niedziela, 15 maja 2011

Bernd Kistenmacher - Head Vision


     Muzyka Kistenmachera to próba wprowadzenia słuchacza w stan podobny do hipnozy. Kiedy Jerzy Kordowicz w swoich audycjach po raz pierwszy przedstawił muzykę Bernda, nie było wątpliwości: to jest szkoła berlińska wiernie odtworzona i tak samo wciągająca jak starsze nagrania popularnych niemieckich elektroników. Obok Mario Schönwäldera stał się Kistenmacher najbardziej znanym berlińczykiem „drugiej fali”. A na debiutanckiej ”Head Vision” zagrał po prostu to, co sam lubił najbardziej słuchać. Ruckstürz (24:50) Powolny, majestatyczny początek. Gęsta faktura, frazy stojących barw wybrzmiewające kilka minut – z tej techniki Kistenmacher stworzył standard, wytyczną dla wszystkich utworów. Suita rozpoczynająca płytkę, niczym zaaplikowany środek na uspokojenie, działa skutecznie na umysł słuchacza. Rozmarzona muzyka - idealna do rozmyślania - pobudza wyobraźnię, tworzy przed oczami różne obrazy. Sprawdzona metoda Klausa Schulze w kolejnej odsłonie zdolnego naśladowcy. Obaj muzycy lubią ciągłe tony i jest tu ich pod dostatkiem. Po blisko dziesięciu minutach do akcji wchodzi równie transowy rytm. Już do tej pory scena dźwiękowa była szczelnie wypełniona, teraz jest ciasno jak w japońskim metrze. Multum brzmień różnych instrumentów niesie się w przestrzeń mniej lub bardziej skutecznie. Mija kilka dalszych minut, po różnych zmianach i kilku harmonicznych uniesieniach na placu boju zostają najbardziej uparte sekwencje. I parę aksamitnych fraz. Melodia dramatycznie gra swoją partię i wreszcie wszystko się wycisza.  Uff…Tej pięknej kompozycji nie należy słuchać zbyt głośno, bo potem przez kilka minut po zdjęciu słuchawek może być problem z usłyszeniem odgłosów świata zewnętrznego ;). Quitting Time (14:24) Pętla nie harmonicznych dźwięków, niczym uszkodzona część pracującej maszyny rzęzi przez dwie minuty. Jednak w przełamaniu te akcenty rozchodzą się dość przyjemnie. Gonią jeden drugiego, w takt rytmu, obsesyjnie biegając po kanałach. Stanowią tło dla solo, które co raz to się unosi i opada. Po siedmiu minutach kompozycja nabiera konkretnie dramatycznego charakteru, napięcie rośnie, a struktury jakby szukały swojego spełnienia. Ciekawa koncepcja. Końcówka utworu jest właściwie repryzą początku, tylko z uwypuklonym smutnym motywem w kosmicznej tonacji. Nieprzyjemne odgłosy cichną i zostaje smutna melodia ginąca w efektach. Po tylu latach skojarzyłem, że to nagranie trochę przypomina mi skoczne suity Klausa Schulze z Audentity. La tendresse (12:57) Teraz z głośników słychać bardzo spokojną, refleksyjną, bez szaleństw i energetycznych pulsacji muzykę. Podobnie jak poprzednio, główną bazę stanowią stojące akordy i chorały. Dźwięk rozchodzi się donośnie jakby po dużej, podziemnej jaskini. W wyobraźni widzę piękne stalaktyty i stalagmity… Dużo dodatków spośród których, niczym z otchłani chaosu, wypływa w ciepłych barwach tajemnicza, majestatyczna muzyka. Elektroniczna medytacja na najwyższym poziomie. Szkoda, że trwa tylko trzynaście minut. Dreamdance (11:51) Bonusowy utwór, zamieszczony również na wydawnictwie „Wake up in the Sun”, wydaje mi się być najsłabszym ogniwem w zestawie. Przez monotonne tło złożone z kilku warstw instrumentów rytmicznych próbuje się przebić główna melodia. Po kilku, ledwo słyszalnych zmianach bez specjalnego rozwinięcia pomysłu muzyka się kończy. Bardzo interesująca, zadumana i sugestywna propozycja z 1986r. Nagrana w manierze lat 70-tych stanowi rodzaj hołdu dla tego złotego okresu w niestety mało popularnej muzyce elektronicznej. Te brzmienie i koncept grania długich stojących barw ma swoich zagorzałych zwolenników.
    Kistenmacher od lat należy do aktywnej czołówki najlepszych twórców tego typu nagrań regularnie wydając ciekawe płyty.