sobota, 14 maja 2011

John Dyson - Evolution


    John Dyson to umiejętny twórca pogodnych nastrojów. Ten brytyjski muzyk już w wieku 5 lat kręcił się koło rodzinnego fortepianu próbując coś zagrać. Potem dostał tanią gitarę i kopiował utwory zespołu The Shadows. Dawało mu to dużo satysfakcji. Musiał jednak jeszcze trochę poczekać aż stać go będzie na zestaw syntezatorów. Kiedy zaczął komponować, jego zespół Wavestar wydał kilka bardzo popularnych płyt. Losy tej formacji były jednak zmienne i w 1989r. John Dyson dojrzał do wydania solowej płyty Evolution. Można powiedzieć że cała ta muzyka to piękne melodie które rozdzielone są wstępami, wypełnione ornamentami i co szczególne ... gwałtownie się kończą. 1. I.F.O. [11:28] Tajemniczy początek z efektami (niczym z lasu we mgle słychać dziwne nawoływania) muzyka subtelnie i bardzo powoli, z pewną gracją się rozkręca. Ja przy słuchaniu tego wstępu widzę w wyobraźni dwa statki UFO na polanie wymieniające informacje. Niespiesznie na scenę wchodzi arpeggio i słychać cudowne solo, jakby pogwizdywane ustami beztroskiego pastuszka. Tyle ciepła bije z tego utworu, pozytywne emocje pociągają ku sobie a coraz śmielsza perkusja dodaje całości werwy. Tęskną melodię przechwytują kolejne syntezatory, emocje idą coraz wyżej w górę i … szybko wygaszają. To już jedenaście minut minęło? Jaka szkoda! Heaven's Bridge - Haydn Seek [06:58] Delikatne intro jakby na flecie relaksuje, jaźń odpływa, odpływa… Ale John Dyson nie daje zasnąć. Po przejściu „mostu do niebios” wyłania się więc dyskretna melodia do której stopniowo dołącza akompaniament. Znów kolejne instrumenty rozbrzmiewają po sobie póki nie zapuka dosłownie (!) Location;43 (6:28) czyli kolejna wielka, dynamiczna melodia. I jest ona bardzo romantyczna. Niesamowite, jak on to zagrał? Mocno ilustracyjna muzyka pobudzająca myśli do podróży po krainie marzeń. Motyw ładnie się rozwija, w pełnej harmonii z akompaniamentem perkusyjnym, wreszcie słodziutkie solo gwałtownie się kończy. Return 3 (10:34) Groza i niepewność przechodzi stopniowo w smutną opowieść opowiadaną dźwiękami fortepianu. Ten dość ponury klimat co jakiś czas próbują rozbić instrumenty towarzyszące. Jednak autor pozwala im tylko spotykać się z melodią w zgodnych akcentach celebracji i wspólnych erupcjach emocji. To chyba najbardziej molowa opowieść na tej płycie. Całość mocno przypomina muzykę Gandalfa. Na szczęście, pomimo pesymistycznych dźwięków mamy też pozytywne akcenty. Ten utwór jednak jest trochę jak elegia - umieranie z godnością. Juan-Michel (8:13)Trochę pogodniej i nie mniej szlachetnie brzmi kolejna kompozycja. Jak w poprzednich, bez pośpiechu artysta opowiada ciekawą historię. Słychać tu ponownie lekką sekwencję której towarzyszą subtelne dodatki. Ta miła muzyka zgrabnie zagrana, równie dobrze mogłaby znaleźć się na płytce Mikołaja Hertla. Pod koniec - przy pewnym zagęszczeniu partytur - dochodzi do głosu motyw główny. Wykonany, jak w poprzednim utworze, na syntezatorze o barwie fortepianu - nie jest tak ekstatyczny i podniosły jak inne, po prostu na tle loopów słuchamy dobrej muzyki. Evolution (10:56) John, inaczej niż na początku płyty, nie celebruje tutaj zbyt długo wstępu. Po dwudziestu sekundach ostinato nakreśla pewien charakter utworu i szybko dołączają do niego pozostałe atrakcyjne dodatki, niczym mocne atuty w brydżowej rozgrywce. Dyson pokazuje teraz w całej okazałości jak świetnym jest malarzem klimatów. Porywająca melodia w ulubionym stylu (John ją jakby gwiżdże) co jakiś czas ustępuje improwizacjom ale wraca z przemożną siłą. Pozytywny duch inspiruje Dysona do generowania coraz to nowych elementów muzycznej układanki. Jak rwąca rzeka konstrukcja dźwięków zmierza do pompatycznego finału. Melodia niczym w dobrym westernie, wypełnia serce optymizmem, działa na emocje i ducha w przemożny, pozytywny sposób. Do instrumentów dołącza zgrabny, ledwo słyszalny chórek, w coraz głośniejszej rozgrywce instrumenty w kilku planach grają swoje motywy aż za jednym zamachem płyta ulega wyciszeniu. Bardzo pacyfistyczna i relaksująca muzyka. Ze względu na jej przystępność należałoby zaliczyć ją do el-popu z najwyższej półki.
     Recenzent na jednym z wydań płyty pisze na okładce, że jest to gra w stylu Vangelisa i Tangerine Dream, ale mi się bardziej kojarzy z Heinzem Stroblem i Patrickiem O’Hearn. Te ciepło, podniosły sposób gry - tak łatwo polubić muzykę Johna Dysona. Polecam na wieczór po ciężkim dniu.