poniedziałek, 21 listopada 2011

Krzysztof Radomski - Nadchodzi era nieograniczonego streamingu

Krzysztof Radomski - kompozytor z Kowar, fascynujący się wieloma odmianami muzyki elektronicznej. Autor kilku płyt z przystępną elektroniką jak i bardziej ambitną formą dźwiękowego wyrazu.

1) Twoja strona internetowa ma ciekawy tytuł: "Epsilon Pages". Skąd taki pomysł?

K.R.:To nawiązanie do tytułu mojego pierwszego albumu wydanego jako Protonic Storm. Z racji tego, że wówczas wydawało mi się, że zajmować się będę tylko muzyką spacesynth, tak zostało.

2) Zaczynałeś od grania muzyki trance, goa, space. To dość dynamiczne i optymistyczne formy. Odnoszę wrażenie że dobrze Ci się je grało. Po kilku latach decydujesz się realizować bardziej ambitne projekty. Jak do tego doszło?

K.R.: Nieprzebrane są zasoby Internetu... a nieograniczony dostęp do treści nawet niezbyt legalnych (a w zasadzie wcale) ma też swoje plusy - pozwala na nasiąknięcie klimatami, o których istnieniu do dziś bym nie wiedział, gdybym dostępu do tego źródła nie miał. Dziś już nie ściągam muzyki z internetu, ale miałem swój okres szaleństwa. Kolekcjonowanie absurdalnych ilości mp3 odchodzi do lamusa - nadchodzi era nieograniczonego streamingu. Dobrze, że wytwórnie zdały sobie sprawę, że nie wygrają z P2P, ale już wracam do tematu. Myślę, że wpływ na to miała też pewnego rodzaju euforia spowodowana "sukcesem" (zabawnie to teraz dla mnie brzmi) w postaci własnego, fizycznego albumu wydanego przez prawdziwy label. Człowiek myśli, że jest niepowstrzymany, gdy dać mu wiarę w siebie, zaczyna szukać nowych wyzwań dla swoich umiejętności, a szuka póki nie dotrze do granic swojego talentu. Tak było ze mną - gdy spacesynth trochę mnie znużył, gdy okazał się niewystarczającym wyzwaniem, a równocześnie odkryłem rejony muzyki elektronicznej daleko wykraczające poza muzykę melodyjną, zadziałało to na mnie jak płachta na byka. Przełomem była płyta "Substrata" Biosphere'a - pamiętam, że przy pierwszym odsłuchu, gdy te klimaty były dla mnie zupełnie obce, pomyślałem "Co to niby ma być? Gdzie jest beat?" i mp3 poszło w kąt twardego dysku. Jakiś czas później niezidentyfikowana melodia zaczęła mnie dręczyć i kołatać po głowie; wiedziałem , że gdzieś mam album, z którego ona pochodzi, i po jakiś czasie grzebania w końcu odnalazłem - to była "Poa Alpina". Tym razem przesłuchałem cały album w niewymówionym olśnieniu, a całe moje pojęcie na temat muzyki uległo momentalnemu przedefiniowaniu. No i się zaczęło - najpierw rzuciłem się na gatunek ambient jak pies na świeżą kość. Potem zacząłem grzebać w muzyce eksperymentalnej, rozpocząłem też poszukiwania źródeł muzyki elektronicznej, aż dotarłem do muzyki konkretnej. To był okres, w którym szukałem muzyki skrajnie obcej, im bardziej nie pasującej do tego, co zwykły człowiek nazywa "muzyką", tym lepiej. Ocierałem się o muzykę algorytmiczną, elektroakustykę, noise, izolacjonizm, dziwadła pokroju Aube, Zbigniewa Karkowskiego, Daniela Menche, Schloss Tegal, eksperymenty Williama Basinskiego, sterylności absolutne Carstena Nicolaia czy Ryoji Ikedy. Po jakimś czasie podjąłem też próby tworzenia własnych kompozycji z niestrawnych dźwięków; na początku szło to kiepsko, ale z czasem utwory nabierały sensu na tyle, że można było z nich sklecić album. W ten sposób powstała pierwsza płyta "Fonolabe".

3) Między dwoma płytami które łączy słowo: "Fonolabe" penetrującymi rożne zakątki muzyki ambient, eksperymentalnej, wydajesz z przyjacielem Krzysztofem Skrobowskim bardzo urokliwą trzy częściową suitę - "Echoes". Już jakiś czas temu zwrócono mi na nią uwagę, mówiąc że to jest dobra muzyka. Opowiedz więc trochę szerzej o tym popularnym wśród internetowych słuchaczy zapisie.

