burzą "idealny" porządek społeczny, z takim trudem wypracowany przez kołtunerię mieszczaństwa, która nigdy nie ma sobie nic do zarzucenia (śmiech). Dar tworzenia jest jak łaska, albo się ją ma, albo należy kłaść kostkę brukową (z całym szacunkiem dla kamieniarzy). I analogicznie od strony słuchaczy: nie chcesz, nie słuchaj. Chcesz określonego dzieła (jelenia na rykowisku, okrętu na morzu, bębnów do tańca, melodii do nucenia)? Poszukaj pośród miliona tworzących. Ty nie musisz kupować, ja nie muszę ci nic sprzedać. Nawet nie powinienem.

I w takim kontekście, odrzucając potencjalnego odbiorcę, który dla prawdziwej sztuki nie powinien w ogóle istnieć (jak dla "idealnych" społeczeństw nie istnieją artyści), co zostaje? Sfera sacrum. Jedynym moim odbiorcą może być Bóg. Przed Nim kiedyś stanę i odpowiem, co zrobiłem ze swoim talentem. Zakopałem go, czy pomnożyłem? Wyobraź sobie, że mówi to nie jakaś osoba duchowna, ale ktoś, kto choćby z racji swego zawodu, był długi czas ateistą. Sam umiałem się naśmiewać z dewocji, wiem, co znaczą słowa "moher", "katol", "klęcznikowy" itp. Święty Paweł zabijał pierwszych chrześcijan, ale w pewnym momencie jego życia zdarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jego postępowanie. "Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?", "Kto jesteś, Panie?" - powiedział. "Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz". Mnie także zdarzyła się historia, która doprowadziła do tego, że teraz o tym mówię i przyznaję się do Jezusa.

- Muzycy sceny laptopowej - też to zauważyłeś... W jednym z moich wywiadów Paul Nagle powiedział: "Nie ma nic bardziej nudnego niż kilku chłopaków wpatrujących się w ekrany swoich laptopów, jakby sprawdzali pocztę." Uważam że trafił w sedno. Zgodzisz się z tym?


B. M. : Wszystko dynamicznie się zmienia i wiem, że dla niektórych notebook może być namiastką instrumentu. Czekają nas w przyszłości jeszcze kolejne redukcje - tablety, ajpady, smertfony itd. Jednak mnie to nie interesuje. Niech tam sobie istnieje "scena laptopowa". Poprzez realizację muzyki na komputerach, bardzo łatwo ucieka nam ujmowanie istoty muzyki. Zapominamy, że w tym wypadku, zmysł słuchu jest ważniejszy od zmysłu wzroku, i że lepiej dźwięków słuchać, niż na nie "patrzeć". Dlatego od pewnego czasu preferuję używanie do kompozycji prostszych - względem możliwości komputerów - sekwencerów sprzętowych. Praca z nimi wydaje się bardziej "organiczna", gdzie można nagrywać, jak na magnetofon taśmowy lub edytować nuty krokowo, jak ma to miejsce przy pisaniu partytur. Akurat mnie, ekran komputera za bardzo odciąga od muzyki, rozprasza umysł, a przy tym okrutnie męczy oczy.

Zresztą pamiętam, że syntezatory też były wyśmiewane na początku swego istnienia, jako instrumenty "bez duszy" (co akurat jest prawdą - żadnej duszy pośród rezystorów i kondensatorów być nie może, i nie ma), jako "samo grające", jako brzydko wyglądające (z gitarą, to przynajmniej można skakać po scenie) itp. Dla mnie samego jednak ważny jest tak zwany "gest". Konserwa jestem i tyle. Lubię klawisze i je sobie macam. Ponad to wiem, że wspomniana "scena laptopowa" stała się jednak synonimem drogi na skróty. Wszelkie samplingi, recyclingi, glitche, to zwykle efekt coraz zmyślniejszych algorytmów programów komputerowych. Od tego się odcinam. Jako komponujący, pragnę mieć absolutną możliwość panowania nad tworzywem, stąd dobieram sobie narzędzia, które mi to umożliwią, nie zdając się na gotowce, czy jakąś przypadkowość. W komputerach jest to za łatwe, stąd też "wszyscy z notebookiem brzmią tak samo" (śmiech). Jeśli chcę szukać oryginalnego wyrażania się w sztuce, muszę mieć całkowitą i wyłączną, wręcz organiczną, możliwość zapanowania nad dźwiękiem. To mi aktualnie umożliwiają tylko zewnętrzne sprzęty.

