czwartek, 9 czerwca 2011

Tangerine Dream - Sorcerer



     Pierwsza filmowa płyta Tangerine Dream Sorcerer, okazuje się po latach udaną pozycją w dyskografii zespołu i śmiało wygrywa walkę z upływem czasu. Chociaż film Friedkina, do którego była ilustracją, nie byłby w stanie sprostać obecnym wymaganiom widowiska XXI wieku. Efekty specjalne nie są spektakularne, mało tu wyrafinowanych aktów przemocy czy erotycznych uniesień wytatuowanych prostytutek udających aktorki :). Współczesny młody, masowy odbiorca patrząc na ten obraz z 1977r.  miałby pewnie niedosyt wrażeń. A jednak - moim zdaniem - historia o desperatach przewożących materiały wybuchowe, broni się dzięki doskonałej muzyce, pięknym krajobrazom Dominikany, czy grze Roya Scheidera. Pełna grozy scena z okładki, czy moment, gdy w finale Roy z wysiłkiem niesie skrzynki z nitrogliceryną, zostają na długo w pamięci. Utwory można z grubsza podzielić na trzy grupy: zagadkowe impresje, łączniki tematyczne i atrakcyjne erupcje pulsacji. Main Title - mroczny i ponury, sugestywnie oddaje klimat zagrożenia, w jakim często działać będą bohaterowie filmu. Przyznaję, że wiele lat temu, gdy dopiero zapoznawałem się z dokonaniami zespołu, zdarzało mi się pomijać ten temat podczas słuchania płyty,  zaklasyfikowałem go wtedy, jako "zbyt ciężki".  Faktycznie, jest dość odmienny niż większość kolejnych utworów, jednak z czasem zrozumiałem, że ten sposób generowania nieprzyjemnych dźwięków zgodny jest z pewną umowną konwencją. Po kilku przesłuchaniach, okazuje się być całkiem przystępny. Search za to jest dynamiczny, prosty i wyrazisty w intencji. Trwa niespełna trzy minuty. Przeplata się w nim, niczym w przebojowej piosence, zwrotka i refren. Lekko schizofreniczne solówki, dobrze współgrają z generatorem rytmu. The Call to powłóczysty fragment, choć krótki - ciągnie się smętnie niczym niepłacone zobowiązanie bankowe. Nagrany chyba bardziej dla tworzenia klimatu niż rozwijania konkretnej myśli.  Creation - basowa, powolna i ciężka sekwencja, wokół której krążą równie ospałe próbki melodii, jak sępy nad padliną, nie mogąc zdecydować się na konkretne działanie.  Vengeance - podobny w barwie, podlegający modyfikacjom rytm.  Tu jednak zespól daje upust napięciu w ciekawych przewartościowaniach, gdy muzyka zmienia swój poziom na wyższy. Malowane dość grubą kreską impresje w sugestywny sposób budują dalszą atmosferę. The Yourney to trochę motywów granych na mellotronie, które niestety szybko się kończą. Co więcej można zrobić przez dwie minuty? Grind - błyskotliwy utwór gdzie prócz potężnej dynamicznej sekwencji rodem z Rubyconu, usłyszeć można eleganckie solówki, akompaniament i dużo ozdobników. Muzycy przez niespełna trzy minuty udowadniają, że łączy ich jakaś oparta na intuicji więź, powodująca wzajemne pozytywne sprzężenia. Rain Forest - powracająca  w pętli sekwencja, podkreśla uczucie zagrożenia, wysiłku i zmagań. Abbys podobna w nastroju do Main Title, jest jednak kompozycją bardziej rozbudowaną i klarowniejszą. Nagromadzenie niepokojących dźwięków zwiększa napięcie i klaustrofobiczną aurę. The Mountain Road jest krótką, ale wyrazistą wprawką z pięknym aczkolwiek szybko gasnącym mellotronem. Impressions Of Sorcerer zwraca uwagę gitarowym solo Edgara Froese. Niektórzy krytycy  uparcie twierdzą, że Edgar nie umie grać na tym instrumencie, ale jak dla mnie, jego wysiłki idealnie wpasowują się w charakter płyty. Pewne rzeczy po prostu się lubi i akceptuje. Betrayal (Sorcerer Theme) dynamiczny motyw kilkakrotnie pojawiający się w filmie. Jest w istocie esencją większości wątków przewijających się przez całą płytę. Rosnący poziom adrenaliny, strach i desperacja. Wszystkie te stany muzyka oddaje perfekcyjnie. Zespół, jako doskonale zintegrowanie trio, wykazał się sporą artystyczną inwencją. Motywy skompensowane często do trzech - pięciu minut to duże wyzwanie. Moim zdaniem grupa wyszła z próby obronną ręką i nagrała wyjątkowo oryginalny materiał. Choć brzmienie poszczególnych ścieżek musi się kojarzyć w wydawanymi w tamtym czasie długimi suitami, artystom udało się odtworzyć charakter wydarzeń widzianych na ekranie oraz nadać całości swoisty styl.  Ciekawe, że z ponad 90 minut przygotowanego przez zespół materiału, na płycie wykorzystano zaledwie jego połowę. Niejeden fan zastanawia się czy reszta muzyki kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Fascynujące, prawda? Niektórzy słuchacze narzekają, że ograniczony czas trwania poszczególnych ścieżek nie pozwala należycie cieszyć się mnogością pomysłów. Tę przypadłość wynagradza jednak fakt. że zarówno dobrany materiał i kolejność poszczególnych fragmentów tworzy bardzo logiczny ciąg. 
     Ostatnie momenty współpracy zespołu z Peterem Baumannem dają w efekcie końcowym miłe odczucia estetyczne i to, co  jest tak cenne w muzyce - przeświadczenie o przeżywaniu czegoś niezwykłego i niecodziennego, dającego niemałą satysfakcję.