piątek, 15 lipca 2011

Radio Massacre International - Lost in Transit


    Zdaje się, że zespół Radio Massacre International dobrze się czuje podczas długich, dopiętych na ostatni guzik koncertów. Było ich w historii zespołu sporo, więc słusznie na początku 2010 r. podjęto decyzję o wydaniu dużego boxa z zapisem muzyki granej przed publicznością. Jego zawartość ucieszyła pewnie niejednego fana, ponieważ siedem płyt CD-R po około 70 minut materiału to spora dawka muzyki. Jednak co konkretnie proponują Steve Dinsdale, Duncan Goddard i Gary Houghton?





    Lost In Transit 1: The Gatherings 2004 Na pierwszej płycie grupa udostępnia zapis koncertu, jaki dano w trakcie tytułowej imprezy. Miał on miejsce 8 maja, w St. Mary's Church w Hamilton Village, Philadelphia.Od roku 2000 ten kościół chętnie użycza swojego wnętrza do prezentacji muzycznych spektakli pod hasłem "The Gatherings". Czteroczęściowy projekt zespołu And Ending Is Just A Beginning otwiera półgodzinna Part 1, gdzie Peter Gowen - ogranista - wspiera zespół. Tę część płyty można nazwać hołdem dla mellotronu. Na scenie korzystano aż z dwóch takich instrumentów.





   Jego barwy, tak urzekające słuchaczy ponad 35 lat temu, do dziś wydają się być równie intrygujące. Słuchając tej muzyki odniosłem wrażenie, że artystom chodziło o stworzenie klimatu rodem z koncertów najlepszych elektroników lat 70. Podczas emisji sztucznie generowanych dźwięków dobiegających w półmroku z głośników powstaje szczególna atmosfera. Zarówno zespół, jak i wielbiciele gatunku ją doceniają. W kolejnych kompozycjach z tego krążka słychać ciekawe improwizacje gitarowe na tle galopujących sekwencji. Tak gra Gary Houghton - elegancko i z wyczuciem. Jego popisy nie są spektakularne i żywiołowe, raczej stonowane i w granicach kontroli.  W drugiej i trzeciej części brzmienie gitary zostaje wplecione między poszczególne amplitudy cichnących i narastających partii powtarzalnych dźwięków oraz między różnorodne efekty tła.





Kończąca ten koncert część czwarta to intensywna muzyka. Dziewięć minut dynamicznego dialogu rozbrzmiewających na przemian instrumentów kończy tę płytę w starym dobrym stylu.



    Lost In Transit 2: National Space Center 2005 Kolejny koncert, tym razem z National Space Center, nagrany rok później 2. kwietnia w Leichster, również otwiera blisko półgodzinna kompozycja. Po kosmicznych efektach, być może stosownych do tego miejsca, do uszów słuchaczy dochodzą odgłosy jak z głębokiej studni. Przez czternaście minut grupa raczy słuchaczy dość podniosłą, miejscami organową muzyką. W połowie suity pojawia się muzyka sekwencyjna, jak zawsze u RMI delikatna, precyzyjna, sugestywna i... znakomicie zrealizowana technicznie. Prawdopodobnie jednym z celów zespołu było to, by nagrać doskonały kondycyjnie materiał koncertowy, pozwalający w pełni cieszyć się pełnymi parametrami wykorzystanego sprzętu. Druga część tej muzyki bez tytułu to ciekawy, blisko trzynastominutowy eksperyment. Wydaje się być częścią niezrealizowanej większej całości. Podoba mi się przejrzystość i namacalność poszczególnych instrumentów. Utwory nie rozwijają się w energiczną kawalkadę, czym odbiegają od stereotypowego materiału, jakiego można byłoby się po RMI spodziewać. Kolejna, trzecia ścieżka, to dwudziestopięciominutowa suita rozpoczynająca się trochę tajemniczo. Po orientalnych wstawkach muzyka nabiera energii. Zespół uniknął tu pułapki bezsensownego nakładania coraz to nowych pulsacji i zbytniego zagęszczenia planów dźwiękowych, dzięki czemu odsłuch kolejnych utworów nie jest nużący.





