poniedziałek, 7 listopada 2011

Piotr Krzyżanowski - To muzyka jest najważniejsza. Część I



Brunette Models jest muzykiem, filozofem i na pewno bardzo ciekawym człowiekiem. Pod tym pseudonimem skrywa się Piotr Krzyżanowski. Autor kilku znakomitych płyt ze stonowaną muzyką, którą dla ułatwienia można podciągnąć pod termin "ambient".
 
- Hej! Nie wiem czy sobie mnie przypominasz ;). Wymieniliśmy kilka maili na początku roku.

B. M. : Damianie, nie tylko Cię pamiętam, ale i bardzo dobrze kojarzę! Trudno nie pamiętać ostatniego słuchacza, jaki pozostał (śmiech). Sądzę, że w środowisku muzyki elektronicznej jesteś nie mniej rozpoznawalny, niż muzycy. W końcu często powtarzam, że tych ostatnich jest więcej, niż samych słuchaczy.

Jednocześnie przepraszam, że ze zwłoką odpisuję, ale jak sugerowałem wcześniej, ograniczam sobie dostęp do sieci. I nie płaczę nad tym specjalnie, gdyż - jak mawiał Nikifor Krynicki - "szkoda czasu". Bestia ta uzależnia, przynajmniej ja czułem, że kradnie mi zbyt wiele czasu. Bez komputerów udaje mi się być bardziej skupionym i wyciszonym. Czuję, że wciąż się zmieniam.

Przede wszystkim bardzo dziękuję za recenzję staroci "Magnus luctus in ergastulo". Tego się nie spodziewałem! Archeologia, czyli po trochu wyciągane z lochu. Przyznam, że zawstydziło mnie zdanie - "Szkoda tylko, że muzyk kryjący się pod nazwą Brunette Models, tak rzadko wydaje swoje płyty". Mam wiele nagrań, ale nie upubliczniam ich wszystkich, gdyż nie sądziłem, że w ogóle ktoś tego oczekuje. Jak powiedziałem, nawet myślałem, że już nie ma ani jednego słuchacza. A i przychodzi taki czas w życiu tworzącego, gdy przestaje on uznawać publiczne wylewanie się - za cnotę. Wiem natomiast, że i bez ostatniego człowieka na ziemi, nie przestałbym tworzyć. Jeśli chcę, by powstawały wartościowe rzeczy, zwyczajnie muszę zapomnieć o odbiorcach. Ceną za to jest to, że i oni zapominają o tobie (śmiech).

Z drugiej strony, dzięki Twojej recenzji uświadomiłem sobie, jak czas szybko przemija i po kilkunastu latach od oficjalnego debiutu (i kilkudziesięciu samego grania!), istnieje tak względnie mało albumów.

- Właściwie to nie lubię ambientu, uważam że to strasznie nudna muza ;). Ale Twoje projekty są faktycznie na poziomie co najmniej Biosphere.

B. M. : Wiesz? Ja ambient w sumie... też uważam za nudny. Ta konwencja formalnie się wyczerpuje. Trudno jednak uciec od samego terminu, skoro wkoło on się pojawia i werbalnie dookreśla ten rodzaj poszukiwań dźwiękowych. Nie mam wpływu na to, jak nie mam wpływu na bzdury pojawiające się w recenzjach. Na przykład gdzieś ostatnio przeczytałem o "rzeźbieniu samplami", czego przecież nie robię. Wypuszczasz coś w świat, a to potem żyje własnym życiem. Dotyczy to także każdego utworu. Nie masz wpływu na to, że Twój syn pali, a córka się łajdaczy, tylko raz na jakiś czas dostaniesz wezwanie do sądu.

