niedziela, 29 maja 2011

Władysław Komendarek - Kwidzyn 26.09.2009r


        Bardzo chciałem wybrać się na koncert Władka Komendarka. Koncerty muzyki elektronicznej w małych gabarytowo klubach to jakiś kompromis i ukłon w stronę tradycji wieczornego wypoczynku w półmroku lokalu, gdzie można popijając piwo, dodatkowo wchłonąć dawkę muzycznych emocji. Konsekwencją tego jest specyficzna atmosfera luzu, gdzie nikomu nigdzie się nie spieszy, artysta jest jakimś dodatkiem do wieczoru, i punktualność nie ma większego znaczenia. Dlatego na nikim nie zrobił wrażenia 50 minutowy poślizg w rozpoczęciu imprezy, w czasie kiedy to muzyk, między innymi sprawami, przebierał się w swoje sceniczne wdzianko. Ale trudno było nie zauważyć i nie usłyszeć tego momentu, gdy Komendarek wreszcie uruchomił swój sprzęt i z głośników popłynęły, a właściwie powinienem powiedzieć - zaatakowały słuchaczy dźwięki muzyki. Główne widowisko podzielono na dwie godzinne części. Przez kilka pierwszych minut bardzo spokojnie, choć dobitnie i głośno, stojące frazy w stylu „starego” Komendarka przyjemnie wlewały się w uszy, aż do chwili, gdy nadszedł czas totalnego testowania wytrzymałości nagłośnienia. Przez równą godzinę, właściwie bez przerw na oklaski, inwazja kakofonii, bardziej lub mniej inteligentnego hałasu, jazgotu, czegoś, co moi rodzice nazwaliby kocią muzyką, z rozkoszą wchłaniana była przez znakomitą część audytorium. Duże wrażenie robiła niesamowita dynamika artysty i jego niewątpliwa sceniczna charyzma. Muzyk miał też w zanadrzu zestaw min, gestów i zachowań, na najwyższym poziomie ekspresji, którymi hojnie dzielił się z widownią. W oszałamiającym tempie wił się przy aparaturze jak w transie, umiejętnie łącząc ze sobą różne gatunki muzyki, ujawniając przy tym bardzo rozległe pasje. Czego w tym miszmaszu nie było! Organowe wstawki, hardrockowe riffy, marsze wojskowe, break beats, hardcore, metal, techno i sam Komendarek wie co jeszcze . Lasery i maszyna dymowa czasami całkowicie oślepiały, co było zamierzonym i pewnie niezbędnym elementem tego show. Kilkanaście razy Władek robił użytek z mikrofonu i wokodera, artykułując jakieś istotne kwestie w sobie chyba tylko znanym narzeczu. W tle, na ekranie, przez oba godzinne sety można było oglądać fragmenty filmu Koyaanisqatsi, wybitnego dokumentu, ciekawie pokazującego ludzkie życie pozbawione równowagi. Te sceny, gdzie zarejestrowano wyburzanie osiedla pustostanów, z muzyką Komendarka nabrały ponownie szczególnego wyrazu. Gudonis ujawnił w trakcie koncertu swoją miłość do progresywnego rocka, ciekawie parafrazując fragmenty utworu „Na dworze Karmazynowego Króla” zespołu King Crimson. Imponujące jest też, jak duży i różnorodny zestaw sampli i brzmień miał zmagazynowany Dziadek Władek w swoich elektronicznych pudełkach. Materiału wystarczyłoby na kilka płytek. Energii na parę koncertów innych zespołów. Krótko po północy skończył się podobny w pomyśle, drugi godzinny set przedzielony krótką przerwą. Podczas gdy muzycy szykowali się do trzeciej sesji w stylu ambient: Szulen – Komendarek, opuściliśmy z przyjaciółmi muzyczny klub udając się w długą drogę do domu. Wracałem zadowolony z tego co widziałem i słyszałem. Mimo iż sam koncert zaczął się stanowczo za późno, co uniemożliwiło mi konsumpcję całego programu, choć nie pstryknąłem sobie wspólnego zdjęcia z artystą to i tak było wystarczająco dużo pozytywnych przeżyć i masa dobrej zabawy.
    Komendarek po raz kolejny udowodnił że ma wielką wyobraźnię i talent w generowaniu muzyki, doskonale się spełnia w trakcie występów na żywo, dając z siebie wszystko. Czegoż chcieć więcej?