wtorek, 28 czerwca 2011

Neuronium - Chromium Echoes



   Dlaczego te najlepsze płyty są takie krótkie? Często zadaję sobie te pytanie. W przypadku bardzo płodnego muzyka (około 50 płyt w różnych zestawieniach) nagrywającego w Hiszpanii ta reguła: dobra muzyka nie trwa długo - też się sprawdza.  A poniżej omawiana pozycja jest niezwykła i wyjątkowa. Chromium Echoes Autor nazywa swoje dokonania muzyką psychotroniczną. Jest to łagodna, kosmiczna, miejscami mocno liryczna i oryginalna twórczość. Czterominutowa pozycja Prelude umieszczona na początku krążka ujawnia prawie wszystkie sposoby na zauroczenie słuchacza: sympatyczna melodia z dodanym dla efektu echem, gitarzysta Carlos Guirao wdzięcznie uderzający palcami po strunach, kilka instrumentów w tle, efekty dźwiękowe rodem z filmów SF, szum morza i rytm na ożywienie tematu. Ale Preludium szybko się kończy, jest tylko zapowiedzią dalszych atrakcji. Chromium Echoes Na tle niskiego pomruku syntezatorów, do uszu dociera ludzki głos przetworzony przez vocoder. Jest to dość rzadko używany trick, ja jednak bardzo go lubię. Tu wprowadza w futurystyczny klimat. Żeby nie było wątpliwości, czego teraz słuchamy, syntetyczny głos podaje lekko zniekształcony tytuł. Michel uruchamia rozkołysane loopy, solo niczym światła reflektorów penetruje zakątki muzycznej przestrzeni. Kolejne wprowadzane instrumenty potęgują wrażenie niepokoju. Coś wisi w powietrzu. Właściwie cała płytka to celebrowanie nastroju wyczekiwania na apogeum.  W końcu następuje efektownie przełamanie gdzie dotychczasowe motywy posłusznie idą za rytmiczną maszyną. Trochę dziwna konstrukcja. W swoim nasileniu bit pociąga w rytmie prawie wszystkie instrumenty, narzuca swój przemożny sposób grania, aby kołysały się razem z nim w tańcu.  Nie trwa to długo, na chwilę wszystko się zawiesza, aby ponownie podnieść w lekko zmienionej repryzie. Ten rytm, jaki rządzi całością trudno nazwać komercyjnym. Jest on raczej pretekstem do dźwigania  konstrukcji… Ponownie klaruje się solo, które modulowane po kanałach opowiada tajemniczą historię. W końcu całość spada do otchłani. Zdążyłem jednak zauważyć, że identycznego urządzenia do produkowania rytmu używał na płycie  „Paradise” Robert Schroeder. The Neutron Age Efekty generowane w obszarze ludzkiej słyszalności powtarzają się przez kilka chwil. Delikatna melodia snuje się w tle. Elegancka pętla rozbija się o uszy. Klimat bezgranicznego smutku narasta z minuty na minutę. O ile dwie poprzednie kompozycje można było nazwać pozytywnie zakręconymi, to ”Neuronowy wiek” jest po prostu bezdyskusyjnie mocno przygnębiający. Niespotykana w muzyce skala melancholii coraz bardziej narzuca ton kompozycji a głównym zadaniem akompaniamentu jest jej spotęgowanie. W echach i powtórzeniach Huygen wydobywa ze swojej duszy cały potencjał smutku. To, co na wielu następnych płytach będzie się powtarzać: totalny splin. Piękna melodia uwodzi swą barwą aż zejdzie w dolne rejestry gdzie czeka ją upadek. Znów słychać różnorakie efekty, jako wprowadzenie do fascynującego finału. Stojące fale dźwięków, wata w uszach, kilka partytur gra swoje partie. W prawym uchu rozbudowana sekwencja, w lewym melodia, wreszcie budzi się monumentalna, majestatyczna wariacja tematu, jako kulminacja całości i teraz już nie ma potrzeby grać cicho. Michael daje z siebie wszystko, pełną mocą różne instrumenty chodzą swoimi drogami, by co jakiś czas spotykać się ze sobą w harmonicznych uniesieniach. Łagodny motyw poprzedza poetyczną deklamację. Głos niby zwyczajny, ale bardzo czuły z wyczuciem śpiewa artystyczne credo. Dla potwierdzenia ważności tego wydarzenia słuchać teraz wybuchy i żarliwe, potężne solo powtarzające motyw śpiewany jak refren…  Dostojnie i dobitnie, przy akompaniamencie świstów gong uroczyście kończy historię. Oszałamiająco sugestywne oddziaływanie tych krótkich nagrań nie pozostawia obojętnym. Bardzo intuicyjne granie. Jak mało komu, udało się wydobyć Michelowi Huygenowi z kolażu ludzkiego głosu i różnych instrumentów maksimum ekspresji.
      Tą płytą na trwałe zapisał się do panteonu wybitnych elektroników. Nagrania wytrzymują próbę czasu i ciągle dostarczają różnorodnych emocji. Respect dla mr. Huygena!