K.R.: Popularnym? Chciałbym mieć podstawy wierzyć, iż to nie jest to jedynie kurtuazja.

4) Popularności w naszym kraju raczej nie warto mierzyć ilością otrzymanego finansowego wsparcia za pobrany plik. Napisałem że ta muzyka jest popularna, bo okazało się że gdy pokazywałem link do Echoes, moim znajomym, większość kolegów mówiła: tak, pobrałem już te nagrania - to dobra płyta.

K.R.: Nie byłem tego świadom. Oczywiście miło się tego dowiedzieć. Cóż tu opowiadać - spotkaliśmy się z Krzysztofem Skrobowskim (wówczas pracowaliśmy w tym samym miejscu) na wieczornym spotkaniu w celu wspólnego pobrzdąkania, bez planów, by cokolwiek poważnego nagrywać. Po zakończeniu okazało się, że można to (oczywiście po dodatkowej obróbce) zsumować w jedną koherentną całość. Gdybym miał się wcześniej przygotować do takiej zabawy z planem nagrania albumu, zaprogramowałbym odpowiednie barwy dla sekwencji, dobrałbym inne brzmienia perkusyjne, ale naprawdę - wszystko powstawało na poczekaniu, więc wrzucałem brzmienia, które akurat były pod ręką. W wyniku wyszło to mniej ciekawie, niż mogłoby, ale cóż - taka natura improwizacji. No, nie do końca wszystko powstało na poczekaniu - warstwa świergoczących efektów dźwiękowych została dodana później, w czasie obróbki, w celu wzbogacenia całości o bardziej kosmiczny klimat. Zauważywszy, że album się "przyjął", nawet planowaliśmy ponowne spotkanie w celu nagrania "Echoes II", ale jakoś nigdy do niego nie doszło. Nie wiem jednak, czy cokolwiek by z tego wyszło - celowa intencja mogłaby zniszczyć szczerość tak powstałego materiału.

5) Pośród różnych źródeł inspiracji wymieniasz obok siebie Lustmord, Karlheinza Stockhausena i... Koto. Dość skrajne klimaty. Czy to stara miłość, czy po prostu słuchasz wielu rzeczy nie ograniczając się do jednego nurtu?


K.R.: "Masterpieces" Koto to była pierwsza kaseta z muzyką elektroniczną, z jaką się zetknąłem - było to w okolicach roku 1988. Zawsze byłem introwertycznym dzieciakiem o skłonnościach do alienacji, nie potrafiącym znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. Zawsze fascynowała mnie matematyka i programowanie. Wydaje mi się, że ludzie uważali, że ze mną jest coś nie tak. Dlatego właśnie coś tak kosmicznego jak Koto totalnie mnie zachwyciło, wiedziałem wówczas, że to jest MOJA muzyka, która pozwala oderwać się od tej rzeczywistości szarych ludzi, fascynujących się miałkimi brazylijskimi serialami i nudną piłką nożną. Koto to był klimat, z którym się identyfikowałem. A że zawsze miałem jako-takie zdolności plastyczne, lubiłem zamykać się w swoim świecie i rysować grafiki sci-fi. Koto i Laserdance idealnie się z tym uzupełniały. Po latach odkryłem, że ówczesny spacesynth był jedynie instrumentalną wersją italo-disco, ba - niektóre melodie były żywcem zerżnięte z niektórych hitów italo, czego długo nie mogłem zaakceptować. Później przestałem na to zwracać uwagę, ponieważ nie zamierzałem porzucać sentymentu do tej muzyki, a wiadomo jaką siłę ma sentyment. Do dziś lubię ten gatunek, tym bardziej, że współcześni twórcy spacesynth potrafią być zdecydowanie bardziej ambitni niż pionierzy. A co do słuchania - fakt, słucham bardzo różnych rzeczy, byleby były elektroniczne i nie posiadały nacisku na wokal. Czy to melodyjne, czy nie, czy ma dynamiczny rytm i perkusję, czy snuje się menel po dworcu PKP - łyknę wszystko. Czasem mam ochotę na Oöphoi, czasem na Cosmosisa, czasem na Klausa Schulze, a czasem na Noisię. W każdym gatunku są rodzynki, które są jak dla mnie wybitne i mógłbym ich słuchać na prawie na okrągło.

6) Często zmieniasz instrumenty? Czy Alesis Ion ze swoją polifonią, oscylatorami, filtrami LFO jest dalej dobrym narzędziem do kreowania Twojej muzyki czy masz inne, swoje przemyślenia na temat instrumentów?