- Napisałeś: "Mam dar synestezji". Czytałem notkę encyklopedyczną, możesz powiedzieć jak to determinuje Twój styl? Bo kiedyś używałeś delikatnego rytmu, bębnów. Mam rozumieć, że już do tego instrumentarium nie wrócisz?

B. M. : Nie traktuję muzyki jako czegoś służebnego. Nie skacze mi noga i nie wyrywa się do tańca ciało, gdy grają skoczne rytmy. Nie kojarzę muzyki z tłem do sprzątania, z podkładem do zapowiadania pogody itp. Gdy słyszę dźwięki, budzi się we mnie szczególny rodzaj wrażliwości. Uruchamiam intelekt, widzę kolory i kształty. Dla mnie muzyka, to nie prosty utwór, ograniczony rytmem, tempem, metrum. Taki szkielet, moim zdaniem, strasznie ogranicza kompozycję i kompozytora. Jasne, łatwiej trzymać się patternu, siatki tempa, ale jeśli jednym z pierwszych założeń na drodze poszukiwania "idealistycznej' muzyki jest jej barwa i wszelkie wynikające z niej konsekwencje sonorystyczne, schemat ten nie jest niezbędny. "Rytm" można utworzyć choćby na przypływających - odpływających falach morskich (jak uczyniłem to w utworze "Nie bryzą targane poczwary głębin"), czy choćby na wymownym, samym w sobie już rytmicznym oddechu kobiety itp.

A bębny, jak to bębny. Są jak kot, który jest kotem. Nie można obrażać się na kota, że nim jest, i że sika w wióry. Zauważ, że sekcje perkusyjne są bardzo charakterystyczne dla naszej cywilizacji, co zresztą jest kolejnym dowodem na jej upadek. Człowiek pierwotny zaczął od bębnów i my na nich kończymy. Po nas będą już tylko mchy i porosty. W manifeście zauważam, że nic się tak nie starzeje, jak nowoczesność. I wspomnisz moje słowo: "po bębnach ich poznacie". Za kilkaset lat naszą epokę będą rozpoznawać po stopie, werblu i hi-hatach. Jeśli chcę być uniwersalny, muszę to zauważyć i tego unikać. Chcę przez to powiedzieć, że nie problem jest w samych bębnach, jak nie problem jest w kocie, któremu musisz czyścić kuwetę z bobków, ale problem jest w kontekście, jaki przyjęła współczesna forma, wierząc że jest nieśmiertelną (człowiek w ogóle lubi zapominać o śmierci; dziś żyje, jakby jej wcale nie było).

Synestezja nie ma tutaj nic do gadania. Już od dzieciństwa się zastanawiałem, co znaczy, gdy pani nauczycielka w szkole mówi, że "na wtorek dzieci przygotują plastelinę, będziemy rzeźbić w gó...ie (o przepraszam!) - będziemy rzeźbić ludziki", a ja - zamiast widzieć kolorowe laski (plasteliny, oczywiście) - widzę jakąś ciemno granatową plamę wtorku. Na matematyce liczyłem "na kolorach", zamiast wyobrażać sobie liczby, a gdy słyszałem utwór muzyczny, w głowie przebiegał mi kolorowy szlaczek, niczym mozaika, zbudowana z rozsypanego brokatu w kalejdoskopie. Kiedyś przeczytałem, że są tacy ludzie, którym się źle powiązało coś w mózgu (więc nie ma się z czego cieszyć), a nazywa się to właśnie synestezją. Jest to zatem szczególny rodzaj uszkodzenia i człowiek słysząc dźwięki, ma jednocześnie oszukiwaną percepcję, i widzi je. W swoim życiu spotkałem jeszcze tylko jednego synestetyka, malarkę, która z kolei "słyszała kolory". To bardzo ułatwia tworzenie, a na pewno pozwala uniknąć zestawień dysharmonicznych. W konsekwencji tego, najważniejszą kwestią jest kolorystyka, czyli w muzyce - brzmienie. Z nim utożsamiam przede wszystkim tę sztukę. Nie z nutami, nie z partyturą, jak wielu kompozytorów, nie z instrumentami, nie z obróbką i edycją, czy programami w komputerach. Ideałem muzyki dla mnie jest tonalność jako abstrakt bez nośnika.