Ja sam wolę określenia opisowe. Może "atmospheric", czy "deep listening music", choć i tak są one mało precyzyjne. Zapomnijmy o szufladach i gatunkach. Inaczej zresztą już dziś podchodzę do muzyki, nie na wciąż obowiązujący sposób XIX-wieczny. Nie lubię jej rozumienia jako "przebiegu wysokości dźwięków w czasie - na tle bębnów". Wolałbym widzieć w niej idealistyczne możliwości, czy wręcz jakiegoś mistycznego łącznika z "innym wymiarem, innymi światami". Most ku transcendencji?


- Jakie były Twoje muzyczne początki?

B. M. : Do muzyki "przyszedłem" nie od strony elektroniki, ale klimatów zbliżonych do 4AD. Lubiłem bardziej klimatyczną muzykę, jak tę z serialu lat 80. "Robin z Sherwood", niż na przykład Jean Michela Jarre'a. We Floydach jednak także się zasłuchiwałem, ale to było dawno i nieprawda. Zresztą odkrywam, że dla mnie najważniejsze były dźwięki, brzmienie, a co za tym idzie... klimat. Dead Can Dance, Clannad w dzieciństwie zapewniały mi to, JMJ - nie. I chyba do tej właśnie "elektroniki" bardziej trafiłem od strony warsztatu - chciałem być "panem i władcą dźwięków", więc w grę wchodziło samodzielne nagrywanie i posługiwanie się instrumentami, w tym wypadku syntezatorami. Możesz je zaprogramować, ustawić grzecznie w szeregu, z ludźmi bym tak nie śmiał. Forma została wymuszona przez treść, aparat wykonawczy poddał się duchowi. Na szczęście nie było odwrotnie. Pierwszą kasetę magnetofonową (to takie coś płaskiego z dwiema ząbkowanymi dziurkami, droga młodzieży) nagrałem, gdy miałem lat... 10. Tak, tak, słownie: dziesięć!

- Bardzo mnie intrygują kobiece głosy jakie pojawiają się na Twoich płytach. Możesz uchylić rąbka tajemnicy, skąd i jak się tam pojawiły?


B. M. : Głos na "Impresjach Szeptów", to Aleksandra. Nagrywałem ją w akademiku studenckim, jak i w Inowrocławiu, na solankach. Głosy też przywiozłem sobie z Krakowa, np. dzieci, sięgające po śnieg w dzielnicy starego Kazimierza, które krzyczą: "ajć, zimny!". Na "Last Poem", to Renata. Co ciekawe, ta opowieść o misiu, to z zajęć terapeutycznych dla dzieci. Artystkę Agnes de Venice słychać w najnowszych utworach. Zawsze fascynowały mnie kobiety o ciekawych głosach i tylko z takimi się umawiałem.

- Słucham Impresji i pozostałych płyt i mam wrażenie, że "Apsychastenia" jest trudniejsza w odbiorze a Impresje i Last Poem lżejsze.....

B. M. : Ciekawe, że za najmniej przyswajany materiał uważasz "Apsychastenię", bo dostałem głosy akurat odwrotne, że "Impresje..." wraz z "Last Poem", są cięższe, a "Apsychastenię" łatwiej strawić. Ale to wszystko i tak jest w kategorii ciekawostek, bo utwory się rodzą, wychodzą w świat (albo i nie), a potem już żyją całkowicie własnym życiem. O tym wspominałem. Dlatego bardzo Ci dziękuję, że w ogóle chciałeś zwrócić na nie uwagę, i że o nich piszesz. Ilością "oficjalnych recenzji" w publikatorach się nie sugeruj, to marketingowa papka, czyli oszustwo. Bez kokieterii wypowiem, że ważne jest takie szczegółowe postrzeganie nut, jak Twoje i tacy komentatorzy, jak Ty.

