środa, 11 maja 2011

Richard Wahnfried - Tonwelle


    Najwyraźniej pomysł tworzenia projektów typu "Time Actor" i wydawanie ich pod pseudonimem spodobał się Klausowi tak bardzo, że postanowił kontynuować przygody Richarda Wahnfrieda. Płyta Tonwelle z 1 marca1981r (to już 30 lat temu!) okazała się znów czymś innym niż dotychczasowe jego solowe płyty, niepodobnym również do "Time Actor". Nowym, bardzo świeżym spojrzeniem na muzykę i emocje jej towarzyszące. Schwung 17:05 Idea tego nagrania to sesja paru przyjaciół - uzdolnionych instrumentalistów i ich mało kontrolowane improwizacje. Co najmniej dwie gitary, głosy, perkusja i syntezatory. Zagrane w szalonym tempie 17 minut intensywnej kaskady dźwięków. Ta muzyka ciągle kojarzy mi się z nocną jazdą samochodem. Fragmentami prawie czuć jak zbudowana muzyczna konstrukcja dosłownie bierze kolejne zakręty. Nadaje się również do uprawiania intensywnych ćwiczeń fizycznych w prywatnej siłowni. Liczne, pełne ekspresji solówki gitarowe z efektownym pogłosem i znakomita praca perkusji. Tym wysiłkom bębniarza w utrzymaniu rytmu pomagają elektroniczne maszyny Klausa Schulze. Głos początkowo lekko stylizowany na orientalne zaśpiewy, przechodzi czasami do jakiegoś niezrozumiałego sylabizowania w sztucznie wymyślonym języku, a czasami artykułuje po angielsku całkiem zrozumiałe słowa. Obok niektórych nagrań Manuela Göttschinga to najlepsze gitarowe solówki jakie w życiu słyszałem. Agresywne, dynamiczne, pełne energii. Znakomite zgranie się wykonawców. Muzyka z niezwykłą siłą unosi do epicentrum zdarzeń. Dialog wokalisty wspominający swoje senne marzenia z gitarami które wyczyniają cuda. Gitara tu łka, głos wtóruje jej pełnym uczuciem. Szalony ekspres dźwięków zmierza do jakiegoś smutnego końca. Wokal kilka razy zawodzi cierpieniem, pod koniec słychać wyraźny krzyk rozpaczy, druga gitara powtarza schodowe sekwencje. Klimat końcowych minut jest zdecydowanie schyłkowy, być może muzyka opisuje koniec ludzkiego życia, żal za utraconymi chwilami które już nigdy nie wrócą? Tak mi się to kojarzy. I ta kosmiczna końcówka wyciszona zostaje stanowczo za wcześnie. Druck 18:20. Po łagodnym wstępie gitary która delikatnie pogrywa w nieziemskim klimacie, muzyka kołysze się w rytm basowej sekwencji okraszonej na bieżąco perkusyjnymi efektami. Muzycy jakby zmęczeni agresywnym graniem albo odpoczywają albo tworzą teraz w bardziej pastelowych barwach. Inny rytm narzuca teraz ton drugiej podróży. Dużo przestrzeni, syntezatory Klausa Schulze przejmują prowadzenie. Gitara oczywiście gra dalej, ale już mniej rockowo. Muzyka mocno transowa. Przełamania zdecydowanie łagodniejsze i bardziej pogodne. Pierwszy zapis mocno działał na emocje, drugi na refleksje. Oba utwory oceniam jako równie cenne. Ciekawe że harmonia towarzysząca spotkaniu muzyków przeniosła się na przyziemną płaszczyznę: pieniądze z zysków podzielono równo - sprawiedliwie między wszystkich muzyków. Zaproszenie Manuela Göttschinga który wkrótce potem pomógł Klausowi Krugerowi na płytce „Zwischenmischung” było kapitalnym pomysłem. Podobnie sugestywne zaśpiewy Michaela Garvensa ładnie się komponują w dialog z powalającą gitarą Karla Wahnfrieda. Niektórzy spekulują że pod tym pseudonimem grał sam Carlos Santana, brak jednak potwierdzenia tego przypuszczenia. Pewne jest za to, że zagrał tu perkusista Santany, Michael Shrieve, który dostał potem od Klausa taśmy zapisów fragmentów różnych sesji. Przy pomocy brata dograł partie kilku instrumentów i wydał piękną płytkę „Transfer Station Blue”. Muzykę trochę podobną do tej z Tonwelle. Wracając jednak do opisywanej dziś płyty: ze względu na oryginalność zawartych tu nagrań muzyka ta od wielu lat należy do moich ulubionych dokonań Klausa.
        Przy kompaktowym wznowieniu dodano 2 tracki z innej pracy Wahnfrieda ”Megatone” które swoim bardzo ofensywnym charakterem również dostarczają różnorakich przeżyć. Polecam!