- Idealizm, bardzo szlachetny pogląd, ale czy możliwy w praktyce? Wielu uważa pragmatyzm za niezbędny....

B. M. : Wielu też wciąż uważa, że ziemia jest płaska, a miliony much siadają... na czym siadają. Jasne, że nie będę chodził nago po ulicy i w końcu nauczyłem się wiązać sznurowadła w butach (śmiech). Jeśli jednak odwrócimy piramidę wartości, jak ma to w dzisiejszym relatywizmie powszechnie miejsce, to zaburzymy świat. I niestety tak się dzieje. Nagle jakieś ubezpieczeniowe towarzystwa stoją wyżej w hierarchii społecznej, niż dowolnie wybrany aspekt idealizmu. Nagle reklama, marketing i "zarządzanie zasobami ludzkimi" (gratulacje i order z ziemniaka dla wynalazcy przecudownej nazwy) są nową religią. Czy fajny jest taki świat? Jako ludzkość tak wiele rzeczy przeliczamy na pieniądze, a przecież nie wszystko w życiu jest transakcją i wierzę, że jednak kilku by się znalazło, którzy działają bezinteresownie (na przykład Ty). Tak wiele rzeczy zamieniliśmy w ustawy i postawiliśmy prawo ponad człowieka. Tak wiele rzeczy w końcu pojmujemy przez wyimaginowane wskaźniki, opowiadamy, że "PKB rośnie" (o ono rośnie nawet po wypadku człowieka, bo płaci on za swą rehabilitację), mówimy, że "skarb państwa stracił", w imię tego zamykając jednostkę w więzieniu i niszcząc jej życie, bo "popełniła przestępstwo skarbowe" (a "skarb państwa", to jest świnka - skarbonka, do której wrzuca się drobniaki, by Kowalski miał gorsze życie?). Jeśli w imię takiego pragmatyzmu mamy się wyrzec idealizmu, to ja dziękuję.

Wierzę w idealizm. Tymczasem dzisiejsze czasy, to królestwo pragmatycznego, utylitarnego, hedonistycznego wręcz, materializmu i relatywizmu. Zachwiały się wartości, pogardza się Prawdą, Dobrem, Pięknem. Jak mantrę powtarza się w kółko: "nie to dobre, co dobre samo w sobie, lecz co się komu podoba". Dlatego zewnętrzne tło współczesnego oblicza rzeczywistości bardzo słabo mnie zajmuje. I tak wszyscy pójdziemy do piachu, "a polityczne robaki będą toczyły na nas swe obrady". Jeśli skupimy się głównie na "ryciu nosem po ziemi", to niczym nie będziemy się różnili właśnie od robaków, co kiedyś stoczą na nas swój bój. Dlatego uważam, że są rzeczy ponad to, i że warto ich szukać. Każdy może obrać swoją drogę ku temu i każdy jest zrodzony do innych spraw (pomimo tego, że dzisiaj powszechnie się wymaga, by "wszyscy byli przedsiębiorczy"). Ja się urodziłem, by poszukiwać pośród dźwięków. Może mnie one zaprowadzą dalej, niż tylko "rachunki za gaz", albo mnie uwznioślą, uduchowią, a przynajmniej... po mnie zostaną. Jako idea przeżyją materię.

