czwartek, 2 czerwca 2011

Mario Schönwälder - Hypnotic Beats


    Pamiętam moment, kiedy ten artysta zdobył popularność w naszym kraju. Stało się to za sprawą płyty „The Eye of Chameleon” wydanej w 1989r wyraźnie nawiązującej do sposobu grania Klausa Schulze. Fani stęsknieni za znanymi brzmieniami granymi trochę inaczej z satysfakcją nabywali tę płytę. Gdy rok później pojawiła się Hypnotic Beats, było podobnie. To ciekawe, że twórczość programowo monotonna, wtórna i momentami po prostu jednostajna, potrafiła wzbudzić tak duże zainteresowanie. Były tego, co najmniej dwie przyczyny: ograniczony dostęp fanów do nagrań z ulubioną muzyki, oraz wąskie środowisko grających w ten sposób kompozytorów. Z czasem okazało się, że moda na reminiscencje i granie w stylu szkoły berlińskiej, zaowocowała liczną rzeszą kontynuatorów oraz coraz większą ilością nagrań.  Niedawno odświeżyłem sobie stare utwory z Hypnotic Beats. Z pewną satysfakcją stwierdziłem, że jak dobre wino, dalej mają swoją moc. Wynika to pewnie z faktu, że iteracja wpisana jest w ludzkie życie i działalność, stanowi jego organiczną część i jako taka jest łatwo przyswajalna. Koncertowy Moogazyn rozpoczynający ten album ma wszystkie powyższe omawiane cechy (programowo monotonna, wtórna i momentami po prostu jednostajna): wady, paradoksalnie będące tym razem również zaletami. Bardzo szybko, bo już w drugiej minucie, wyłania się, niczym smukła łódź podwodna z morskich głębin, rozkołysany, nieskomplikowany rytmiczny schemat. Wokół niego syntezatory grają powłóczyste motywy, zalążki smutnych melodii. Bit, z niewieloma zmianami, szybko zajmuje ważną część świadomości słuchacza, faktycznie jakby hipnotyzuje i przyciąga niczym ćmę do światła.  Ta prosta w budowie kompozycja, daje jednak poczucie satysfakcji i spełnienia. Po blisko 22 minutach, zamiast dawno zmienić tę schematyczną muzykę na inną, siedzę zauroczony i zadowolony. A Dream, Merely A Dream. Tu podobnie, od razu mamy do czynienia z kolejnym rytmem, trochę bardziej przestrzennym i orientalnym, a melodia jest śmielsza i zróżnicowana. Niemniej, jest to kolejny fragment statycznej, jednolitej konstrukcji. Trochę szkoda, że trwa tylko siedem minut. A Spirit of Love.  Pozytywnych kołysań ciąg dalszy. Nieznacznie zmieniony cykl uderzeń, jednak muzyka jest teraz bardziej urozmaicona, słychać więcej ciepłych dodatków, co czyni kolejne sześć minut bardzo miłym przeżyciem. Pociągająca jest szczególnie lekkość granego tematu. To bez wątpienia najbardziej przystępny, choć w późniejszych wydaniach usunięty fragment płyty. The Garden of Sanssouci. Po przyciężkim wstępie wchodzi dość toporna pętla. Solo jest smutne i kontrolowane. Nastrój lekko depresyjny. Niemandsland krótka, niemrawa struktura, w której niewiele się dzieje poza utrwaleniem dotychczasowego klimatu. Hypnotic Beats – po tradycyjnie dołującym wstępie, stado słoni przechadza się po ciasnej klatce. Przynajmniej takie można mieć wrażenie, gdy do akcji wchodzi rytmiczny bas. Mimo wsparcia Amadou Bokou na perkusji, ta kompozycja nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym. Mario konsekwentnie hipnotyzuje słuchacza w ustalonej wcześniej konwencji. Z sześciu kompozycji polecam szczególnie pierwsze trzy: koncert z niemieckiej katedry Verden i dwie lżejsze gatunkowo próbki: senną i miłosną. W opisie płyty można przeczytać, że użyto tu tylko cyfrowych instrumentów, oraz zastanowić się nad ciekawym tekstem F.Nietzche. Po raz kolejny okazało się, że powtarzalność, obsesyjne nawroty tych samych dźwięków dają się lubić. Nagrania te doczekały się kilku wznowień, na jednym z nich, wydaniu labetu SynGate Records, w kompozycji tytułowej gra Harald Grosskopf, a kolejność utworów, zawartość ścieżek oraz ich długość jest zmieniona.
    Po tej płycie Mario wydaje następne, podobne w pomyśle, oraz jest współuczestnikiem kilku muzycznych projektów nagranych z przyjaciółmi. Ale to już inna, mająca również swoich zagorzałych fanów historia.