   Lost In Transit 3: National Space Center 2006 Prawie rok później RMI ponownie zawitało do Leichster. Z zespołem gościnnie wystąpił Ian Boddy. Materiał jest zdecydowanie bardziej zróżnicowany i muzyka brzmi inaczej niż na dwóch pierwszych płytach. W Improvisation słychać najpierw dość niecodzienne efekty, po których słuchaczy koi spokojna fraza fortepianu. A po siedmiu minutach następuje atrakcyjna sekwencja. Wprost urzekająca! Silnym atutem zespołu jest budowanie nastroju poprzez precyzyjne kompozycje. Smaku dodaje użycie klasycznej perkusji jako uzupełnienia syntetycznych brzmień. Dopracowane wykończenie tej długiej suity może się podobać. Na pewno jest ona jedną z ciekawszych w całym boxie  W niektórych momentach kojarzyła mi się ona ze słynną "Sense" Klausa Schulze. Całość działa elektryzująco Kolejna propozycja - The Sea - jest zgrabnie połączona z poprzednią. Przewodzi niski, basowy podkład rytmiczny, a muzyka skłania do refleksji. Zaskakuje Organ Harvest - wyraźnie słychać w nim nawiązania do suity "Echoes" Pink Floyd. Trochę w tym ambientu, trochę medytacji, pod koniec prezentacja przybiera bardziej zdyscyplinowaną formę. Na tym jednak nie kończy się fascynacja RMI klasykami progresywnego rocka. Czwarty utwór New Orleans też odwołuje się do okresu świetności tytanów psychodeliki. To wcześniejsza wersja Bettr'r Day-s - prawdziwa perełka będąca magnesem przyciągających fanów. Płytę według zapisu na okładce kończy Improvisation, który stanowi być może kontynuację tematu początkowego. Jednak na płycie znajduje się ten utwór połączony z New Orleans. Jest to już bardziej typowa dla elektronicznej muzyki kompozycja, przypominająca trochę dynamiczne pomysły Steve Roacha i trochę Klausa Schulze.

     


    Lost In Transit 4: Damo 2004, 2006 Na tym krążku najważniejszym z całej czwórki jest japoński wokalista Damo Suzuki. Znany ze współpracy z zespołem Can, musiał zauroczyć swoim głosem muzyków z RMI, ponieważ poświęcili mu całą płytę. Przez ponad godzinę wokalista śpiewa na rożne sposoby. Przyznam szczerze, że pierwszy odsłuchanie wzbudził we mnie zachwytu, ale do tego stylu można się przyzwyczaić. Dwa różne koncerty, które zespół dał wspólnie z Damo, pozwalają na przekrojowe ujęcie możliwości tego zdolnego artysty. Nie jest to muzyka elektroniczna, tylko rockowa. Damo śpiewa w charakterystyczny dla siebie sposób, czasami w wymyślanym na bieżąco języku, a grupa go wspiera akompaniamentem. Polecam szczególnie ostatnie dwa utwory.





   Lost In Transit 5: Rain Falls In Leicester & Baltimore Ten krążek zawiera dwa zmiksowane koncerty: z Leicester i z Baltimore. Płytę otwiera krótki, ale nastrojowy So It Goes. Po nim następuje sekwencyjny i melltronowy The Silk Purse Of Orion. Krótki Jas Madness jest podsumowaniem poprzednich minut. Pięknie rozbrzmiewa tutaj rytmiczna perkusja i przyjemne gitarowe solo. Nastrój staje się sentymentalny. His Bobness nie zawiera już tak melodyjnej treści jak poprzedni fragment. Przez około osiem minut z głośników słychać najróżniejsze efekty.  Mieszczą się one w  konwencji filmów grozy. Z czeluści dochodzą głosy i nieprzyjemne dźwięki gitary. So It Goes jest rozwinięciem pomysłów z Jas Madness. I choć ten utwór bez wątpienia zalicza się do muzyki rockowej, to nadaje się do tańca. RMI grający do pościeli... Ciekawy pomysł. Rain Falls In Grey... to wyraźny ukłon w stronę najstarszych nagrań Pink Floyd. Brzmi świeżo i z rozmachem.  Sax Premika Russella Tubbsa gra trochę psychodeliczne. Gitarzyści pełni inwencji szukają granic ekspresji. Syd Barret na pewno byłby szczęśliwy, gdyby mógł to usłyszeć! Bett'r Day-s wydaje się być sztandarową pozycją graną na koncertach. I słusznie. Już trzecią wersję tego utworu można posłuchać na płytach RMI. Ponad dwanaście minut mieszanki elektroniki i progresywnego rocka. Dynamika, wyobraźnia i dobra zabawa. Shut Up, Syd i pozostałe utwory przypominają powroty do klasyki symfonicznego rocka. Uwagę przykuwają ładne improwizacje na saksofonie w utworze Far Away.