"Sztuka wysoka" jako sztuka wysoko uniesiona nad rzeczywistością. Postmodernistyczni relatywiści ("wszystko jest względne; o gustach się nie dyskutuje") odwiesili sądy wartościujące, ale wciąż nie chcą zauważyć linii demarkacyjnej między pragmatyczną rzeczywistością zza okna, a światem imaginacji, w którym - wysoko, właśnie - może rodzić się sztuka. A ta nie musi wcale odpowiadać na pragmatyczne "zapotrzebowanie odbiorców". Jako właśnie "wysoka", może mieć wszelkie aspekty rzeczywistości materialnej, głęboko w... wiadomo czym. Muzyka nie da jednak rady zbawić świata. Jeśli któryś kompozytor w to wierzy, niechybnie czeka go artystyczna śmierć (a przynajmniej wielkie rozczarowanie). Lecz muzyka zdaje się miewać moc próbowania łączeń z tamtym innym wymiarem.

- Podoba mi się to zdanie: "Na pierwszym miejscu jest artystyczna kreacja". Gdyby tak było w praktyce, nie byłoby tandety... Ale takie myślenie jest raczej niepopularne po kilku dobrze sprzedanych płytach ;).


B. M. : Syndrom drugiej płyty. Niektórzy artyści próbują dopasować się do oczekiwań publiczności, jaką zdobyli po pierwszym albumie. Zapomnieli, o czym wspominałem, że owa publiczność ich tak naprawdę nie potrzebuje. I wielu twórców się oszukuje, tańcząc jak im zagrają, fikając koziołki w tył i w przód, wkładając pióra w d...pę. Mam szwagra, któremu dobrze sprzedają się plakietki ze wstążkami. Nie będzie zatem zmieniał branży i produkował gwoździ, czy wiader emaliowanych. Skoro dzisiaj wielu uwierzyło, że "sztuka jest towarem" tak, jak te gwoździe, czy wiadra, to zaczęli stosować adekwatne zasady biznesowe. Lecz i porównanie jest wówczas identyczne. W takim wypadku nie tworzy się dzieł sztuki, tylko sprzedaje swe prace, niczym emaliowane wiadra.

Dlatego uważam, że tak ważna jest nadrzędność owej artystycznej kreacji jako drogowskazu. Jeśli o niej się nie zapomina, istnieje szansa na wartościowe dzieło. Jakże wielu artystów się jeszcze łudzi, że zadowoli tak zwaną "opinię publiczną" (kolejne puste pojęcie). Czasem mi nawet żal, gdy widzę, jak niektórzy próbują, to z jednym projektem, to z drugim, na zasadzie "a może któryś chwyci". A jak chwyci, to nie puści, aż udusi i mamy kolejne trupy zniewolonych złudzeń. A trupy śmierdzą i gniją.

- "Muzyka, to nie instrumenty" ? Jak to rozumiesz? Ja bym nazwał instrumentem cokolwiek wydaje dźwięk...Czy masz coś innego na myśli?


B. M. : Mam na myśli to, by nie pokładać nadmiernej wiary w sprzęt i technologie, by nie ekscytować się markami i tzw. kultowymi instrumentami, czy nowinkami technicznymi. Muzyka nie mieszka w instrumentach. Nie możemy gloryfikować konkretnego sprzętu, bo wówczas dałoby się powiedzieć, że twórcą danego utworu jest inżynier, jaki zaprojektował syntezator, a nie ten, który ów instrument obsługuje. Zauważyłem, że to muzycy najczęściej popełniają ten grzech, po nich są zaraz fotograficy. My uwielbiamy rozmawiać o instrumentach, amatorzy fotografii obwieszać się aparatami, niczym choinka świąteczna. Dlatego w tym wywiadzie nie ma prawie nic o technice, gdyż uważam, że muzyka, to coś więcej, niż tylko warsztat pracy.