W ogóle, to muszę zauważyć, iż uwielbiam historie, w wyniku których się okazuje, że to muzyka jest najważniejsza. A jej autor na szarym końcu. Dziś, w epoce "najważniejszego loga" (czytaj: nazwiska artysty) bywa inaczej. A tymczasem lubię takie na przykład wątki na forach, gdy ktoś chociażby podwiesza fragment, zgrany ze starej taśmy magnetofonowej i się podpytuje, co to za płyta. W takim wypadku jest to idealny dowód na to, że komuś zależy właśnie na samej muzyce, nie "na nazwisku". Dziś taki JMJ może - pardon - "pierdzieć do mikrofonu", a tłumy się na to rzucą. Marzy mi się czas, gdy moja muzyka będzie anonimowo, bez podpisu, krążyć sobie po świecie, a ktoś się nią zainteresuje, jako właśnie "dźwiękami samymi w sobie".

- Jak doszło do tego, że wyemigrowałeś na Cypr?

B. M. : Cypr zdarzył mi się zupełnie przypadkowo. Siostra miała chłopaka, ten miał kuzyna, kuzyn - kumpla, kumpel wracał do Polski, zapytali się mnie, czy ja nie chcę tam podjechać etc... (w całej opowieści brakuje jeszcze kota, rybek oraz psa). Ot, zrządzenie losu, bądź... transcendentny determinizm. Choć przyznam się w tym temacie, że zawsze uwielbiałem co najmniej alfabet grecki. Lubię ten język! Pisanie greką, to jak używanie "szyfru dla wtajemniczonych". Niewielu to odczyta, a przez to trafiam już na wstępie do ludzi, którym "się jeszcze chce". Chce coś więcej, niż tylko ślizgać się po powierzchni i chłonąć, co poda mainstream. Może, pośród wszędobylskiej angielszczyzny, będę tytułował utwory językiem greckim? Ha, nawet ciężko będzie zapisywać je na stronach internetowych, czy w notatniku! Intryguje mnie to jednak wielce. I niby podobna historia jest z rosyjskim, ale w sumie dotyczy to bardziej samego pisma, bo mowa, ze względu na wspólne korzenie słowiańskie, jest jednak bliźniacza.

A propos właśnie Rosjan, to... nie mam nic przeciw podobnym "pirackim" portalom, do jakiego pokazałeś link (jest tam dostępna "Last Poem", zdziwiło mnie same zjawisko i fakt, że muzyka Piotra i tam jest popularna - przyp. D. K.). I choć sam nie piratuję, przyzwalam na powielanie mojej muzyki. W końcu chodzi o jak najszersze rozpowszechnianie. Tantiemów i tak nie mam absolutnie żadnych, nawet z oficjalnych tłoczeń.

Sądzę, że lepiej rozpowszechniać albumy w większych ilościach, udostępniając je do pobrania w sieci, niż blokować sobie dystrybucję u wydawców krążków, którzy na dodatek obdarzą cię kiczowatą okładką, za jaką musisz się wstydzić przed ludźmi, którzy mają choć trochę bardziej wysublimowany sąd smaku. Choć rozumiem, że rolą wydawcy nie jest żaden mecenat kultury, ale po prostu prowadzenie interesu według tak zwanych (tfu!) "zasad rynkowych". Zamiast wydawać płyty, mogliby przecież sprzedawać ziemniaki, czy dystrybuować rajstopy. "Biznes jest biznes", jak mawiają kameruńscy poeci.

Aktualnie największym jednak ograniczeniem sieci jest to, że ciężko upchnąć wielkie pliki o wysokiej rozdzielczości, jak na przykład całe albumy 24 bit/ 96 kHz. Mam nadzieję, że w przyszłości się to zmieni, tak aktualnie nagrywam muzykę i jako takie pliki FLAC chciałbym ją rozpowszechniać. Sam pamiętam czasy, gdy chodziło się do biblioteki uniwersyteckiej, czyli jedynego miejsca w mieście z publicznym dostępem do Internetu i przepychało się kolanem empetrójkę, by w ogóle wyszła z dyskietki na stronę www. To się także dynamicznie zmienia i jest to jeden z nielicznych, pozytywnych aspektów WOR-a (czyli współczesnego oblicza rzeczywistości).

Koniec pierwszej części wywiadu.