środa, 11 maja 2011

Michael Hoenig - Departure From The Northern Wasteland


   Legendarna płyta ze złotego dla elektronicznej muzyki okresu lat siedemdziesiątych. Michael Hoenig grający wcześniej w Agitation Free, pomagał Klausowi Schulze przy projekcie „Timewind”. W kwietniu 1975 roku wziął udział w koncercie Tangerine Dream w Royal Albert Hall w Londonie, a później zastąpił Baumanna przy pierwszym australijskim tournee T.D. Nagrywał również z Manuelem Gottschingiem. Michael to perfekcjonista u którego każdy kabelek i wtyczka musiały mieć swoją etykietę. Jest bardzo niezależny, nigdzie nie zagrzał dłużej miejsca. W 1978 r wydał solową płytę „Departure From The Northern Wasteland" Na tytułowej suicie ze stojących fraz, efektów morza i łagodnej melodii, wydobywa się galopująca sekwencja która sama w sobie jest dość monotonna - ucho skupia się bardziej na tym co dzieje się wokół niej. Stanowi ona podkład pod różne solówki, a także wprowadzane co rusz atrakcyjne zdarzenia dźwiękowe. Przez 12 minut pętla dźwięków intensywnie oddziaływuje na emocje, a potem się wycisza... w tym momencie jest chyba najciekawiej. W tle szum wody, a samotne czyste solo pogrywa tęskną melodię. 2. Hanging Garden Transfer (10:56) Hoenig lubi sekwencyjne granie z pasją. Tu jednak nie jest tak jednostajnie z podkładem. Melodie w tej kompozycji wybrzmiewają czyściej, a zapętlone basso ostinato często  samo jest niezależnym skomplikowanym układem melodycznym.  Da się zauważyć duże podobieństwo do pierwszych solowych nagrań Petera Baumana. 3 Voices Of Where (6:19) Z głośników płynie spokojny i nastrojowy utwór pięknie zagrany w klimatach Manuela Gottschinga i jego „New Age to Earth”.  Niespodziewanie w piątej minucie zamienia się w mocno odważny, wręcz awangardowy eksperyment. Michael używa tu taśm ze spreparowanym ludzkim głosem odtwarzanych na różne sposoby. Daje to efekt znalezienia się w głowie osoby cierpiącej na poważne zaburzenia percepcji słuchu. Ten niesamowity fragment nagle się urywa. Sun And Moon (4:16). Ta najbardziej optymistyczna historia grana z werwą i zapałem. Przyjazna uszom melodia (dałoby się ją wygwizdać pod nosem na spacerze), podsumowuje cały materiał. Momentami patetyczna i krzepiąca. Ucieczkę z północnej krainy wieńczy pełen sukces.

      Muzyka brzmi być może trochę archaicznie, ale taki jest jej urok. Szkoda że autorowi nie starczyło inwencji twórczej na kilka następnych płyt, niemniej ta jest świadectwem czasów, kiedy analogowe granie cieszyło się wielką popularnością, a artyści poszukiwali swojej tożsamości muzycznej poprzez eksperymentowanie z ówczesnymi elektronicznymi nowinkami.