Niedawno przeczytałem, że "królem wszystkich instrumentów są organy liturgiczne z katedr". Może i... instrumentów tak. Jednak one nie są tożsame z muzyką, a tylko są przekaźnikiem, jej nośnikiem, ot - narzędziem. Dlatego nie zachwycają mnie organy, choćby najcudowniej wykonane, nie zachwyca mnie żaden konkretny syntezator, czy nie wzrusza mnie ani jedna, markowa gitara. Najwspanialsze przy słuchaniu muzyki jest to, gdy nie wiem, jak została ona nagrana i na czym zrealizowana. Treść muzyki bez nośnika, a forma wyrazu jako rzecz wtórna. Czyli zupełnie inaczej, niż uważa dziś większość.

Muzyka, to także nie same emocje, jak się często słyszy. Gdyby tak było, że dostarczanie wzruszeń miałoby być głównym celem sztuki, wystarczyłoby kopnąć adwersarza w d...pę, a on z bólu emocjonalnego, przeżyłby artystyczne katharsis. Sztuka nie może pomijać intelektu, założeń twórczych, jakie na przykład mogą być zamknięte w manifeście artystycznym, nie może zapominać o kontekście, w jakim powstaje. Dlatego nie uznaję za wartościowych tych dzieł, które z założenia mają tylko wyciskać łzy, a i oszczędzam sobie czas, nie kontemplując dzieł (tfu-)rców, o których wiem, że ważniejsza jest dla nich kaszanka i konformizm dnia codziennego, niż poszukiwanie wzniosłych idei. Jak żyjesz, tak tworzysz.

- "Głos ludzki, wokalizy powinny być abstrakcyjne". Tu jesteś najbardziej buntowniczy ;). Gdyby świat tak uważał, wyparowałyby wszystkie piosenki...


B. M. : Może zostałyby tomiki wierszy, które z przyjemnością poczytałbym do poduszki? Są gatunki, jak muzyka sakralna, czy poezja śpiewana, której kwintesencją jest słowo. Jednak ja wokalizy uznaję jako kolejny instrument, który przy całej swej doskonałości, podlega jednak takim samym prawom aranżacyjnym, jak inne instrumenty. Mnie nie interesują wyśpiewywane teksty o tym, jak to "jedna kocha drugiego", lecz najwspanialsze są idealistycznie zrealizowane wokalizy, tak uniwersalistyczne, że zrozumiałe zawsze i wszędzie. Nawet, gdyby na ziemi nie pozostał ani jeden człowiek. To oczywiście moje zdanie (jak i inne w tym wywiadzie), dotyczące mojej muzyki i aktualnie się go trzymam. Pies, kot do ciebie nie mówi, a jednak się rozumiecie. Lisa Gerrard też często śpiewa "po norwesku", wymyślając sobie gugający język. Nie zgadzam się zatem z postmodernistycznymi neopragmatystami i podobnymi relatywistycznymi "-izmami", które twierdzą, że "istnieje tylko to, co da się wyrazić w języku". Przecież język nie stwarza świata, tylko go opisuje. Co z moimi snami, które są czasem tak nieprawdopodobnie wybujałe, że nie daję rady ich jakkolwiek wypowiedzieć? Co z przeogromnymi pokładami niekończącej się wyobraźni, jaka potrafi zawstydzić tak, że nie udaje się jej wyrazić nawet za pomocą abstrakcji? Wokal zamknięty semantycznym schematem ogranicza, bardzo dobrze to widać, przebywając pośród międzynarodowego towarzystwa. Natomiast wyrażany wręcz pierwotnie, niczym onomatopeja, jest doskonałym narzędziem w procesie tworzenia dzieła sztuki. Może właśnie to jest droga, która potrafi doprowadzić do tego innego, idealistycznego świata? A przynajmniej zajrzeć za kurtynę.

- "Nie jestem zainteresowany czystą formą eksperymentu." Jak to rozumieć?