K.R.: Nigdy bym nie kupił syntezatora sprzętowego. Alesis Ion jest prezentem od społeczności spacesynth.net, za który jestem im bardzo wdzięczny, ale jedynie potwierdza moje przekonanie o nieadekwatności sprzętowych syntezatorów w moim "studiu". Trochę utylizuję jego syntezę w muzyce, choć głównie używam jako klawiatury sterującej, ale generalnie trzymam się software'owych synthów, bo to po prostu moja bajka. A właściwie jednego - leciwego Z3ta+, mojego syntha z wyboru - mogę na nim zrobić wszystko co potrzebuję. A co do nowszych generacji wirtualnych syntezatorów, to od dawna nie śledzę zmian na tym polu - znudziło mi się to. Wszystkie te "rewolucyjne" VSTi to w kółko jedno i to samo, tyle, że zwiększana jest precyzja syntezy i dodawane są funkcje, których nikt nie potrzebuje. Możliwości każdego z nich są na tyle olbrzymie, że dalsze ich zwiększanie jest celowe albo dla masochistów, którzy zamiast się skupiać na muzyce, tracą czas na grzebanie w nowych funkcjach hamując swoją kreatywność, albo dla pokolenia digital-natives o zdolnościach mózgochłonnych będących poza moim zasięgiem. Nie mamy pojęcia, co nas czeka... ale znów odbiegam od tematu.



7) Spacesynth.net, to rzeczywiście ciekawa społeczność,  a  instrumentarium to temat rzeka, z którego zrobilibyśmy pewnie drugi wywiad. Ja się zastanawiam co by nagrali herosi elektronicznego rocka gdyby mieli w 1976 roku instrumenty i możliwości obróbki komputerowej dźwięku z 2011 roku. Tamten potencjał i ciekawość a dzisiejsze możliwości. No ale może to bezsensowne rozmyślania....

K.R.: Z drugiej strony ograniczenia stanowią wyzwanie. Kiedy mój ojciec kupił mi PC-ta w 1997, zaczynałem na SoundForge'u (oczywiście pirackim), mimo że to tylko edytor dźwięku, nie posiadający nic z sekwensera. Mozolnie pitchowałem sample, wklejałem je do pustego pliku opierając się o markery, i w ten sposób układałem melodie, linie perkusyjne, smyczki, itd. a następnie tak utworzone patterny miksowałem ze sobą. Nie znałem wtedy niczego lepszego. Ale to niewyobrażalne dziś dla mnie ograniczenie mnie ukształtowało. Robiłem wtedy więcej muzyki niż kiedykolwiek później, gdy już pracowałem na DAWie.
Podejrzewam, że gdyby dać mistrzom z lat 70'tych dzisiejszy sprzęt, poczuliby się nieswojo, przytłoczeni ilością wiedzy, jaką musieliby opanować, aby w ogóle ugryźć ten sprzęt. Brakowałoby im tego stopnia przejściowego pozwalającego strawić nową technologię, jak dawały pierwsze analogi o konstrukcji prostej choć żmudnej w użytkowaniu. To jak z komputerami - pierwsze komputery były prymitywne i obsługiwało się je według prostych zasad, za pomocą bardzo niewielu poleceń, ale w sposób bardzo żmudny, a pierwszymi programistami byli naukowcy o większych niż przeciętna zdolnościach intelektualnych. Dziś programistów mamy na pęczki, nie tylko dlatego, że programowanie jest bardziej dostępne, ale też dlatego, że zdolności do pochłaniania wiedzy dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków są znacznie większe niż pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatków. Ilość wiedzy generowanej przez rodzaj ludzki rośnie wykładniczo, i ktoś ją musi opanować. Osobiście nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co będą w stanie robić dzisiejsze kilkulatki za dwadzieścia, trzydzieści lat, ale obawiam się, że ówczesne narzędzia kompozycyjne będą dla mnie nie do opanowania.

8) Twoje wczesne nagrania synthpopowe znalazły się na różnych składankach, wziąłeś też udział w projekcie CES vol. VI, Tribute to Depeche Mode. Kiedyś wspierał Cię Jukke Lundqvist. Dalej korzystasz z umiejętności Krzysztofa Skrobowskiego. Wnioskuję że nie kreujesz się na samotnego, samowystarczalnego solistę, ale raczej chętnie kooperujesz z bliskimi Ci muzykami?

