niedziela, 15 maja 2011

Tangerine Dream - Tangram



    Przez wiele lat była to dla mnie najlepsza płyta zespołu. I w składzie: Froese, Franke, Schmoelling zdecydowanie tak jest do dziś.Edgar miał dobry pomysł zapraszając do współpracy Johannesa. Ten pianista i przez pewien czas zawodowy kościelny organista, wniósł do nagrań zespołu dynamiczną energię i wręcz rockowe zacięcie. Nareszcie po odejściu Baumanna na kolejne pięć lat wyklarował się stabilny trzyosobowy skład grupy. 01. Tangram Set 1 - 19:47 Układanka rozpoczyna się bardzo znamiennie. Spirala dźwięków okraszona basowym ozdobnikiem rozwija się powoli, acz zdecydowanie, Optymistyczny motyw progresywnie przyspiesza, słychać teraz niesamowite pasaże paru syntetycznych instrumentów. Realizacja ciekawych pomysłów potrwa blisko siedem minut, w których uruchomione procesy zmiennych planów realizują się w dynamicznej konwersacji. Dla kontrastu słychać odprężające tony fortepianu, dostojne frazy imitacji brzmień gitary i … wchodzimy do fabryki. Podziw budzi inwencja, z jaką nagrano tu niesamowite efekty: jakby ciężkie kroki robotów chodzących po blaszanym podłożu i bezduszne pracujące maszyny. Tchnie to jakimś fatalizmem i wykańcza się w reorganizacji, która jest pretekstem do wygenerowania paru kolejnych urozmaiconych pętli. Muzyka z łagodnej i pozytywnej przekształciła się teraz w skomplikowany model - gdzie industrialne efekty się rozładowują. Dialog pozytywnych i negatywnych emocji trwa do końca pierwszej suity zakończonej słodko-gorzką melodią. 02. Tangram Set 2 - 20:26 Cześć drugą zaczyna piękny pochód stojących barw. Wybrzmiewają one tajemniczo i wprowadzają w stan błogości. Z tego pół snu, po kilku minutach wyrywa słuchacza syntezator, który niczym rżenie silnego konia, prowadzi za sobą basową strukturę i agresywne solo. Ciągi logicznie wznoszą się wyżej. Następuje kolejne przełamanie, z wyrazistym motywem i towarzyszącym rytmem. Słychać lekko paranoidalną melodię. Generatory obwiedni sygnału pracują pełną parą. Basowe ostinato mocno się produkuje i unosi słuchacza w pewien pozytywny trans. Kolejne przełamanie, stan wyczekiwania na następne zdarzenia i wchodzą różne efekty: przesuwania, tarcia, ciężkiej pracy. Muzyka wpada teraz w jakiś młynek. Wyraźnie słychać jak zbliża się syntetyczny pociąg. Sekwencja i dodatki nieustannie modulują, nabierają werwy w emocjonalnym biegu powtórzeń, niczym w walce dobra ze złem. W końcu galopada zwalnia, wszystko wygasa. Po raz trzeci niosą się echa przemysłowych cyklów produkcyjnych. Vocoder, trochę psychodeliczne sample śmiejących się dzieci, składowych nie harmonicznych i chorałów w stylu starszych nagrań koncertowych zespołu. Fortepianowe akordy przeplatają się ze smutnym motywem końcowym i zostają w pogłosie wyciszone. Ta płyta to królestwo soczystych sekwencji. Często w niskich częstotliwościach, są nie tylko podkładem, ale nieustannie modulowane stają się treścią samą w sobie. Tu loopy grają długo, czysto i do woli. Czasami kilka takich pętli na raz pięknie się rozwija, są zwielokrotniane i opóźniane, a pomysłowe dodatki aż iskrzą. Powtarzalność daje wrażenie nieuchronności zdarzeń. Zespół w nowy sposób zagrał to, co umiał najlepiej. Znakomite brzmienia syntezatorów całkowicie rekompensują brak klasycznej perkusji czy akustycznych instrumentów.
      W bardzo zdecydowany i pewny siebie sposób Tangerine Dream udowadnia najwyższą formę i niepospolitą wyobraźnię.