B. M. : Tak, jak najszybciej starzeje się nowoczesność, tak i eksperyment cierpi na podobną przypadłość: w krótkim czasie jest niestrawny. Jeśli artysta zapomni o wartościach poza formalnych, jeśli warsztat dla niego będzie ważniejszy, niż przekaz, forma będzie górować nad treścią, będzie stracony. Jakże wielu dzieł dzisiaj nie da się słuchać! Jakże wiele prac dziś śmieszy, bo na przykład rozwój technologii sprawił, iż byle dzieciak w telefonie komórkowym zrobi to sprawniej i szybciej. Nie starzeją się tylko te dzieła, które nie są czystą formą eksperymentu dla... samego eksperymentu. Można wymiotować na odległość i być z siebie dumnym, bo nikt tak daleko jeszcze "nie puszczał hafta" i napisać na afiszu - "Ludzie, ludzie, cuda w tej budzie, pierwszy pokaz w Europie rzygających tak daleko!" Lecz ilu spośród publiczności będzie zachwyconych i zapragnie częstszego obcowania z takim, hm... dziełem?

- "Jest jeszcze wiele do odkrycia. Nie zgadzam się z tym, że w sztuce już wszystko się wydarzyło". Też tak uważam, póki są ludzie na tej planecie, zawsze będzie progres.


B. M. : Pozornie może się wydawać, że rzeczywiście na tyle jest już tłoczno w sztuce, iż niewiele zostało nam do zrobienia, ale to byłaby okrutna krótkowzroczność! Bogusław Schaeffer powiedział wręcz, że "jeśli słyszymy od kogoś, że „wszystko już napisano”, to znaczy, że rozmówca jest durniem, który nie ma pojęcia o potencjale muzyki". Ciągle wiele jeszcze pozostaje do odkrycia, nie wspominając nawet o tym, że przyjdą nowe technologie i pojawią się nowe pola do eksploracji. Lecz i teraz wciąż ludzka imaginacja ma przewagę nad technologią, która mimo rozwoju, jest jednak zbiorem zamkniętym. Opowiem Ci pewną anegdotę. Johannes Brahms spacerował raz po plaży z kimś, kto narzekał, że cała dobra muzyka została już skomponowana. "Popatrz" - powiedział Brahms, wskazując na morze - "nadpływa ostatnia fala".

- "Wyobraźnia ludzka jest przed technologią, duch przed materią." To walka wielu, czy nie na tym polega sztuka?


B. M. : Wcale nie wielu. Walka, którą większość przegrywa lub w konfrontacji z codziennością, oddaje walkowerem. Ciężko w tak materialistycznych czasach zachować zimną krew. Widzę, jak wielu moich znajomych, którzy zajmowali się sztuką, zwyczajnie to sobie odpuściło, choćby z jednego powodu: nie chcieli się więcej tłumaczyć, że nie są wielbłądami. Spróbuj zrobić prosty eksperyment. Powiedz na cioci imieninach, że jesteś artystą i czekaj, po jakim czasie padnie z towarzystwa pytanie - "ile z tego wyciągasz?" lub wątpliwość - "dlaczego się tym zajmujesz, skoro nic z tego nie masz?". Dziś prawie każdy tworzy, ale bardzo mało z nich jest prawdziwie poszukującymi artystami. Do czasu, do kiedy nie postawi się wyobraźni przed technologią, a ducha przed materią, nie będzie szansy na dobre owoce. Lecz owoce nie wyrosną, gdy ziemia wyjałowiona, a przecież w dzisiejszym świecie mamy w sadzie wielki nieurodzaj. "Po owocach ich poznacie" mówi Pismo Święte. Tak zatem należy wypatrywać tych ostatnich, prawdziwych artystów. Bycie artystą, to poszukiwanie, to podążanie ku jasnemu celowi. Sztuka polega na tym, że artysta ma idealistyczny cel i do niego próbuje się zbliżyć.

- "W muzyce poszukuję głębi, szczegółów i smaczków". Dlatego lubię Twoją muzykę ;).


