wtorek, 10 maja 2011

Sven Grunberg - Breath (Hingus)


   Trudno być oryginalnym i trzymać się kanonu. Jednak ta sztuka udała się nad podziw pewnemu estońskiemu wykonawcy. Ten intrygujący elektronik zadebiutował w 1981 roku albumem "Breath" wydanym przez rosyjską Melodię, a wznowionym w 2000 roku przez Boheme Music jako "Hingus". Nie wiem, co było główną inspiracją tych powstałych w Tallinie kompozycji, istotne jest, że do tego doszło. To wartościowe dokonanie odwołuje się do dobrych tradycji El-muzyki lat 70 tych. Mimo iż dużo w tej muzyce patosu i podniosłych wstawek tak popularnych u wczesnego Vangelisa czy Kitaro, Sven wymieszał swoje fascynacje w trochę orientalnym, lekko mrocznym tyglu, co dodało całości smaczku. Długie organowe frazy załamują się w zaskakujący sposób. Syntezatory nie służą jako instrumenty dostarczające melodię (tej jest niewiele), bardziej jako wyznaczniki nastroju. A ten - gdyby przelać go na papier, wyglądałby fragmentami jak zapis EKG mocno chorego pacjenta. Tak rzadko grali Niemcy, którzy szukali konsensusu i harmonii z kosmosem, bliżej Grunbergowi do Isao Tomity. Gwałtowne zmiany klimatów, skrajne emocje - to elementy charakterystyczne dla wszystkich zapisanych na płycie nagrań. Słychać rockowe uderzenia instrumentów na przemian z totalną melancholią. Wykorzystanie tutaj syntezatorów jako maszynek odzwierciedlających lęki i frustracje świata opanowanego przez technologię jest niesamowite. Opowieści skrywają patos i przyziemność zarazem.

       Muzyka albo się podoba albo nie, raczej nie postawia obojętnym. Wydaje się wskazana dla znudzonych bliźniaczymi dokonaniami obecnych kompozytorów, którzy wskrzeszają  ducha minionej epoki.





--