poniedziałek, 12 września 2011

Andymian – Elżbieta i Andrzej Mierzyńscy: Pejzaże zaklęte w nutach


Andrzej i Elżbieta Mierzyńscy z Olsztyna tworzą małżeński duet komponując i grając muzykę która mieści się w konwencji Old Electronic Music. Chętnie zgodzili się powiedzieć klika słów o sobie.

- Andrzej, uważnie obserwuję Twoją działalność od pierwszego koncertu Elektronicznych Pejzaży Muzycznych w 2005 roku w Olsztynie. Grałeś na syntezatorach, ale według, mnie było to głównie progresywne granie. Z roku na rok zwiększał się udział akcentów elektronicznych i … Twojej małżonki! Aż pewnego dnia okazało się, że jest to już oficjalny duet. Nie czujesz się jednak zdominowany przez swoją „lepszą połówkę”?

Andrzej: - Nasza, czyli moja i Elżbiety, droga artystyczna i zawodowa była wspólną od początku poznania! Nawet muzykowaliśmy rodzinnie, bo pochodzimy z domów ludzi muzykujących, z pewnymi tradycjami. Koncertowaliśmy też z braćmi Elżbiety. Jeden, z nich, Ryszard, grał ze mną, gdy rodziły się Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w 2004 roku. 

Ela: - Ale czad, Damianie! Ja i dominacja?! Zaczynaliśmy razem w zespole muzycznym, potem praca w mediach, intensywna i absorbująca tak, że aż przyjaciół człowiek pogubił, bo ciągle nie miał dla nich czasu. Mimo to w ostatnich latach Andrzej aktywnie wrócił do grania i komponowania, wydawał płyty. Ja stałam daleko z boku, prawie nie istniałam. Oj, czasem Andrzej wgrywał do swoich utworów moje wokalizy i dawał je na drugim planie. Chyba mało kto wiedział, że jest tam głos prawdziwy, a nie z programu komputerowego, tak jak inni to używają w swoich utworach dla podniesienia efektu. Kiedy spotykaliśmy się w gronie Andrzeja znajomych z el-muzyki, to nawet dla nich nie miałam imienia. Byłam po prostu żoną Andrzeja, czy towarzyszką Andymiana. Aż kiedyś – pod wpływem sugestii osób, które nas dobrze znają od lat – postanowiliśmy ten daleki plan głosowy wyciągnąć do śpiewu z tekstem. Pierwsze próby publiczne – tu biję się w piersi – były cherlawe wyłącznie z mojego powodu. Zżerał mnie stres. A stres był z dwóch źródeł, wypływających z wręcz alergicznych reakcji na moją osobę. Pierwsze źródło: „To jest muzyka elektroniczna, to po co tam ta baba?!”. Drugie źródło: „Ona jest dziennikarką, to po co kurde jej scena?!”. Popłakałam się, bo inni w tym czasie nie takie „głupoty” robili i było dobrze. 

Andrzej: - Muszę stwierdzić, że nie mieliśmy też szczęścia do akustyków, których wiedza polegała jedynie na tym, jak zrobić ciszej – głośniej, a do wokalu dawali taki sam mikrofon jak na konferencje. My skromnie to znosiliśmy i to był błąd, bo o sprawy techniczne i oprawę sceniczną trzeba walczyć jak Władek Komendarek! Teraz umiemy o to powalczyć.

Ela: - Dokończę jeszcze swoją wypowiedź, mogę? A więc jak się wypłakałam, to pewnego dnia uznałam, że żyję w wolnym kraju i jako człowiek wolny mam prawo do własnych wyborów i do własnej twórczości. Ja tego prawa  innym przecież nie ograniczam, to dlaczego ogranicza się go mnie? Potem poszłam na lekcje do sopranistki, by odświeżyć swoje wcześniejsze możliwości. Tak wróciliśmy do dawnych czasów i tyle. No i Damian, ja nie jestem tą „lepszą połówką”, bo to Andrzeja domena, lecz ja jestem tą połówką ładniejszą! Mam nadzieję…    

- Wiem Andrzeju, że rockowe granie w przeszłości miało swój wpływ na Twoje niedawne płyty. Ciekawi mnie jednak najbardziej, jak teraz dochodzi do powstania Waszej muzyki? Siadacie razem przy sprzęcie i…?

Ela: - Andrzej siada przy sprzęcie, a ja mruczę i marudzę!

Andrzej: - Muzyka powstaje i dojrzewa przez dłuższy czas, bo instrumenty klawiszowe stawiają wysokie wymagania od kompozytora i stwarzają większe możliwości aranżacyjne, co pochłania sporo czasu. Jest to fascynująca zabawa. Oczywiście komponując utwór staram się przewidzieć ścieżkę wokalną. 

