poniedziałek, 16 maja 2011

Solitaire - Altered States


       Czasami fascynacja czymś ciężko strawnym i monotonnym rodzi interesujące dzieła. Tak było w przypadku pierwszych nagrań zespołu Solitaire. Niemiecki elektronik Elmar Schulte oczarowany muzyką przedstawicieli amerykańskiego ambientu w rodzaju Kevina Braheny czy Michaela Stearnsa, zaprasza do współpracy Rudigera Gleisberga. Plonem pierwszych prac tego duetu jest płyta „Altered States”. Nagrania zróżnicowane i intrygujące, o wiele ciekawsze niż źródło podziwu artystów. Ta muzyka to wypadkowa brzmień natury i dynamicznych treści charakterystycznych dla tradycyjnej muzyki elektronicznej z lat 70-tych. Praktycznie we wszystkich nagraniach słyszymy obok odgłosów ptaków, szelestu poruszających się pustynnych węży, konkretną melodię. Starania autorów, aby każda kompozycja byłą zwartą całością słychać już od początkowego Indian Garden. Dostojny fortepian gra tu pompatyczną melodię w stylu Vangelisa, potem wchodzi elektronika - czyli pętla kilku dźwięków plus stojące frazy, szumy i perkusyjne dodatki grane jakby rękoma na bębnach. Powtarza się obsesyjnie pewien motyw, instrumenty na kilka poziomach produkują się w molowych barwach. W muzyce słychać teraz trochę uniesień i dramatyczne wątki. Z kolei w Heart of the Desert jest więcej zadumania, senne miraże, ambientowe zamyślenia i wiele powtórzeń. Coraz intensywniejsze i nachalnie powielane procesy, jak w zepsutej maszynie albo zacinającej się analogowej płycie, w końcu odpływają w nicość. Splendid Harmony to przewaga sampli ludzkiego głosu i chorałów granych przez instrument o barwie mellotronu, motyw melodyczny jest dublowany w pogłosie, znowu powtarzalność nadająca kompozycji specyficzny charakter. Z kolei Indelibility to orientalne śpiewy, a w tle również lekko egzotyczne, etniczne pasaże, później dość intensywne dzwonki rozchodzące się po kanałach.  Altered States - Secret Illuminations  Ponownie pięknie brzmią hymny z mellotronu, aż złowieszczy bas uderza: bum, bum, bum - niczym z filmu grozy. Intrygujące. Raindance. Ciemny kawałek, słychać tytułowy deszcz, w tle lekka modulowana sekwencja, odgłosy gromu i ptaków, perspektywa trochę się rozjaśnia i w towarzystwie perkusyjnych gadżetów, rozwija się spokojna melodia...Mescalito Exit. Odmienna od innych struktura, ponura w klimacie, bez rytmów i rozmaitości, najbardziej zbliża się do amerykańskiego ideału ambientowego minimalizmu, muzyki otaczającej dyskretnie i nie nachalnie.  Wypoczywając od dość energicznych pomysłów i energicznych struktur słuchacz pozostaje w dziwnym, nie do końca optymistycznym nastroju. Późniejsze płyty grupy, na których gra dodatkowo Steve Roach, a potem inni muzycy, są już mniej dynamiczne i efektowne. Kosztem urozmaicenia, słuchacze otrzymują większa dawkę refleksji a otwarte przestrzenie amerykańskich pustyń tętnią słabiej wyczuwalnym tętnem.
    Dlatego dla mnie, zwolennika wielorakiej w proporcjach muzyki, płyta „Altered States” pozostaje najlepszą w historii zespołu.