czwartek, 26 maja 2011

Tangerine Dream - Zeitgeist Live in Lisbon 2010



    Sączący się dym i duże oko na wstępie tego DVD zapowiadają niespodzianki. I tak jest rzeczywiście. Cello opening Cztery osoby (być może członkowie zespołu) w maskach, markują lub faktycznie grają na wiolonczeli. Rzucają wokół kilka bezdusznych, dziwnych spojrzeń - w dekoracjach nie widać oczu.. Nie podobają mi się te karnawałowo - średniowieczne zakrycia twarzy, bo kojarzą z ukrytymi zamysłami. Na scenę wchodzi dama w pięknej białej sukni i zasiada przy fortepianie. To oczywiście Linda Spa, urocza kobieta, o dojrzałej, posągowej urodzie. Dobrą chwilę zastanawia się, jakie wydobyć dźwięki, aby pasowały do tła. Wreszcie, gdy jej ręce delikatnie dotykają klawiatury, wiolonczeliści przestają grać i z uznaniem przysłuchują się melodii.  Broken Feather Linda, niczym czarodziejka z ekspresją wydobywa smutne barwy dając się unieść coraz to bardziej szlachetnej formie utworu. Podchodzi ubrany na czarno mężczyzna, z twarzą przysłoniętą kapeluszem i przez chwilę niczym surowy sędzia słucha kompozycji. Nagle, poirytowany, uderza dwukrotnie czymś w rodzaju pejcza w fortepian ucinając swobodny ton gry. Teraz pejcz przelatuje blisko twarzy Lindy, która wie ze to już koniec tego aktu. Oklaski. Surowy mistrz – Edgar Froese zasiada przed muzycznym sprzętem. Zaczyna się właściwy koncert. Utwór Rubycon 2000, gdzie znana sekwencja jest motywem przewodnim, choć nie taki głęboki i tajemniczy jak oryginał sprzed lat - zabrzmiał dobrze. I wiem, dlaczego – nie było tam tego nowoczesnego rytmu, jaki psuje większość takich reminiscencji. Gorzej z Phaedra 2005, ta wersja jest zagrana trochę za szybko, w wyniku czego ulatuje pewien czar właściwy starej kompozycji. Zresztą, nawet ciężko mi było rozpoznać moją ulubiona starą płytę w tej opcji. Za dużo dodatków. Podobnie ze Stratosfear ‘95, to nie jest wersja dla mnie. Dalej zespół gra Kiev Mission 2009, ale bez wyraźnych, głośnych deklamacji po rosyjsku, to nie jest to samo. Song of The Whale 2010 mimo perkusji zabrzmiał dość spokojnie. No Mans Land 2008, tak krótki że prawie go nie było, bardzo szybko wchodzi Poland 2009, łatwy do rozpoznania, pewnie dlatego, że to już nowsza kompozycja, w której nie ma co zmieniać. Dodany saksofon, na którym gra Linda, ani nie przeszkadza, ani nie pomaga. Dream puzzle z motywem z Tangramu, - totalna porażka, niepotrzebnie zrobiony w nowej perkusyjnej aranżacji. Rockowo, z gitarowymi solówkami całkiem gubi pierwotny sens. To pierwszych 10 kompozycji. A jest ich aż 33!. Z późniejszych polecam Exit 2009. Większość utworów, całe szczęście nie wszystkie, jest rytmiczna, przebojowa i łatwa w odbiorze. Za łatwa. Sporo znanych motywów potraktowano niemiłosiernie - jako materiał do obróbki na małe hity. Całość trwa prawie 3 i pół godziny. To naprawdę duża dawka muzyki. Podczas oglądania i słuchania naszła mnie taka refleksja: Ostatnio zespół Tangerine Dream lepiej mi się ogląda niż słucha. Widowisko bowiem przygotowane jest nienagannie. Muzycy profesjonalni o niepodważalnych kwalifikacjach, światła dopasowane perfekcyjnie, niebanalne instrumenty – na tym koncercie np. gitara w kształcie wykręconej rury do otulin i skrzypce zrobione chyba z przeźroczystego plastiku. W przerywnikach pokazywane dopasowane filmy sugerujące tytuł scieżki lub zawartość. Grające panie są pełne powabu i wdzięku, któremu nie sposób się oprzeć. Ale muzyka zbyt często brzmi bardziej jak covery niż autorskie wykonania. Może jednak się czepiam i nie doceniam wysiłków ekipy? Zastanawia mnie też duża ilość kobiecej nagości i lesbijskich sugestii na okładce koncertu. Czemu to ma służyć?
    Dziwne są scieżki Edgara Froese.