wtorek, 10 maja 2011

Radio Massacre International Rain - Falls In Grey



      "Republic" to pierwsza płytka RMI, jakiej wysłuchałem. Moje wrażenia dotyczące tych kompozycji były jak najbardziej pozytywne. Jednak następne sprawiły, że zlekceważyłem ten zespół. Ot, pomyślałem sobie, taka tam kolejna imitacja starej szkoły berlińskiej. Stan ten trwał kilka lat.
     Zmieniło się to w lutym tego roku, gdy poznałem zawartość płytki "Rain Falls In Grey". Ciekawa kompozycja tytułowa utrzymana jest w klimatach wczesnego Pink Floyd. Utwór z ujmująco wkomponowanymi partiami saksofonu, pełen napięć i chaosu charakterystycznego dla progresywnego rocka, płynnie przechodzi w kapitalny "Bett'r Day-s". To kosmiczna fantazja, w której partie basu, pięknie wyeksponowanej perkusji, gitarowych modulowanych solówek godnych Steve Hillage'a i sekwencji syntezatorów na okrasę, tworzą niezapomniany kolaż dźwięków. Dwunastominutowa perełka imponuje wyobraźnią, wrażliwością i doskonałym wyczuciem stylu muzyków. Kolejny utwór "Shut Up" jest właściwie sam w sobie mglistą dźwiękową plamą, przeładowaniem, wstępem do "Syd". Tam muzycy w blisko trzyminutowej dynamicznej improwizacji, zgodnie z deklaracją do tej płyty, oddają hołd psychodelicznemu stylowi Syda Barretta. Kompozycja "Emissary" i "Legacy" to znów dialogi gitary i saksofonu w dekadenckich nastrojach, które tak dobrze znamy chociażby z kompozycji "Echoes" Pink Floyd czy "Atom Heart Mother". Nawiązania są celowe, wyraźne i zagrane ze smakiem oraz klasą. W kończącym płytkę kawałku "Far Away" słuchamy granej niespiesznie, pełnej zadumy, gitarowej opowieści unoszonej na fali syntezatorowych fraz. Być może jest to refleksja nad pewnym okresem w muzyce, który już nie wróci, a może nad czymś więcej? Podobnie zakończył swoją płytkę "New Age of Earth" Manuel Göttsching, pozostawiając słuchaczom fantastyczne wrażenia. Czy tak też dzieje się po wysłuchaniu płyty RMI "Rain Falls In Grey" ? Owszem. Gary Houghton bardzo subtelnie gra na gitarze. Zespół, jak podaje mój translator, tworzy "cudy cyfrowego redagowania". Za znakomity pomysł uważam rozszerzenie w 2003 roku instrumentarium o akustyczne bębny i elektryczny bas. Zaproszony do sesji Martin Archer uzupełnił brzmienie grupy o nietypowe dla elektroniki instrumenty, co dodało tej muzyce specyficznego smaczku. Fascynacja psychodeliką i progresją wyszła RMI na dobre. Brzmienie stało się mniej anonimowe, ciekawsze, bardziej przyswajalne.
      Teraz można sięgać do poprzednich płytek z pokaźnej dyskografii oficjalnych płyt i cd-romów i porównywać, badać, smakować - co, jak wiadomo, należy do jednych z przyjemniejszych zajęć na tej planecie.