wtorek, 17 maja 2011

Valery Siver & Kiryll Trepakov - Midway



       Czasami pozory mylą, a schematyczne myślenie prowadzi na manowce. Kiedy oglądałem okładkę płyty „Midway” z 2003 roku mało znanego u nas w kraju rosyjskiego duetu Valery Siver & Kiryll Trepakov, uznałem, że to pewnie będzie awangardowa, ambitna muzyka. Ale po przesłuchaniu pierwszych kilku minut muzyki wiedziałem już, że to trochę inny kierunek. Ci dwaj Panowie mający za sobą naukę gry na gitarze klasycznej, muzyczne projekty i wydawnictwa (czyli wiedzę i praktykę), postanowili połączyć swoje siły. Valery wymyślił melodie, zagrał na większości gitar, a aranżacją, obsługą instrumentów klawiszowych i realizacją zajął się Kiryll. Efektem tej współpracy jest pełna uroku, ciepła i harmonii, muzyka relaksacyjna. Gitary klasyczne, akustyczne, elektryczne, przeplatane efektami syntezatorów, unoszą słuchacza swobodnie i bezpretensjonalnie do uniwersum, oazy spokoju i wytchnienia. Jest tu dużo przestrzeni, świeżości, swobody. W pierwszej kompozycji N-tro autorzy sugerują jakieś sekrety i mrok. Szumy kosmosu i hiszpańskie glissanda. W Stress słychać delikatne gitarowe dialogi a w tle niepokojące efekty stereofoniczne. Hot wind rozwija się w optymistyczną opowieść gdzie instrumenty w wyjątkowej harmonii podążają za subtelnym bitem przeplatanym z samplem szumiącej w oddali wody. Dansing swoją lekkością przypomina biegnącą na palcach baletnicę. Dreams to nagrania śpiewających ptaków, dostojne solo na gitarze i morze rozbijające się o pobliskie skały - utwór w klimacie G.E.N.E. Head on a Laps - tu ponownie wyeksponowana gitara trochę w stylu Pata Metheny, pogłosy i dziwne efekty. Don - brzmi jakby Francis Goya grał akompaniament do solowego tańca w hiszpańskim salonie pięknej tancerce. Mentor Shadows – przez miłą melodię przedzierają się efekty zakłóceń radiowych. The Way. Zgodnie z tytułem szumią fale, a potem na pierwszy plan wysuwa się elektroniczna modyfikacja brzmienia piły do cięcia drzewa ;). Thirty Second. Jest tu dużo przestrzeni, w której coś się rozbija z wyraźnym echem, aż stojąca fraza zakrywa ciepłym kocem akustyczną aberrację. For a Livetime to wypoczynek w ciepłym kraju, zachód słońca nad oceanem. Refleksyjnie gra gitara w towarzystwie umiejętnie dobranych elektronicznych dodatków. Na tle szumiących fal Valery przebiera palcami po strunach a potem niewyraźne wołanie dziecka kończy tę płytę. Na próżno szukać w tych nagraniach dynamicznych sekwencji, za to w kilku utworach słychać delikatny rytm, snujący się gdzieś na drugim planie. Jest to bez wątpienia muzyka elektroniczna dedykowana poszukującym kontemplacji odbiorcom. Oprócz klimatu typowego dla ambientu, łatwo wyczuwalne są inspiracje nurtem New Age. Sample szumiącego morza, odgłosy nawoływań, odrobina tajemnicy wprowadzają audytorium w stan pozytywnej melancholii. Szczypta progresywnego brzmienia, dzwonki, dźwięki fletu.
     Ta swoista muzykoterapia być może spodoba się wielbicielom Megabyte i Gandalfa.