czwartek, 2 czerwca 2011

II Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2006

   Lipcowy poranek i popołudnie: W piątkowy poranek wstałem z radosną myślą, że oto czeka mnie 9 godzin pracy i wieczorny koncert. Już sama ta myśl podniosła mi poziom adrenaliny na ten właściwy. W końcu ok. godziny 17.40 dotarłem do domu i jak na prawdziwego el -fana przystało, po obiedzie odświeżyłem się w wannie gorącą wodą i zwilżyłem gardło zimnym piwem.  Oczyściwszy się zatem ze smutków dnia codziennego czekałem na telefon od Jacka. Po chrześcijańsku odebrał mnie z pod bloku i wyruszyliśmy do Olsztyna. Wieczór: Podróż wypełniały nam rozważania i dialogi na jedynie słuszny temat: co może nas czekać na koncercie. Atmosfera: Dziedziniec zamku nie licząc pustego miejsca po drzewie w które uderzył piorun nie zmienił się wiele. Nie dokuczał mi też zapach kobiecej chemii, której tyle było w poprzednim roku. Czas do rozpoczęcia koncertu zajmowała mi młoda cygańska latorośl okupująca miejsca Vipów i wymieniająca niewybredne dwujęzyczne komentarze. Dookoła sceny chodził zaaferowany Booky, pilotujący Olę Koszewską (dzielna keyboard women nie miała szans się zgubić). Booky machnął mi ręką, że później pogadamy. Nie dziwię się. Powiem wam szczerze: Aleksandra należy do tych kobiet, przy których mężczyźni wyraźnie czują się sprawniejsi, bardziej potrzebni i rycerscy. Krzesła powoli się zapełniały, pojawił się prezydent Olsztyna, 7-9 letnie cygańskie dzieci dostały propozycję nie do odrzucenia  ławkę z boku sceny.  Prawie punktualnie, ten sam, co rok temu Mistrz ceremonii rozpoczął show. Andrzej Andymian został uhonorowany z rąk prezydenta klaserem kilku okolicznościowo wybitych monet (jak dobrze pamiętam ). Okazało się też, że trochę zmieniono formułę spotkania. Mniej tym razem było ideologii słownej a więcej widowiska dla oczu. Widzowie zostali zapewnieni, że organizatorzy przebiją jakością inne podobne tego typu krajowe imprezy. Po prostu oprócz ilustracji graficznych na ekranie, muzycy dostali wsparcie aktorów teatralnych. Przebrane postaci o pomalowanych twarzach robiły momentami niesamowite wrażenie. Muzyka: Jako pierwsza w kolejności wystąpiła wspomniana już wcześniej Aleksandra Koszewska „Vocoderion”. Miała robić za „przestrzeń”. Patrząc na jej lateksowe wdzianko rodem z Matrixa, zmysłowo opinające młode kobiece ciało, spodziewałem się usłyszeć muzykę techno-podobną, ale mile się rozczarowałem. Owszem, muzyka nawiązywała do znanych w gatunku muzyki elektronicznej motywów np. Marka Bilińskiego, ale bez przesadnego hałasowania czy dosłownych coverów. Utwory były zwarte, soczyste i konkretne. W ogóle mam wrażenie, że jej koncert był zbyt krótki i na dobre rozgrzała się pod koniec swojego występu, gdy złapała „drugi oddech” i opuściła ją trema. Kiedy za sprzętem usiadł Maciek Wierzchowski – Vanderson usłyszeliśmy czysty Berlin. Potwierdził to Juma, któremu zapuściłem kawałek przez komórkę. Faktycznie, to było to, co stare tygrysy lubią wspominać najbardziej: styl najlepszych płytek Mandarynek zagrany chyba na trochę nowszym sprzęcie niż ten z lat 70 tych . W galerii zamku można było kupić za jedyne 10zł promocyjną płytkę Vandersona, co przyznacie nie jest wygórowaną ceną. Na koniec tego 2 godzinnego spektaklu wystąpił Andrzej Mierzyński - Andymian. Wyjątkowo rozbudowana oprawa wizualna nie pozwoliła mi szczegółowo wyróżnić nowych fragmentów od starszych w jego muzyce (chociaż chyba gra bardziej "nowocześniej" niż rok temu) bo oczy nasze zajmowali pomalowani aktorzy, którzy machali szarfami, palili ognie i chodzili na szczudłach. Na koniec Andrzej otrzymał dodatkowe, rodzinne (?) wsparcie w postaci wokalistki która kilka minut wcześniej wręczyła kwiaty niektórym widzom i słuchaczom. Wszystko to w atmosferze mistycyzmu i anielskich wizualizacji na ekranie. O 23. nastąpił koniec koncertu. Bardzo szybko upłynął ten czas. Organizacja bez zarzutu, ciekawe widowisko i odpowiednio długie, nie męczące dawki muzyki. Gratuluję!  Aż żal było wyjeżdżać. Zdążyliśmy zamienić parę zdań z Michałem Bukowskim i Olą, Jacek porozmawiał z Vandersonem. I już trzeba było jechać.
   Pozostaną miłe wspomnienia i wrażenie że w Olsztynie są wreszcie dobre klimaty do tego typu imprez.