poniedziałek, 27 czerwca 2011

Peter Baumann - Trans Harmonic Nights



    Płyta "Trans Harmonic Nights" wywołuje u melomanów bardzo mieszane uczucia. Po fenomenalnej "Romance' 76" Peter Baumann ukazuje inne oblicze. Artysta rezygnuje bowiem z awangardowych poszukiwań, eklektycznych, rozbudowanych suit, a komponuje melodie, których miło słuchałoby się przy świecach we dwoje. Te uproszczenie formy i emocji, paradoksalnie przysporzyło mu nowych, mniej wymagających wielbicieli. Sprawność nabyta w legendarnym zespole Tangerine Dream zaowocowała doskonałym warsztatowo, aczkolwiek jałowym  artystycznie wydawnictwem. Pierwsza kompozycja This Day:




to ugrzeczniona melodia i deklamacje zniekształconego przez efekty głosu. Napięcie ograniczone do kilkunastosekundowych erupcji skomasowanych dźwięków pozostawia uczucie niedosytu. Przez pięć minut trudno muzykowi zbudować coś większego niż romantyczną etiudę. Podobnie dzieje się w White bench and black beach:






gdzie Baumann proponuje bardzo schematyczną zabawę. Ubóstwo formy i treści jest wręcz  niesmaczne. Mam wrażenie że wykonawcą jest początkujący uczeń, który dopiero poznaje  zasady kompozycji.  Chasing the dream





przypomina dawną świetność kompozytora. Peter wreszcie przypomniał sobie o swoich umiejętnościach oddziaływania na emocje i sprezentował słuchaczom krótką, ale pełną ekscytacji kompozycję z galopującymi sekwencjami, porywającymi przeobrażeniami, czyli tym, czym zdumiewał, grając w swoim dawnym zespole. Wielu fanów uważa, że warto było wydać tę płytę chociażby dla tego jednego utworu. Niestety, dalej jest gorzej.Biking up the strand





ta dwuipółminutowa efemeryda nadaje się może na melodyjkę do telefonu komórkowego, ale trudno przy jej słuchaniu doświadczyć głębszych doznań.

Phaseday jest drugą jaśniejszą kompozycją na tym albumie. Szlachetna melodia, jak elegia  urzekająco spokojna, snuje się niczym górski strumyk. W pewnym momencie temat na chwilę ulega rozwodnieniu, Peter wprowadza urozmaicenia które dość dziwnie brzmią w prawie całkowitej ciszy. W końcu powtórnie wprowadza temat główny jakby nieco go gloryfikując. Meridian Moorland



- w tym fragmencie zaciekawić mogą reminiscencje sampli i brzmień używanych przez grupę Tangerine Dream na amerykańskich koncertach. Na chwilę wraca klimat starej, dobrej muzyki.

The third Site



to próba pogodzenia komercyjnego rytmu z bardziej wyrafinowanymi brzmieniami. Pełno to efektów, stereofonicznych zabaw z dźwiękiem.

Dance at dawn



brzmi trochę patetycznie, jest niczym przemarsz konduktu wojskowego. Słychać werble, a żołnierskie obcasy wybijają rytm. Zamiast  z tańcem o świcie, bardziej kojarzy mi się to z uroczystym pogrzebem. Czy Peter Baumann pochował tu swoje ambicje artystyczne? Następna płyta "Repeat Repeat" zdaje się potwierdzać tę teorię. Sesja nagraniowa z 1979r zrealizowana w studio Paragon w Berlinie, zapisze się więc w pamięci jako jedna z wielu prób zaistnienia na komercyjnym rynku.