  Lost In Transit 6: The Gatherings 2007 Part 1 Ostatnie dwie płyty to powrót do brzmień typowych dla muzyki elektronicznej. Po raz kolejny wracamy do Hamilton Village. Widocznie atmosfera katedry dobrze wpływa na kondycję grupy. A może to zasługa publiczności?  Suita First Set wypełnia 50 minut płyty. Bardzo powoli, ale konsekwentnie RMI tworzy podniosły nastrój. Przy pomocy mellotronu, organ i brzmień imitujących chór, słuchacze zostają porażeni dawką spokojnej, pozytywnej muzyki. Po ośmiu minutach ciągłych pasaży pojawia się bardzo delikatna sekwencja. Modulowane z pięknym pogłosem frazy działają wręcz hipnotyzująco. Słuchanie tak wyrafinowanego przekazu sprawia dużą przyjemność. Po około dwudziestu minutach sekwencja zanika, ale muzyka pozostaje miła i relaksacyjna. Przez następne dziesięć minut jest wakacyjnie, a potem ponownie niczym pociąg jadący do kolejnej stacji rusza skomplikowany mechanizm nakładania się ciągów dźwięków, pętli i dodatków.  Mam wrażenie, że RMI niepostrzeżenie stało się mistrzem w  profilowaniu tego rodzaju projektów.



   







  Lost In Transit 3: National Space Center 2006 Prawie rok później RMI ponownie zawitało do Leichster. Z zespołem gościnnie wystąpił Ian Boddy. Materiał jest zdecydowanie bardziej zróżnicowany i muzyka brzmi inaczej niż na dwóch pierwszych płytach. W Improvisation słychać najpierw dość niecodzienne efekty, po których słuchaczy koi spokojna fraza fortepianu. A po siedmiu minutach następuje atrakcyjna sekwencja. Wprost urzekająca! Silnym atutem zespołu jest budowanie nastroju poprzez precyzyjne kompozycje. Smaku dodaje użycie klasycznej perkusji jako uzupełnienia syntetycznych brzmień. Dopracowane wykończenie tej długiej suity może się podobać. Na pewno jest ona jedną z ciekawszych w całym boxie  W niektórych momentach kojarzyła mi się ona ze słynną "Sense" Klausa Schulze. Całość działa elektryzująco Kolejna propozycja - The Sea - jest zgrabnie połączona z poprzednią. Przewodzi niski, basowy podkład rytmiczny, a muzyka skłania do refleksji. Zaskakuje Organ Harvest - wyraźnie słychać w nim nawiązania do suity "Echoes" Pink Floyd. Trochę w tym ambientu, trochę medytacji, pod koniec prezentacja przybiera bardziej zdyscyplinowaną formę. Na tym jednak nie kończy się fascynacja RMI klasykami progresywnego rocka. Czwarty utwór New Orleans też odwołuje się do okresu świetności tytanów psychodeliki. To wcześniejsza wersja Bettr'r Day-s - prawdziwa perełka będąca magnesem przyciągających fanów. Płytę według zapisu na okładce kończy Improvisation, który stanowi być może kontynuację tematu początkowego. Jednak na płycie znajduje się ten utwór połączony z New Orleans. Jest to już bardziej typowa dla elektronicznej muzyki kompozycja, przypominająca trochę dynamiczne pomysły Steve Roacha i trochę Klausa Schulze.

     


  Lost In Transit 4: Damo 2004, 2006 Na tym krążku najważniejszym z całej czwórki jest japoński wokalista Damo Suzuki. Znany ze współpracy z zespołem Can, musiał zauroczyć swoim głosem muzyków z RMI, ponieważ poświęcili mu całą płytę. Przez ponad godzinę wokalista śpiewa na rożne sposoby. Przyznam szczerze, że pierwszy odsłuchanie wzbudził we mnie zachwytu, ale do tego stylu można się przyzwyczaić. Dwa różne koncerty, które zespół dał wspólnie z Damo, pozwalają na przekrojowe ujęcie możliwości tego zdolnego artysty. Nie jest to muzyka elektroniczna, tylko rockowa. Damo śpiewa w charakterystyczny dla siebie sposób, czasami w wymyślanym na bieżąco języku, a grupa go wspiera akompaniamentem. Polecam szczególnie ostatnie dwa utwory.