Ela: - Muszę powiedzieć, że Andrzej w pracy nad utworem jest jak piła tarczowa. Nikt by nie uwierzył, co? Stawia mnie przy mikrofonie i chce abym od razu, natychmiast, z odpowiednią barwą, nuta w nutę, bezbłędnie weszła w napisany utwór! Po takiej próbie zostaje ze mnie cień. Najbardziej lubię, gdy Andrzej jeszcze pracuje nad kompozycją, gdy jeszcze jej nie zamknął, frazy nie wygłaskał, a pozwala mi znienacka swobodnie dołączyć z głosem – wtedy fajnie się poszukuje, kombinuje, uwielbiam to! 

- Ela, co skłoniło dziennikarkę do kariery wokalnej?

Ela: - Ja nie robię żadnej kariery, ja po prostu śpiewam! Śpiewanie jest jak tlen. Od urodzenia tak mam. To zabawne, ale jako mała dziewczynka i córka kolejarza, lubiłam śpiewać… na peronie! Gdy pociąg hałasował, a sapanie lokomotywy nieco tłumiło dźwięk, ja czułam się jak w niebie, bo mogłam się drzeć jak w operze. Dziennikarstwo u mnie wynika zaś z ciekawości poznawania ludzi, daje duże doświadczenie, trzyma w aktywności.

-  Umiecie pozyskać do współpracy innych. Zespoły taneczne i teatralne chętnie dają oprawę do Waszego koncertu. Jak to się udaje?

Ela: - Muzyka Andrzeja jest bardzo ilustracyjna, a my trafiamy na ludzi, którzy to świetnie czują. Nie mamy żadnych problemów w nawiązaniu kontaktu, sugerujemy scenariusze scenicznej ilustracji ruchem, ale zostawiamy swobodę realizacji i prawo do dokonania własnych interpretacji.

Andrzej: - Te zespoły, a współpracowaliśmy z czterema grupami, ćwiczą do nagrań, które przygotowuję z Elżbietą specjalnie dla nich na płycie. Odwiedzamy się na próbach, rozmawiamy. Elżbieta często zmienia teksty, szlifuje. Z pełnym sprzętem gramy dopiero na próbie generalnej, na której też jeszcze modyfikujemy szczegóły, bo niekiedy przychodzą one do głowy, gdy zobaczymy się w kostiumach. Wspaniałe jest potem, po koncercie, usłyszeć od tych młodych artystów, że świetnie im się z nami współpracowało, że występ ich z nami na żywo przed publicznością był dla nich dużym przeżyciem. Zdjęcia na stronie www.andymian.pl  pokazują te klimaty. Ubolewamy, że tak rzadko zaprasza się nas w pełnym składzie, bez tej teatralno-tanecznej oprawy. Organizatorzy szukają oszczędności, a w efekcie bezwzględnie obniżają jakość finalną, choć ona jest przecież największym prezentem dla widowni i jednocześnie jest owocem naszej pracy!  

-  Zgodnie z realiami RP oboje pracujecie zawodowo, nie macie już po 18 lat, a jednak dysponujecie dużą energią i znajdujecie czas, aby realizować swoje ambitne cele. Jest na to jakaś metoda, prócz ciężkiej pracy? Może zdrowe geny?

Ela: - Geny! Ale na wszelki wypadek o zdrowie też dbamy. Ja, na przykład, codziennie rano robię 240 przysiadów (tak!), a Andrzej biega z psem. 

Andrzej: - Zimą popijamy osobiście sporządzone nalewki, które nauczyliśmy się robić od dziadków, a oni byli czerstwi do końca swych dni. A tak poważnie – to trzeba się zaprogramować na pewien rytm. Zorganizować się, żyć bez nagłych zrywów, zbędnych frustracji i bez kompleksów.

-  Podczas naszego ostatniego spotkania wspominaliście o projekcie dla niepełnosprawnych, możecie powiedzieć coś o tym więcej?

Ela: - Pomysł wyszedł ode mnie. Gdy obejrzałam filmik na YouTube o niewidomym żebraku w amerykańskim mieście. Potem widziałam fotograficzną wystawę o życiu niepełnosprawnych w Polsce. Byłam poruszona, bo zobaczyłam inne, niestereotypowe, prezentacje tego trudnego świata. Z dziennikarskim uporem zaczęłam chodzić na spotkania do Warmińsko-Mazurskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych, a potem do Polskiego Związku Niewidomych w Olsztynie. Poznawałam ludzi, rozmawiałam. Godzinami opowiadałam Andrzejowi o tym, czego się dowiedziałam. Wzruszył mnie na przykład Damian, niewidomy od urodzenia, a muzyk z wykształcenia. On marzy o tym, aby zrozumieć, co to znaczy kolor zielony!… Zaczęłam budować teksty literackie, a Andrzej… Niech sam powie.
Andrzej: - Mam nadzieję, że kompozycje o trudnym świecie będą zrozumiałe choć i wieloznaczne dla wielu światów. Przygotowałem do tego projektu około 70 minut nowej muzyki. Siedzę w miksach, dogrywam kolejne ślady. Będzie to oczywiście muzyka elektroniczna, ilustracyjna, z inaczej użytym wokalem – pejzaże zaklęte w nutach. Całość przygotujemy tak, aby muzyka funkcjonowała samodzielnie, nie tylko w tym projekcie. 

