poniedziałek, 16 maja 2011

Edgar Froese - Aqua



    Brian Eno w 1975r zdefiniował termin ambient. Jednak kilka miesięcy wcześniej, w takim klimacie Edgar Froese wydaje znakomitą płytę „Aqua”. Jak na solowy debiut, bez imponujących fajerwerków, zarejestrowane nagrania mają dużą siłę oddziaływania. Tytułowy utwór Aqua (16:58) to jakby podróż przez morskie głębiny. W tej bardzo spokojnej, relaksującej kompozycji, Edgar przy pomocy dość prostych środków wyrazu (dźwięki przepływającej wody) buduje trochę enigmatyczny klimat. Poszczególne instrumenty, nie są zagłuszane przez inne, unoszą swobodnie słuchacza pośród stworzonych onirycznych krajobrazów. Po eksploracji podwodnych zakątków, ostatnie minuty suity kojarzą mi się bardziej z badaniami przestrzeni kosmicznej. Siedemnaście minut mija błyskawicznie i daje słuchaczowi dużo satysfakcji. Panorphelia (9:38) Monotonnie powtarzane frazy tworzą klimat zagrożenia a przede wszystkim oczekiwania. Ten lekko industrialny w tonie utwór Froese gra samodzielnie, bez wspomagającego go na innych ścieżkach Chrisa Franke. Są to mroczne dociekania na mellotronie. Zamierzony minimalizm, niewiele pomysłów, przynosi w efekcie końcowym przygnębiające wrażenie. W końcówce, do regularnie powtarzanego motywu trochę dodatków urozmaica niepokojącą atmosferę impresji. NGC 891 (14:50) to galaktyka spiralna znajdująca się w gwiazdozbiorze Andromedy. A muzyka jest zagrana w podobny sposób jak na płytach zespołu Tangerine Dream. Słychać efekty lotu samolotu, odgłosy poruszającego się samochodu. Te dodatki uzyskane przy pomocy efektu „sztucznej głowy” nie robią dziś specjalnego wrażenia, choć dodają kompozycji atrakcyjności. Godny odnotowania jest fakt, że Edgar był pionierem w jego zastosowaniu. Klimat podniebnej eskapady trwa. Samoloty co jakiś czas przelatują z kanału na kanał a w samochodach warczą silniki. Chris Franke dzielnie wspiera Edgara na Moogu. Rozkręca się wspaniała basowa sekwencja niczym na "Rubyconie" i wyraźne dominujące solo. Różne efekty które zostały poddane modyfikacji, zostaną jeszcze dobitniej rozwinięte na trzeciej solowej odsłonie Edgara - ”Macula Transfer”. Gra instrumentów nie jest statyczna, są one ciągle w ruchu, dźwięki dynamicznie krążą pomiędzy uszami. I to jest bardzo przyjemne dla miłośników szerokiej bazy stereo. Upland (6:31) Monotonne powtarzające się sekwencje, przesterowane organy. Powstaje wrażenie, jakby jeden z instrumentów ostatkiem sił kręcił się po kanałach. Słychać buczenia i bulgotania. Wibracje płyną, jednak bez wyznaczonego celu. Ten utwór podobny jest do Panorphelii, tylko trochę bardziej energiczny. Myślę, że Froese przesadził z użyciem brzmień organowych. A brak urozmaicenia być może był celowym zabiegiem. Niezależnie od lekko jednostajnej końcówki, to bardzo interesująca pozycja wśród płyt z muzyką elektroniczną.
     Budowanie klimatu, brzmienie analogowych syntezatorów - jest wiele powodów, aby wracać do tej ilustracyjnej muzyki, która przetrwała próbę czasu.