wtorek, 10 maja 2011

Johannes Schmoelling - A Thousand Times




      Na płytę składają się krótkie, kilkuminutowe struktury, gdzie rolę głównego instrumentu odgrywa fortepian. Sentymentalne opowieści snują się spokojnie. Często gdy jest szansa na poważniejsze rozbudowanie motywu, artysta nieśmiało się wycofuje. Kompozycje zdają się być szkolnymi ćwiczeniami prezentowanymi przez umiejętnego nauczyciela. Muzyka brzmi klarownie, instrumenty się nie zagłuszają, raczej uzupełniają. Taki styl przypomina mi trochę solowe płyty Michaela Rothera - z tą różnicą, że Johannesowi brakuje charakterystycznego dla Michaela dowcipu, ale dysponuje za to szczególną umiejętnością lekkiego prowadzenia całości znamionującą dobrego rzemieślnika. W co najmniej dwóch, trzech nagraniach wyraźnie słychać cytaty z Tangramu (czyżby Johannes podobnie jak Edgar Froese miał upodobanie do poprawiania swoich starszych pomysłów?). Zazwyczaj w utworach pojawia się delikatny rytm. Dominują zgrabne melodyjki lub powtarzane zlepki kilku dźwięków. Tylko w kompozycji "Kiterunner" mamy do czynienia z próbą grania przebojowej elektroniki. Oprócz tego Johannesowi wystarczają bardziej subtelne środki.
      Muzyka ciekawa, choć brak jej czegoś, co było słyszalne na Wuivend Riet czy The Zoo Of Tranquility – wyraźnie zarysowanej idei. Da się jednak słuchać wielokrotnie, bez uczucia znużenia, jakie towarzyszy mi podczas odbioru nowych płyt DVD Mandarynek.