-   Zauważyłem u siebie, że chętniej w ostatnich latach słucham muzyki spokojnej, a mniej rocka i hałasu. Czy u Was jest podobnie?

Andrzej: - Nie zauważam tego u siebie. Jestem konsekwentny w swoich preferencjach muzycznych, wciąż słucham dawnych mistrzów muzyki rockowej i elektronicznej oraz nowych, ciekawych wykonawców, których nie brakuje na współczesnym rynku muzycznym. 

Ela: -  A ja lubię ładny hałas. Ale najbardziej lubię rozwijającą mózgi i wyobraźnię różnorodność, a jej w Polsce nie ma! Jest tylko pop-papka. Potem oglądam program Mam Talent i wyjść z podziwu nie mogę, że ludzie z dalekiego kręgu, ci nieznani wszem i wobec, są lepsi i ciekawsi od tych znanych z pierwszego kręgu z tą ich wielką oglądalnością na YouTube, z tymi ich głośnymi koncertami, z tym graniem w kółko tego samego w radiu, z tą ich plejadą „friendsów”  itp., itd. Jakie to smutne.

Andrzej: - O, właśnie! Jak mamy mówić o dominacji, to mówmy o dominacji niskich gustów w kulturze! To z tego powodu kultura popularna jest tylko popularna, a koncerty o wysokich walorach artystycznych nie stają się wydarzeniami, choć często zasługują na to.

- Bierzecie udział w różnych  festiwalach kojarzonych z muzyką elektroniczną. Czy możemy mówić o odrodzeniu gatunku, rozwoju, wychodzeniu z getta?

Ela: - Wolę określenie „nisza”, bo kojarzy się z elitarnością, a nie krzywdzącym zamknięciem. Nie czuję się krzywdzona tym, że robię to, co lubię i szanuję, i co ma jakąś wartość wychodząc ponad codzienny banał.

Andrzej: - Nie uważam, aby ten gatunek odradzał się, gdyż cały czas istnieje, choć nie ma go w mediach. Jest mnóstwo ludzi, którzy grają różne odmiany tej muzyki i w dodatku naprawdę umieją grać. Ale podam Ci jeszcze fajny przykład nowego spojrzenia na te sprawy. Otóż niedawno słuchaliśmy koncertu klasycznego dwóch muzyków w zamku. Wirtuozi akordeonu i gitary. Muzycy ci w rozmowie z nami powiedzieli, że przyszłością w muzyce są instrumenty elektroniczne, nowe brzmienia! Oni zaś, ci od muzyki klasycznej, będą wraz ze swoimi klasycznymi instrumentami pokazywani w muzeach na lekcjach historii, żeby ludzie poznali dawną kulturę i sztukę oraz wiedzieli, jak się kiedyś grało. Czy to nie zaskakujące stwierdzenie? 

-  W przyszłym roku kolejne Elektroniczne Pejzaże Muzyczne. Czy już wiecie, kto będzie gościem?

Andrzej: - Najpierw trzeba wiedzieć, czy będzie kasa. Fajnych ludzi do pokazania nie brakuje. Mamy pewne nazwiska na oku. Chcemy też bardzo, aby udało się zaoferować dwa dni grania non stop. Jedno jest jednak pewne już dziś, że doprecyzujemy nazwę tego festiwalu przez dodanie Old Electronic Music. Nie chcemy, aby przyszedł ktoś na koncert muzyki klawiszowej, a oczekiwał laptopa i pokręteł na pudełku.

Ela: - Wiem, o czym mówi Andrzej! O koncercie szumnie zapowiadanego artysty, który nie grał, lecz kręcił gałkami! Ludzie za bardzo nie wiedzieli wejść, czy wyjść. Ja wysłuchałam uważnie, żeby nie wyjść na tępaka, poza tym zawsze warto poznać, co ktoś robi, bo to trudniejsze od tego, by nie robić nic.

Andrzej: - OK, taka „muzyka” też ma prawo być, ma swoich odbiorców, ale warto wiedzieć, na co się człowiek wyprawia. Dodatkową kwestią jest to, czy osoba jedynie obsługująca dźwięki z laptopa istotnie umie grać, bo ja mam wątpliwości. I czy w szumnych zapowiedziach powinna nazywać siebie muzykiem, skoro nie potrafi zagrać nawet gamy?

-  Jakiego istotnego pytania nie zadałem?

Ela: - Takiego na przykład, dlaczego ja wymyślam krótkie tytuły utworów, a Andrzej długie! 

Andrzej: - Pozdrawiamy fajnych ludzi i zapraszamy do wpadania na stronę www.andymian.pl

- Dziękuję za udzielenie wywiadu i życzę duetowi dalszych sukcesów.

Autorem zdjęć jest Wiesław Głownia