środa, 11 maja 2011

Steve Dinsdale - On The Other Side


      Po debiutanckiej solowej płycie tego zdolnego Brytyjczyka bardzo byłem ciekawy jak będzie rozwijać się jego dalsza indywidualna kariera. Okazało się że potrafi zaskakiwać. Spodziewałem się bardzo posępnej muzyki w dekadenckich barwach, czyli niejako kontynuacji płyty New Church, ale pierwsze utwory z On The Other Side swoją lekkością kojarzą mi się z egzotyką Ultrabass czy żywiołowością Waltera Bachauera. 1. Egyptian Reggae (2.52) Dynamiczny i na pewno osobliwy fragment, tytuł jest trochę przewrotny, to nie reggae :). Muzyka kojarzy mi się z afrykańskimi nocnymi  obrzędami  i wijącymi się w tańcu szamanami. Bębny wygrywają swój tajemniczy zew, mówią niejako: Chodź, i ty musisz to zobaczyć. 2. Can Do (4.25) Niefrasobliwa, trochę wschodnia w klimacie melodyjka oparta na pętli basu i perkusji, pogodna jak starość chińskiego mędrca. 3. Pandora (3.34) Atrakcyjne stereofonicznie ostinato, przeszkadzaje i powtarzające się motywy rożnych struktur rytmicznych działają tu odświeżająco. Czuć radość tworzenia, szybko się udziela pogodny nastrój kompozycji. 4. Consequences (4.59) Podobnie jak w poprzednich utworach, na tle zbudowanej pętli różnych układów i kombinacji rytmów - otoczonych atrakcyjnymi stereofonicznie dodatkami, Steve dalej wygrywa dość proste melodie,  ale trochę poważniejsze w charakterze. Pierwsze cztery kompozycje miejscami o lekko orientalnym posmaku, stanowią rodzaj zabawy, testowania pewnych pomysłów brzmieniowych, ale też i udowodnienia wysokich umiejętności warsztatowych. Niejako reklamę swoich zawodowych kwalifikacji.  Kiedyś znani elektronicy umieszczali taki zapis na stronie A czarnego krążka aby na drugiej stronie przekazać poważniejsze przesłanie (np. P.Baumann w Romance '76).  Ucho dość szybko się z nimi oswaja i stają się pożądanym do słuchania kanonem. 5. On The Other Side I (10.09) Trzon tej kompozycji  stanowi wielce przyjemna sekwencja. Utwór najbardziej tradycyjny i .. jedyny taki na płycie. Dziesięć minut wyraźnej galopady dźwięków jest być może ukłonem w stronę konserwatywnych fanów - lub wyrazem  własnych upodobań muzyka. Motywami granymi z mellotronu wokół obsesyjnie powtarzanej pętli buduje Steve  ciekawą konstrukcję. W kilku warstwach i na paru poziomach, instrumenty pracują niby każdy na siebie, co jakiś czas jednak zbiegają się we wzajemnej harmonii. Przekaz staje się coraz bardziej zaangażowany. 6. On The Other Side II (4.38) Od tej chwili będzie już tylko coraz posępniej, tajemniczo i smutno. Pogłosy niczym z głębokiej przepaści o dość pochmurnym charakterze skromne okraszone dodatkami. Artysta jeszcze mocniej daje wyraz swojej głębokiej melancholii. 7. On The Other Side III (7.53) Stojące frazy, muzyka niczym fale cofa się i przybliża, koniec z nieznośną lekkością bytu, koncept niesie słuchacza na wyższe jakościowo poziomy empatii i zaangażowania. Materiał muzyczny zbliża się coraz bardziej do przekazu z lat 70 tych gdzie artyści starali się aby ich twórczość pobudzała do refleksji, niepokoju, zadumania. 8. On The Other Side IV (9.10) Ponownie kilka wzajemnie przenikających się motywów, tony opadają niczym krople wody ze skalnych pólek niżej, coraz niżej. Kaskady dźwięcznych brzmień raz w jednym kanale, raz w drugim powtarzają się z ustaloną regularnością, z pogłosem, aby ustąpić smutnej codzie. Przy użyciu skromnych środków zamierzony efekt zostaje osiągnięty. Kontemplacja i totalna melancholia przypieczętowuje tę płytkę swoistym piętnem.

    Steve Dinsdale przypomina mi wprawnego kucharza mieszającego składniki potrawy tak, aby uzyskać pożądany efekt końcowy. Na elektronicznej scenie gra więc bardzo zdolny kompozytor który w solowych nagraniach pokazuje trochę inną afektację, wysokiej próby wrażliwość. Być może jest on jednym z tych muzyków którzy należycie zastąpią pokolenie Edgara Froese czerpiąc to co najlepsze z dokonań poprzedników i dodając swoją bogatą wyobraźnię.