wtorek, 24 maja 2011

Mark Dwane - The Monuments of Mars



    Mark Dwane to postać mało u nas znana a przecież warta bliższego poznania. Nie ukrywa młodzieńczej fascynacji muzyką z filmu ”Forbidden Planet” (już go lubię), gitarzystami rangi R.Frippa i S.Hacketta, awangardą, wreszcie słucha znanych elektroników jak Tangerine Dream. Zakłada zespół ORB, wydaje z nim dwie niedostępne dziś płyty, bierze udział w koncercie z zespołem Gong. W 1981 roku postanawia rozpocząć karierę solową i nagrywa debiutancką kasetę (też nie ma już jej na rynku). Pięć lat później zafascynował się polifonicznym systemem MIDI gdzie instrumentem sterującym całością jest gitara. I to jest trzon jego sposobu nagrywania na płycie „Monuments of Mars” wydanej w 1988r. Inspiracją do tego debiutanckiego solowego albumu była książka Richarda Hoaglanda - autora śmiałych hipotez o istnieniu życia na Marsie. Być może wizje autora licznych teorii spiskowych były tak przemożne że prostu należało koniecznie wyrazić je w fonograficznej formie? Jakby nie było, rozważania te zaowocowały bardzo przyswajalną muzyką w formie koncept albumu. Zawartość krążka to dziewięć dość krótkich kompozycji przedstawiających spójną historię. Chociaż nagrań tych nie zaliczymy do awangardy (nie ma zresztą takiej potrzeby) jest w nich jakaś tajemniczość i klimat marsjańskiej przygody. Swoją formą przypominają mi trochę muzykę filmową Larry Fasta. Po spokojnym wstępie Eternity, moją uwagę zwraca druga ścieżka - Pyramids of Mars. To siedem minut dynamicznej i zagranej ze swadą elektroniki, gdzie bogato zaaranżowanej strukturze towarzyszą bębny. Pełna napięcia, idealnie nadaje się jako tło sensacyjnych wydarzeń. Opisowość jest właściwie cechą charakterystyczną całej tej kosmicznej muzyki. Między takimi energetycznymi utworami mamy krótsze, czasami niepokojące formy (Metamorphosis). Użytkowość tych ścieżek nie wyklucza oczywiście głębszych doznań, wręcz przeciwnie, o wysokich umiejętnościach muzyka świadczy zdolność tworzenia sugestywnej aury (Solstice Ritual). Nawet gdy utwór trwa tylko 3 minuty, ma w sobie te „coś” nadające mu pozytywną wartość. Water Age - może się kojarzyć z niektórymi „ciepłymi” nagraniami zespołu Edgara Froese z lat osiemdziesiątych. Niczym nie zmącony, pogodny nastrój relaksuje. Z zamyślenia budzi nas repryza Piramid Marsa w króciutkiej reminiscencji. The Martian Sphinx - jest oparty na podobnym pomyśle co Piramidy, aczkolwiek jest tu więcej refleksji a bębnom towarzyszą gongi. Another Eternity spina króciutką klamrą całość. Mimo pewnych powtórzeń, ten produkt robi bardzo dobre wrażenie. Może to wynikać z nietypowej techniki zapisu, a może z inwencji autora?
    Polecam osobom szukającym nowych doznań w swojej ulubionej El-muzyce.