niedziela, 21 sierpnia 2011

Klaus Schulze - Irrlicht



   Po 40 latach od wydania tej płyty wciąż zastanawiam się nad tym, jak młodemu wówczas człowiekowi udało się stworzyć tak sugestywną wizję  przy tak niewielkich nakładach? Skromne doświadczenie sceniczne, ubogi sprzęt... Na okładce albumu Klausa Schulze Irrlicht  można przeczytać o kwadrofonicznej symfonii na orkiestrę i E - maszyny.  Tymczasem (choć być może to tylko miejska legenda) muzycy z Colloquium Musica Orchestra odmówili umieszczenia swoich nazwisk przy tym awangardowym materiale. Elektronika składała się z podarowanych przez kolegę używanych organów, z których Klaus próbował zrobić  syntezator, pary oscylatorów, kilku mikrofonów, magnetofonu i starego  wzmacniacza (na Big Mooga z mnogością filtrów i obwiedni Klaus musiał  jeszcze parę lat poczekać). Do tego akcesorium dołączona została gitara, cytra, perkusja i głosy, pomimo że tylko te ostatnie dają się wyraźnie rozpoznać. Potencjał, pomysłowość i samozaparcie przyczyniły się do powstania ambitnego i ciekawego materiału. Już pierwsze minuty  suity Satz Ebene mogą kojarzyć się ze startem statku kosmicznego z widniejącego na  okładce wydania labelu Ohr  (okładkę zaprojektował sam muzyk). Zapowiada się niezwykła podróż. Po raz pierwszy niemiecki  artysta wdraża tu swój ulubiony później sposób gry: generowanie całych  partii ciągłych dźwięków. Przez kilka pierwszych minut muzyka ma  charakter wybitnie medytacyjny, a wykreowany tu klimat kojarzy się z krajobrazem nieznanej i nieprzystępnej krainy. Groźne odgłosy, jakie przebiegają po kanałach, potęgują te wrażenie. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że słychać tu początki stylu nazwanego później ambientem. Muzyk  systematycznie testuje wytrzymałość organ Tesco. Penetrują one z kolei spektrum odporności słuchacza długimi frazami, niczym reflektory statku sondujące powierzchnię obcej planety. Nie brzmi to pogodnie  (choć jest fascynujące), jest emanacją niespokojnej  duszy. W końcu coś wyraźnie i nerwowo drgnęło i przy  pomocy rozpędzonych organów muzyczna fraza unosi się wyżej i wyżej  (Pamiętam jak wiele lat temu zdzierałem tę analogową płytę przy dużym  wzmocnieniu. Tata wszedł do mojego pokoju i zaniepokojony pyta: Czy  popsuł Ci się gramofon synu? Nie tato, to gra Klaus Schulze, tak właśnie ma być! Ojciec z dezaprobatą pokiwał głową i zamknął drzwi).  Dźwięki brzmią coraz bardziej monumentalne, ulegają dysharmonii, a  organy grają jakby ostatnim tchnieniem. Następuje frapująca i efektowna kulminacja (uważajcie, aby ten moment nie zniszczył Wam  głośników lub słuchawek). W ramach jednego scenariusza całość płynnie przechodzi w Satz Gewitter (Energy Rise-Energy Collaps). Krótka kompozycja stanowi odpoczynek po dość trudnej i może dla niektórych wyczerpującej wycieczce. Słychać trochę kosmicznych efektów, szumów i trzasków. Satz Exil Sils Maria nie ma wyrazistego scenariusza. To zimna czerń kosmosu,  której monotonię przerywają rzadkie przebłyski błędnych ogników. Utwór  mógłby trwać 10 minut albo i godzinę. Klaus daje tu poznać mroczną część swojej duszy i niepokoje ją dręczące. Muzyka sprawia wrażenie mało kontrolowanej przez artystę, będącą nie tyle wytworem rozumu, co rejestracją konkretnego zjawiska, jej odbiciem w przestrzeni. Ten pomysł pojawi się jeszcze kilka razy w dyskografii muzyka. Obok precyzyjnie wyreżyserowanych suit Schulze zamieszcza kompozycje mocno  abstrakcyjne. Tak będzie, póki technika cyfrowa i sample nie zmienią jego sposobu obróbki materiału. Debiutancka dyskografia Irrlicht z 1972r. stała się wyznacznikiem innego pojmowania muzyki - nie przeszła do lamusa mimo archaicznie brzmiących organów, zaś Klaus został okrzyknięty legendą muzyki elektronicznej.
         Na okładce podziękował  dyrygentowi i  Symphonieorchester z Berlina, która wspierała go jeszcze na płycie Cyborg. Fani do dziś przeżywają duże emocje, słuchając tej starej, dobrej muzyki.