B. M. : Dziękuję. Szczególnie interesuje mnie to, co dzieje się na drugim i dalszym planie. Relacja między szczegółem a całością. Zasłuchuję się w tym, co pomiędzy nutami. Stąd nie interesuje mnie rozrywka, gdyż nie ma w niej głębi, tak łatwo pomija się szczegóły, smaczki, a skupia na całości - to ma być przebojowe za wszelką cenę. Śmieszy mnie także konsumpcja muzyki na "pierdziawkach", typu głośniki notebooka, czy telefonu komórkowego. Na tym polu mam kolejne zawężenie, co do potencjalnych odbiorców. Podsumujmy - już nie będą mnie słuchać, bo nie robię muzyki utylitarnej, do tańca, nie sięgną, bo nie będzie im się chciało poszukać darmowych plików FLAC (w końcu to nie "prestiżowa" i pachnąca płyta z komercyjnego wydawnictwa, opisywanego przez "każdy porządny portal muzyczny"), nie sięgną, bo nie będzie im się chciało patrzeć na greckie tytuły i w końcu nie usłyszą, bo "głębi, szczegółów i smaczków" nie da się kontemplować na owych pierdziawkach. I wiesz co? Jestem z tej wyliczanki dumny.

Nie przepadam jednak za stwierdzeniem, jakoby "cisza była też muzyką". Truizm! Do tego, zdaje się nieprawdziwy. To tak, jakby powiedzieć, że zagruntowane białe płótno jest już malarskim obrazem (oczywiście cisza nie jest odpowiednikiem barwy białej w malarstwie; bezpośrednim przełożeniem będzie tu biały szum, który jak rozszczepione światło przez pryzmat, daje się filtrować). To, że białe światło można rozszczepić na inne barwy, nie znaczy, że bez ingerencji twórcy, mamy gotowe dzieło sztuki, do tego będące kwintesencją innych barw. Obrazem malarskim i muzyką jest to, co artysta ułoży według swej wizji. Tworzenie, to zagęszczanie rzeczywistości według percepcji i filtrów tworzącego. Co najwyżej, cisza może być tylko punktem wyjścia i... aż natchnieniem.

Bardzo interesuje mnie wypływanie na głębokie wody i chciałbym poszukiwać możliwości do realizacji tych zamierzeń. Wiem, że tkwimy w przestrzeni euklidesowej i ucieczka, od choćby czasu, nie jest łatwa, ale przynajmniej chcę szukać możliwości tworzenia iluzji. Oto "plama dźwiękowa" gra w głąb, a nie jako następstwo prostych nut jedna po drugiej. Chcę tej głębi, poszukam pływających, oddychających struktur dźwiękowych.

- Dźwięk zwany "słoniem" Możesz rozszerzyć ten temat?

B. M. : Dla mnie muzyka, to plamy sonorii. Wyruszyłem na poszukiwanie czegoś "poza". Poza rytmem, poza masującymi wątrobę basami, poza tanimi wzruszeniami. Interesuje mnie to, co poza życiem, interesują mnie dźwięki, jakie nazywam "słoniami". Tego nie da się zamknąć w prostych formach: rytmu, melodii, agogiki itp. Fascynuje mnie poszukiwanie czegoś, co od lat siedzi w mej głowie i wciąż nie udaje się muzycznie do końca zwerbalizować. Uwielbiam dźwięk, przypominający wyjącego słonia, ale nie pod względem barwy, lecz samej obwiedni dźwięku. Powoli narastający i równie powoli opadający. To taki mój podpis, dzięki któremu nie muszę już tytułować utworów swoim nazwiskiem. Jeśli uważnie się przysłuchasz wielu moim utworom, zapewne szybko zauważysz, że te moje poszukiwania często mają miejsce i ów dźwięk jest być może przeze mnie nawet nadużywany. Mam taką manię prześladowczą i niewiele mogę z nią zrobić, stąd pewnie natręctwo będzie się nasilało (śmiech). Jasne, nie wiem, czy mi się uda kiedykolwiek dotrzeć do celu, ale wypada mi robić tak, jakby musiało się mi udać.

- "Mistycyzm - muzyka pomostem do innych światów". Bardzo ciekawy temat. Masz nadzieję że Twojej muzyki mogą słuchać kosmici, obcy lub... Aniołowie?


