wtorek, 10 maja 2011

Klaus Schulze - Opera Trance



    Od mniej więcej 25 lat regularnie słucham muzyki Klausa Schulze. Z początku wydawała mi się trochę trudna i ciężko mi było się do niej przekonać, ale płytka Trancefer dokonała tego przełomu. Stopniowo wsiąkłem w niezwykły świat jego dźwięków i uznałem go za tożsamy z tym, co sobie wyobrażałem na temat tworzenia dobrej muzyki. Ten człowiek na wiele lat wzbudził we mnie szacunek jako postać niepoddająca się komercji, niepokorna i niezależna. Często zastanawiałem się z podziwem "jak on to robi?" W latach 80. zdobycie ciekawych nagrań zachodnich muzyków graniczyło niemalże z cudem. Ceny płyt były albo bardzo wysokie (w górach) albo słone (nad morzem). Dlatego też każde kolejne wydawnictwo stanowiło dla fanów duże wydarzenie muzyczne i finansowe. Niezapomnianym przeżyciem okazała się seria koncertów Klausa w Polsce w lipcu 1983 roku. Muzyka porażała siłą wyrazu. Nawet jeżeli publiczność Torwaru była częściowo przypadkowa, to grzecznie słuchała kolejnych suit jakby czyniła tak od zawsze... I tak trwało to przez lata. Logo "Klaus Schulze" symbolizowało przeżycia muzyczne wysokiej rangi. Jednak w 1992 roku coś się stało. Klaus zmienił po raz kolejny instrumentarium, rozszerzył ideę swojej muzyki, a jego zainteresowania klasyczną formą dały jeszcze inny, nowy wyraz nagrywanej muzyce. Nie taki jednak, jakiego się spodziewałem. Przyznam szczerze - pomyślałem, że to jego powolny upadek. Kolejne płyty wydawały mi się bardzo podobne, obecność wokaliz natrętna. Wydawało mi się, że ta muzyka cierpi, a mistrzowska wena gaśnie. Wyraźnie zdegustowany skoncentrowałem się raczej na wyszukiwaniu starszych, mniej znanych kompozycji, których zresztą w licznych kompilacjach SE, HE, JE czy UE nie brakowało. Byłem z tego zadowolony, bo zaiste, te szczególne połączenie genialnej wyobraźni i analogowych syntezatorów lat 70. dało na niejednej płycie niepowtarzalny efekt.

    Aż pewnego razu... Stało się! Do mych uszu dotarła zawartość płyty o tytule Opera Trance. Nosi numer 5 w serii Jubilee Edition. Nagranie z pogardzanego przeze mnie 1993 roku. Jednak z miejsca odmłodziłem się o 20 lat. Cóż za żar, cóż za ekspresja! Płytka spodobała mi się od początku do końca. To blisko 80 minutowa całość w dość dynamicznej, fragmentami prawie tanecznej formie. Rozpoczyna ją seria (charakterystycznych dla dokonań Klausa z tych lat) pozornie chaotycznych ciosów i uderzeń. Dźwiękowych dysonansów przeplatanych z wysoko modulowanymi kobiecymi i męskimi wokalizami. Nastrój operowej tragikomedii panuje właściwie przez cały czas, niemniej co kilka minut skoczne rytmy znane słuchaczom z Audentity i Dziękuję Poland ubierają muzykę w bardziej optymistyczne barwy, nie ujmując powagi całości dzieła. Przejrzyste plamy dźwiękowe poszczególnych instrumentów nie zlewają się na nawzajem, co gwarantuje ochronę bębenków usznych przez cały seans. Wszystko, co słychać w tej muzyce wydaje się idealnie harmonizować  z moimi oczekiwaniami. Instrumenty elektroniczne wspaniale współgrają z samplami ludzkich głosów. Transowe rytmy prowadzą przez kolejne etapy podróży podtrzymując napięcie. Dysharmoniczne cięcia wynoszą na wyższe poziomy empatii. Całość - jak to w transie logiczne - przyspiesza i niestety dobiega końca. Klaus Schulze znowu wygrał! Bo mam ochotę odsłuchać tę muzykę jeszcze raz…. I jeszcze raz. I to jest jego największy sukces. Naprawdę ciekawe dokonanie, gdy się tego słucha całe życie staje człowiekowi przed oczami. Narodziny, sens istnienia, śmierć bliskich. I tak ma być. Muzyka, która nie porusza słuchacza jest martwa, a jej twórca nijaki. W przypadku wspomnianego zapisu nie ma o czymś takim mowy. Po raz kolejny okazało się, że to ja nie doceniałem artysty. Do niektórych dzieł trzeba dorosnąć. Czego wszystkim życzę.
Kwiecień 2005r, poprawione lipiec 2011r