wtorek, 17 maja 2011

Jan A.P. Kaczmarek - Czekając na kometę Halleya




     Jan A.P. Kaczmarek komponuje obecnie soundtracki do znanych amerykańskich filmów. W 2005r dostał Oscara za skomponowanie ścieżki dźwiękowej do „Marzyciela" Marca Forstera. Mi jednak zapisał się w pamięci, jako twórca bardzo oryginalnej płyty „Czekając na kometę Halleya”. Dzieło to stworzone w połowie lat 80. zostało właśnie po raz kolejny wznowione, tym razem przez label Yesterday Records na CD. I bardzo dobrze. Bo takiej muzyki już właściwie nikt nie nagrywa. Niekomercyjna, czasami trudna w odbiorze, ale jakże pociągająca!  W towarzystwie dwóch gitarzystów: Grzegorza Banaszaka i Macieja Talagi, przy wsparciu wokalnym Ewy Iżykowskiej tworzy Orkiestrę 8 Dnia. Z oryginalnego instrumentu strunowego fidoli Fishera, fletów, syntezatorów Yamahy i Rolanda wydobywa masę intrygujących barw. Już w pierwszym, tytułowym utworze Czekając na kometę Halleya, na tle aksamitnych, długo brzmiących fraz, słychać szeroko rozciągnięty rytm – odmierzający sekundy niczym kroki przybywającego przeznaczenia. Co jakiś czas docierają głosy z vocodera, lub po prostu sample dźwięków pochodzących z ludzkiej krtani. Czynią one słyszany muzyczny przekaz formą mocno futurystyczną. Niesamowity jest ten klimat przypominający mi stare nagrania Władka Komendarka.  Z kolei utwór Warkocz to dialog szarpanych strun, nastrój jakby z sennego koszmaru i dopasowane wokalizy Ewy - która śpiewa bardzo wysoko i śmieje się trochę złowieszczo. Spadanie – pośród brzmień wybitnie ponurych gra również ciepło gitara. Ponieważ cisza jest istotnym elementem tych nagrań, każdy dźwięk z niej wychodzący jest wyraźnie słyszany i wchłaniany. Idealna proporcja w dawkowaniu poszczególnych melodii świadczy dużej wrażliwości artystów. Brzeg - ponownie ładnie gra gitara, Iżykowska dalej eksploatuje górne rejestry swojego sopranu, a męski głos z powagą deklamuje jakby zaklęcia - jakieś niezrozumiałe teksty. Polonez, siedemnastu minutowa całość to barwy fletu i mroczna gra syntezatorów. Wtóruje im oczywiście Ewa, uczłowieczając przekaz.  Po pięciu minutach następuje gwałtowne przełamanie, przykra dla uszu kakofonia niczym cięcie nożem i wchodzi na scenę upiorny polonez. Niczym nieodwracalny wyrok wypełnia z jakimś fatalizmem i determinacją kolejne minuty. Dźwięki podobne stadu upartych zombie z amerykańskiego horroru okrążają słuchacza, są coraz to bliżej i bliżej. Uff… Na ostatnie dwie minuty przed końcem, kompozytor lituje się nad audytorium i kończy suitę pętlą powtarzających się komend zepsutych androidów. Czyli klasyczna klamra – koniec muzyki przypomina jej początek.  Jan Andrzej Paweł Kaczmarek w licznych wywiadach ciekawie opowiada o tych starych nagraniach. Podobną do cytry fidolę Fishera zmodyfikował usunąwszy jej klawiaturę. Wspomina swoje twórcze niepokoje i pasje. Ale jego muzyka jest dla niego najlepszą reklamą. Choć określana przez niektórych ironicznie, jako grobowo-profetyczna, wymyka się sztywnej klasyfikacji.
   Fascynacja widzeniem sztuki w stylu C.K.Norwida, przyniosła w efekcie niebanalną formę, do której warto wracać, poznawać ponownie i reklamować znajomym. Polak potrafi!