środa, 6 lipca 2011

Tangerine Dream - Force Majeure


     Wydano wiele ciekawych płyt, na które komponowano muzykę tylko przy użyciu syntezatorów. Znakomite efekty osiągnął zespól Edgara Froese, wzbogacając brzmienie zespołu o instrumenty akustyczne. Na płycie Force Majeure z 1979 r. oprócz sztucznie generowanych dźwięków można usłyszeć wiolonczelę, różne rodzaje gitar i perkusję. Jednak nie sam fakt pojawienia się tego akustycznego instrumentarium ma znaczenie. Melodia powstała w wyniku kolażu wszystkich instrumentów akustycznych i elektronicznych brzmi bardzo atrakcyjnie. Słuchając tytułowej suity Force Majeure (18: 18) można odnieść wrażenie, że jej mroczny początek zapowiada bardzo poważny ciąg dalszy. Jest tajemniczym misterium, w którym na tle długiej frazy syntezatorów słychać nieśmiałą wiolonczelę. W czwartej minucie następuje kumulacja barw fortepianu, żywiołowej perkusji, agresywnych solówek, instrumentów klawiszowych, gitar i ich efektowne rozładowanie. Ta erupcja różnych doznań to jeden z najlepszych pomysłów w historii zespołu. Moment, dzięki któremu Tangerine Dream pozyskało sobie nowych i wiernych wielbicieli. Słuchając dalszego ciągu tej suity, podziwiam współpracę perkusisty Klausa Kriegera z resztą drużyny. Muzyk zdaje się intuicyjnie wiedzieć jak grać, aby uzyskać najlepszą integrację z pozostałymi instrumentami. Następnie w dziesiątej minucie suity można usłyszeć, jak do tunelu wjeżdża z dużą prędkością pociąg i powstają różne atrakcyjne stereofoniczne efekty echa. Rozbijają się one dookoła, wprowadzając słuchacza w stan lekkiego oszołomienia. Zadziwia świeże i pełne inwencji podejście muzyków do materiału. Ale to nie koniec pomysłów na tym albumie. Pociąg pokrótce opuszcza tunel. Około dwunastej minuty wspaniale gra gitara i wchodzi spektakularny gong. To kolejne duże przeładowanie emocji. Ćwierkające w tle syntezatory sprawiają, że każdemu fanowi ciarki biegną po plecach, a włosy stają dęba. Inicjatywę przejmują szybkie sekwencje i dźwięczne dodatki. Kilka wejść melancholijnych solówek na syntezatorach rozluźnia podniosłą atmosferę i  końcówka - skoczny motyw rodem rodzącego się elektronicznego popu - do końca rozładowuje napięcie. Na początku Cloudburst Flight (7: 21) zespół  pozwala wypocząć słuchaczom od skrajnych ekscytacji. Panuje nieziemski spokój, spokojnie gra gitara, syntezator wysyła specyficzne dźwięki niczym nadajnik szukający obcych w kosmosie. Perkusja i pozostałe instrumenty znów tworzą ładne kolaże barw. Dzięki ekspresyjnym solowym popisom atmosfera się podnosi. Grupa decyduje się na kilka mocnych akcentów i delikatną, romantyczną melodię. Odrobina wyczekiwania, dodatkowe efekty stereofoniczne i spełnienie w gitarowym solo kończy ten liryczny utwór. Thru Metamorphic Rocks (14:15) Ostatni fragment płyty nie zawiera zbyt wielu pomysłów. Historia o błędzie powstałym podczas zapisu ścieżki w studio tuszować ma pewnie brak logicznego zakończenia całości. Dźwięki niczym bilardowe kule odbijają się rykoszetem w nieskończoność, co jakiś czas słychać wycie wilków i trochę akustycznych efektów w postaci postękiwań. Solo gitarowe jest pozbawione wcześniejszej ekspresji. Znacznie lepiej wypada ten utwór w skróconej wersji na wydanym dwa lata później soundtracku "Thief". Niektórzy krytycy narzekają na materiał wydany na Force Majeure. Zarzucali zbytnią komercjalizację zespołu. Miała ona odzwierciedlać ogólną tendencję w muzyce elektronicznej końca lat 70. Ich opinie uważam za krzywdzące. Ten swoisty synkretyzm akustyki z elektroniką wyszedł grupie na dobre, dając w efekcie doskonałą muzykę. Po dziś dzień działa ona na emocje i przysparza głębszych wzruszeń. Poparciem tego twierdzenia są aż 22 rożne wydania płyty mające zaspokoić potrzeby fanów.
      Szkoda tylko, że na tym zakończyła się współpraca Edgara Froese z Klausem Krugerem i Eduardem Meyerem. Ale to już, jak mawiają, siła wyższa.