    Lost In Transit 5: Rain Falls In Leicester & Baltimore Ten krążek zawiera dwa zmiksowane koncerty: z Leicester i z Baltimore. Płytę otwiera krótki, ale nastrojowy So It Goes. Po nim następuje sekwencyjny i melltronowy The Silk Purse Of Orion. Krótki Jas Madness jest podsumowaniem poprzednich minut. Pięknie rozbrzmiewa tutaj rytmiczna perkusja i przyjemne gitarowe solo. Nastrój staje się sentymentalny. His Bobness nie zawiera już tak melodyjnej treści jak poprzedni fragment. Przez około osiem minut z głośników słychać najróżniejsze efekty.  Mieszczą się one w  konwencji filmów grozy. Z czeluści dochodzą głosy i nieprzyjemne dźwięki gitary. So It Goes jest rozwinięciem pomysłów z Jas Madness. I choć ten utwór bez wątpienia zalicza się do muzyki rockowej, to nadaje się do tańca. RMI grający do pościeli... Ciekawy pomysł. Rain Falls In Grey... to wyraźny ukłon w stronę najstarszych nagrań Pink Floyd. Brzmi świeżo i z rozmachem.  Sax Premika Russella Tubbsa gra trochę psychodeliczne. Gitarzyści pełni inwencji szukają granic ekspresji. Syd Barret na pewno byłby szczęśliwy, gdyby mógł to usłyszeć! Bett'r Day-s wydaje się być sztandarową pozycją graną na koncertach. I słusznie. Już trzecią wersję tego utworu można posłuchać na płytach RMI. Ponad dwanaście minut mieszanki elektroniki i progresywnego rocka. Dynamika, wyobraźnia i dobra zabawa. Shut Up, Syd i pozostałe utwory przypominają powroty do klasyki symfonicznego rocka. Uwagę przykuwają ładne improwizacje na saksofonie w utworze Far Away.





   Lost In Transit 6: The Gatherings 2007 Part 1 Ostatnie dwie płyty to powrót do brzmień typowych dla muzyki elektronicznej. Po raz kolejny wracamy do Hamilton Village. Widocznie atmosfera katedry dobrze wpływa na kondycję grupy. A może to zasługa publiczności?  Suita First Set wypełnia 50 minut płyty. Bardzo powoli, ale konsekwentnie RMI tworzy podniosły nastrój. Przy pomocy mellotronu, organ i brzmień imitujących chór, słuchacze zostają porażeni dawką spokojnej, pozytywnej muzyki. Po ośmiu minutach ciągłych pasaży pojawia się bardzo delikatna sekwencja. Modulowane z pięknym pogłosem frazy działają wręcz hipnotyzująco. Słuchanie tak wyrafinowanego przekazu sprawia dużą przyjemność. Po około dwudziestu minutach sekwencja zanika, ale muzyka pozostaje miła i relaksacyjna. Przez następne dziesięć minut jest wakacyjnie, a potem ponownie niczym pociąg jadący do kolejnej stacji rusza skomplikowany mechanizm nakładania się ciągów dźwięków, pętli i dodatków.  Mam wrażenie, że RMI niepostrzeżenie stało się mistrzem w  profilowaniu tego rodzaju projektów.



   


  Lost In Transit 7: The Gatherings 2007 Part 2 Jak grałby zespól Tangerine Dream przez najbliższe dwa lata, gdyby nie odszedł Peter Baumann? Wydaje mi się, że Second Set zawiera próbę odpowiedzi na to pytanie. Mamy do czynienia z piękną, długą suitą, której na pewno nie powstydziłby się ani Edgar Froese, ani jego współpracownicy. Kompozycja jest odpowiednio wyreżyserowana i gustownie oprawiona. Sekwencje wyciszają się po mniej więcej dwudziestu trzech minutach, aby odpowiednio przetworzone powrócić po kilku minutach eksperymentalnych brzmień. Pomysłowość zespołu w programowaniu za każdym razem trochę innych loopsów nie wyczerpuje się. Powtarzanie identycznych serii dźwięków nawet jeżeli nie wprowadza w rodzaj muzykoterapeutycznego transu, to przynajmniej pozostawia audytorium w dobrym nastroju. To już koniec Second Set? Na szczęście nie: jest jeszcze Encore. Misterium trwa dalej, aby po kwadransie łagodnie się wyciszyć. Bardzo dobry box! Dużo pojemnych kompozycji, muzyki sekwencyjnej, rockowej i nastrojowej. Jej autorzy wiedzą, co chcą zagrać, a w dodatku czynią to z należytym profesjonalizmem. Jakiś czas temu ukazał się komunikat o nie wznawianiu tej kolekcjonerskiej edycji. Budzi to we mnie odruchowe pytanie: "A może jednak?"