B. M. : Stanowczo nie. Rzeczy, jakie wymieniłeś jednym tchem, należą raczej do New Age. Ruch ten wybiera pewne elementy z innych religii, nawet i z chrześcijaństwa, lecz idzie w kierunku lucyferycznego światła. Uważałbym na to, bo o ile początek drogi może zdawać się wręcz przyjazny, o tyle jego zakończenie jest tragiczne.

Tymczasem muzykę mogę potraktować wręcz jak modlitwę. Mówiliśmy wcześniej o słuchaczach, a raczej świadomym pomijaniu ich w procesie twórczym. Nie tworzę dla splendoru i prestiżu, nie chcę przypodobać się nikomu z ludzi. Nie interesuje mnie "tu i teraz". To ziemskie, materialistyczne i małe. Jednak cała reszta, to sprawy Boskie, a już Jemu mogę oddać choć swoją sztukę. Tworząc, mogę próbować budować pomost do transcendentnego świata, jak mistycy, którzy obdarzeni charyzmatami, łączyli się w modlitwie, czy medytacji z samym Bogiem.

- "Kreuję swoje własne, organiczne dźwięki" Jak to wygląda od praktycznej strony?

B. M. : W tej chwili skupiam się na tworzeniu barw wręcz od zera i na samych kompozycjach. Po tylu latach wiem, że nie warto korzystać z żadnych presetów, bibliotek, czy sampli. To powoli zabija artystę. Uważam, że poszukujący twórca może być na tyle rozpoznawalny, że z dowolnym, acz przyzwoitym instrumentarium, w jakimkolwiek studiu nagrań, zabrzmi charakterystycznie dla siebie samego. O ile wypracuje tę swoją własną wypowiedź. Nie mam kompleksów co do sprzętu, "słonia" można kręcić na wielu maszynkach (śmiech). Zatem siadam i kręcę. Organicznie, od samego początku, bez gotowców, bez szablonów.

- "Jeśli też sam tworzysz sztukę, możemy wymienić się pracami".
Wyobraź sobie że ja wierzę, że kiedyś nastanie taki czas, że właśnie w ten sposób ludzie będą wymieniać się owocami swoich umiejętności i talentów. Być może po publikacji tego wywiadu spłyną do Ciebie konkretne oferty?


B. M. : Wymiana towarowa jest na tyle czystą, że pozwala nie wikłać się w te wszystkie negatywne aspekty, o jakich wspominaliśmy. Marketing, transakcje, podatki i inne te sprawy, to narośla, które wyrządziły na tym świecie wiele krzywd. Cudownym by było, gdybym mógł iść do piekarni i za chleb dać piekarzowi swoje utwory. Pewnie wówczas nigdy nie byłbym głodnym. Niestety w tym układzie polityczno - ekonomicznym jest to niemożliwe. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że przez wychowanie, może system edukacji, bądź wyeliminowanie w tej kwestii ostracyzmu w społeczeństwie, ów piekarz będzie potencjalnie zainteresowany jakąś bezpośrednią formą sztuki, stawiając ją wyżej od pieniędzy, które dostaje tu i teraz. Niby coraz więcej ludzi ma wyższe wykształcenie, ale wiedza polega na umiejętności jej wyszukiwania. W innym wypadku byłaby to tylko informacja. Jakże często bywamy przeinformowani, a nie douczeni. Dlatego tak bardzo cenię sobie, gdy już w tej chwili odzywa się do mnie jakiś filmowiec, czy poeta i pokazuje owoce swej pracy. Tego co prawda jest coraz mniej, ale też i ze względu na większą łatwość dostępu do sieci. Kiedyś film, czy nawet tomik wierszy, należało wysłać konwencjonalną pocztą. Własne albumy także wysyłałem na płytach. Teraz wystarczą linki do miejsc, skąd można pobrać prace. Coraz więcej wiemy o swych znajomych, a coraz rzadziej z nimi rozmawiamy.

Stąd tym bardziej dziękuję Ci za tę rozmowę! Padło z mej strony wiele słów, ale mam nadzieję, że muzyka powie jeszcze więcej. Oto marzenie twórcy: nie dopowiadając, wypowiedzieć wszystko.

Koniec drugiej części wywiadu.