K.R.: Tu leży mój problem. Osiągnąłem granicę moich możliwości, robiłem już chyba każdy gatunek muzyki, jaki mnie pociągał, w związku z czym nie mam pola manewru na nowe wyzwania. Brak wyzwań powoduje znużenie, dlatego od dłuższego czasu moja produktywność spadła do około jednego, dwóch utworów rocznie. Marzę o tym, by wejść w koalicję z jakimś utalentowanym kompozytorem i w ten sposób obudzić w sobie poszukiwacza, który kiedyś mnie prowadził. Jukke Lundqvist to geniusz jak dla mnie, posiada niezwykłą wrażliwość jakże istotna dla gatunku spacesynth - umiejętność tworzenia melodii prostych, lecz potężnych w swej bezpośredniości, porażających i emocjonalnych - po prostu pięknych. Nikt na tej scenie nie może mu dorównać pod tym względem. Odkryliśmy w sobie niezwykłą kompatybilność kompozycyjną, stąd taka ilość wspólnych projektów. Mimo to współkomponowanie zdalne to nie jest to - szybkość sprzężenia zwrotnego ma w takich przypadkach znaczenie kluczowe. Ale gdy się nie ma jak się lubi... dlatego na kolejnym albumie Protonic Storm znajdzie się więcej utworów powstałych w kooperacji z tym niezwykle utalentowanym kompozytorem. Z Krzysztofem Skrobowskim dosyć dawno się nie widziałem (przeprowadził się), ale nie mogę na sto procent powiedzieć, że nigdy ze sobą nie zagramy.

9) Wiadomo że nagracie już inną muzykę, inna dojrzałość, wiedza i doświadczenie, ale skoro macie podobną wrażliwość, pomysł waszego spotkania uważam za znakomity. W notatce o sobie wspominasz że lubisz literaturę fantasy i SF. To ciekawe jak często elektroniczna muzyka i fantastyka dobrze ze sobą harmonizują i uzupełniają. Co z tej literatury szczególnie zapadło Ci w pamięć?

K.R.: Ach, Sci-Fi lubię, odkąd sięgam pamięcią. Moje ulubione książki to "Hyperion" i "Upadek Hyperiona" Dana Simmonsa, "Miasto i gwiazdy" Arthura C. Clarka oraz "Pierścień" Larry'ego Nivena. Generalnie tzw. space-opera. Ale spoza tego podgatunku zachwycony byłem też "Diamentowym Wiekiem" Neila Stephensona, czy fenomenalnym "Ślepowidzeniem" Petera Wattsa - ta ostatnia naprawdę wykręca mózg na lewą stronę - jedna z tych książek, która umysłom analitycznym tak daje do myślenia, że trudno się skupić na fabule.

Fantasy czytuję znacznie mniej. Wstyd się przyznać, ale nie przeczytałem nawet "Władcy Pierścieni"... może kiedyś to nadrobię, ale chwilowo mam szereg lektur (SF) w kolejce. Wolę kupować książki niż muzykę. W końcu z ekonomicznego punktu widzenia jest to inwestycja dużo bardziej uzasadniona.

10) Nie przejmuj się ja też jej nie przeczytałem całej, utknąłem gdzieś w połowie trylogii. Za to pochłonąłem właściwie wszystkie książki P. K. Dicka.. Czytałeś jego Ubika?

K.R.: Ubik jest właśnie w kolejce! Nie mogłem się powstrzymać, gdy niedawno wyszło jego wznowienie. Ale oczywiście czytałem inne powieści Dicka. Specyficzne i niełatwe.

11) Miałeś już okazję koncertować u siebie w Kowarach lub gdzieś dalej?


K.R.: Nigdy nie koncertowałem. Nie potrafię nawet grać na klawiszach, choć chciałbym się kiedyś nauczyć, brakuje mi jednak zapału i chyba też trochę warunków do nauki. Ale raz wystąpiłem - wydarzyło się to na imprezie z cyklu Moondalla, utrzymanej w klimatach goa i psytrance (swojego czasu największej tego typu w Polsce) - ale mój występ ograniczył się przedstawienia z płyt CD swojej twórczości, choć nie tylko transowej.

12) Nad czym teraz pracujesz, czy stawiasz sobie wyraźne muzyczne cele, czy zdajesz się na intuicję?

K.R.: Staram się ukończyć trzeci album Protonic Storma, ale z powodów opisanych powyżej, idzie mi to jak krew z nosa. Potem będzie można umrzeć.

- Potem nagrasz wiele nowych płyt, bo okaże się że paru geniuszy znów pchnęło rozumienie muzyki na nowe tory i stali się inspiracją dla innych muzyków w dalszych ich poszukiwaniach.  I tym optymistycznym akcentem dziękuję za wywiad.


K.R.: Życzyłbym sobie tego. Ale jak będzie, to zobaczymy.
Link do strony Krzysztofa: http://www.epsilonpages.net/